Kategorie: Wszystkie | Opowieść piracka w mnogich aktach | Pokład
RSS
środa, 30 sierpnia 2006
Jo ho ho - morskie andante (cz. 1)
Są noce gwiaździste, zdejmujące z kochanków przekleństwo niedobranych słów. Są noce czarne jak smoła, kiedy ciemność oblepia przechodniów, spowalniając ruchy i karmiąc tęsknotę za ciepłym domostwem. Są wreszcie noce po hulaszczych pijatykach u Kuternogi Gibbonsa w tawernie "Pod umrzykiem", gdy człowiek myśli tylko o dwóch sprawach: by nie zerzygać się na buty i ulżyć sobie w jakimś zacisznym zaułku.
To ostatnie przypadło w udziale Stevenowi Perkinsowi, dwudziestosześcioletniemu pierwszemu z "Santa Marii Magdaleny", który wytoczył się przez skrzypiące drzwi i - skierowawszy swe kroki w stronę ciasnej uliczki naprzeciwko, ściśniętej pomiędzy dwiema odrapanymi kamienicami - starał się popuścić pasa, obserwując równocześnie nierówny bruk pod stopami.
- Burrhurghgleee - rzekł, dotarłszy na miejsce. Otarł usta rękawem i, zachwiawszy się, oparł się spoconymi plecami o chłodny mur. Przymknął przekrwione oczy. Z tawerny dobiegały go śmiech wraz z okrzykami członków załogi, przemieszane z coraz bardziej fałszywymi dźwiękami skrzypiec. Podniósł powieki i spojrzał w niebo, widoczne pomiędzy podniszczonymi dachami. Ani jedna chmura nie przesłaniała gwiazd, rozsypanych w wielkiej granatowej przestrzeni. Odnalazł znajome konstelacje i nagle, w pijackim porywie, postanowił sprawdzić czy statek pilnowany jest jak należy.
Podciągnął pantalony i ruszył w stronę portowego nabrzeża, położonego kilka ulic dalej.
Tawerna starego Kuternogi mieściła się w południowo-wschodniej części Charlestown. By dotrzeć do portu należało skierować się na zachód. Maszerując chwiejnie mijał puste o tej porze kramy, słuchał nocnych kłótni, dobiegających zza pozatrzaskiwanych okiennic i wdychał dobrze znany zapach lądu - smród uryny i zepsutych ryb, zmieszany z aromatem niedalekiej dżungli oraz słoną wonią oceanu. Nagle jedna z okiennic otwarła się z trzaskiem.
- Uwaga! Szczyny! - i na ulicę chlusnęła lepka maź, zaś nozdrza pierwszego zaatakował straszliwy fetor.
- Kurrrrrwa! Niech Ci cycki uschną, dziwko Szatana. - usłyszał od strony pustych beczek po śledziach, na które spadła spora część ekskrementów. Jedna z nich zatrzęsła się z irytacją, po czym wynurzyła się zeń pomarszczona, zabrudzona twarz, okolona potarganą siwą brodą i takimiż włosami, obecnie nieco jakby mokrymi.
- Na co się gapisz, gównojadzie?! Zdzielić Cię lagą w pusty łeb? - warknął starszek kiedy spostrzegł, że Steven stoi chwiejnie na środku ulicy i przygląda mu się niewyraźnie, starając się zogniskować spojrzenie. - No?! Gadaj mi tu zaraz!