poniedziałek, 17 lipca 2006
Tajemnica piasków

11 stycznia 1558 roku potężny sztorm niemal całkowicie zmiótł z powierzchni ziemi Starą Łebę. W ciągu kilku kolejnych lat reszty dokonały przemieszczające się wydmy. Dla ówczesnych mieszkańców osady było jasne, że siły natury są nieubłagane i trzeba zacząć wszystko od nowa w innym miejscu. Osiedlili się zatem 2 kilometry na południowy wschód od swych poprzednich domostw. W nowym miejscu ich prawnuki żyją do dziś.

447 lat później, jakieś 7 kilometrów na zachód od dzisiejszego miasta Łeba, znaleziono nienaturalnie zmasakrowane zwłoki mężczyzny. Na podstawie uzębienia ustalono, iż był to niejaki Gwidon Derewecki, podróżnik i himalaista z Tychów. Policji udało się ustalić, że dnia 22 kwietnia 2006 roku opuścił pole namiotowe i udał się w kierunku słynnych na całą Europę ruchomych wydm, gdzie najwyraźniej rozbił nielegalny obóz w miejscu, gdzie turyści nie mają wstępu. Nie doczekał świtu.

Przy zamordowanym nie znaleziono wiele. Manierkę z wodą, małą piersiówkę z koniakiem, rozszarpany czymś, co wyglądało na pazury śpiwór, podstawowy sprzęt polowy oraz koc. Odnaleziono również niewielką tulejkę na listy. Niestety, ta również była do cna zniszczona. Jedynym, co zdołało się zachować, to oddarty fragment zapisanej pismem odręcznym kartki.

Treść rzeczonego fragmentu, jak nietrudno się domyślić, natychmiast przedrukowała lokalna gazeta. Brzmiał on następująco: "(...) myśl, że budowla, o której Pan pisze, mogła być wzniesiona przez zakon Krzyżacki w średniowieczu. Nie wydaje się to jednak prawdziwe, gdyż o ile mi wiadomo - a zaznaczam, że swego czasu bardzo interesowałem się historią tych stron - oficjalne archiwa milczą na ten temat. Gdyby jednak to przypuszczenie okazało się trafionym, oznaczałoby to, iż tutejsze tereny musiały cieszyć się wśród Zakonu nielichą sympatią, by wznosić tu coś równie okazałego. Jednak, jak już wspominałem, osobiście podchodzę do tej koncepcji sceptycznie.
Tutaj chciałbym się zapytać, czy jest Pan pewien, czy rzeczywiście to, co Pan odnalazł, było kościołem i czy widział Pan jakiekolwiek sym
(...)"

Oczywiście nie mogło chodzić o ruiny dawnego kościoła, jedyną pozostałość po Starej Łebie. Swoją drogą warto zwrócić uwagę, iż miasto rozrosło się na tyle, by na powrót dotrzeć do wcześniej opuszczonych terenów.

Istnieje również lokalna legenda, która mówi, że zatopiony w morzu dzwon z wieży starego kościoła bije za każdym razem, gdy ma przydarzyć się jakieś nieszczęście. Są tacy, którzy zarzekają się, jakoby owej koszmarnej nocy z 22 na 23 kwietnia gdzieś, jakby w oddali, rozlegało się szaleńcze "bim bom".

sobota, 15 lipca 2006
Daisho

W końcu dane było mi przeczytać swój pierwszy w życiu tom Usagiego Yojimbo. Szef katowickiego "Imago", sam wyznawcą owego dzieła będąc, namówił mnie na rozpoczęcie od "Daisho". Załatwił mnie tym na amen.

Po lekturze nasunęło mi się kilka spostrzeżeń (poza tym najważniejszym, tzn.: "żądam więcej!" ;>). Oto one:

1. Wreszcie zrozumiałem, z czego tak naprawdę nabijał się Terry Pratchett w "Muzyce duszy", kiedy Śmierć mówił o dźwięku, jaki wydaje jedna klaszcząca dłoń.

2. Pojedynki. Japcy na ogół przegrywali z szermierzami europejskimi. Z prostego powodu, który doskonale widać w "Usagim" - nie znali w zasadzie technik obronnych. Potyczki trwały krótko, znawcy tematu potwierdzają, że najprawdopodobniej były szybsze, niż dzisiaj jesteśmy sobie to w stanie wyobrazić, a opierały się głównie na tym, kto pierwszy skutecznie uderzy przeciwnika. Swoją drogą ta świadomość możliwości nagłej śmierci i pogodzenie z nią wyjaśniają, skąd u samurajów brało się zamiłowanie do poezji.

3. Wiedźmiński trick ze strzałą :>

4. Wrażenie, że tłumacz co nieco zawalił sprawę - miałem przed oczami kilka oryginalnych plansz i styl angielszczyzny Stana Sakai jakoś nie pozwala mi wierzyć, że w oryginale występują takie zwroty, jak np. "z buta go".

5. Dwie wspaniałe kwestie:

- "Świat jest pełen głupców. Wziąć uprzejmość za słabość".

- "Przyszedłem po moją duszę, Fuji".

Szczególnie to drugie zapadło mi w pamięć. To jakby kwintesencja tego, co dzieje się z nami na ziemi - nieustanna walka o to, by nie zatracić tego, kim się naprawdę jest i zdecydowane "nie" dla tych, którzy starają się rozmienić nam życie na drobne.

Podsumowując: chylę czoła przed panem Sakai.

czwartek, 13 lipca 2006
Symbolika sandała - krótko i ku pamięci

Przed zbliżeniem się do gorejącego krzewu, Mojżesz został wezwany do ściągnięcia sandałów. Dlaczego? Otóż sandał, uczyniony ze skóry martwych zwierząt, jest tu symbolem tego, co śmiertelne i ziemskie. I czego należy się wyrzec, obcując z Tym, który jest samym Życiem. Należy rozumieć to dwojako: jedynie ten, kto się straci, zyska siebie. Również nadmiar martwych rzeczy, to znaczy dobytku, jest balastem na drodze.

I jeszcze krótka uwaga w kwestii celibatu - jest to najbardziej dobitny z możliwych dowód, że kapłan zatraca siebie i swoje indywidualne, ziemskie zapatrywania, a staje się rzecznikiem Kogoś innego.

Sacrificium intellectus

Porządna kontrowersja jest jednak najlepszym generatorem notek :>

Tym razem myśl o rozumie i głoszeniu, i rzut oka na istotę formacji kapłańskiej. Na czym ona polega? Otóż na niczym innym, jak staniu się narzędziem. Na staniu się "żywym kamieniem", którego Bóg użyje do budowania Swej świątyni (luknijta no do 1 P 2,5). Ważna tu jest wyraźna forma bierna - to nie ja buduję dla, ale jestem używany przez Tego, do którego wszystko należy.

Jak to się przekłada na głoszenie? Otóż chodzi o to, by Słowo, dane człowiekowi od Boga, stało się jego własnym. By jego doświadczenie wiary uczyniło go kimś, kto całym sobą "czuje" sens i treść owego Słowa.

W związku z tym właściwa kolejność wygląda następująco: najpierw jest wiara, później rozum. Nigdy odwrotnie. Nie jest tak, że człowiek znajduje myśl, którą potem jakoś wyraża. Najpierw jest wiara i Słowo, a dopiero później przychodzi myśl. Rozum jest narzędziem Słowa i w Jego dyspozycji pozostaje, nie działa zaś samodzielnie.

Tutaj warto przytoczyć słowa ojca P.H. Kolvenbacha, który wspomniane podporządkowanie nazywa sacrificium intellectus. Według niego "zdolność przepowiadania zależy w pierwszym rzędzie nie od wiedzy, lecz od osobistego wejścia kapłana w Ciało Chrystusa i od wczucia się naszego rozumienia w przekazywane Słowo Boże".

środa, 12 lipca 2006
Pokuta c.d.

Widzę, że wpis w kwestii pokuty wywołał kontrowersje. Co oznacza, że problem jest faktycznie palący. Zatem dorzucam kilka dodatkowych uwag. Panie i Panowie, jedziemy.

Na początek może przyjrzyjmy się, czym jest wymiar indywidualny pokuty. Niech pomocą będą tutaj słowa, jakie jeszcze przed reformą liturgiczną wypowiadał kapłan przed przyjęciem Komunii (dzisiaj została ona nieco zmieniona i de facto zatracił się w dużej części jej sens). Oto kapłan powiadał: "Panie, nie patrz na grzechy MOJE, lecz na wiarę TWOJEGO Kościoła".

Dwie kwestie mają tu szczególne znaczenie. Po pierwsze, bardzo ważny jest indywidualny aspekt wyznania, że jest się świadomym swojej grzeszności. Nie rozmywa się to w jakiejś nieokreślonej wspólnocie, lecz odnosi do konkretnej osoby, z jej konkretnym życiem i konkretnymi czynami. Ukazuje się tu istota związku człowieka z Bogiem, którą dosadnie wyraził Kierkegaard, dając odpór Heglowi. Powiedział on mianowicie, że "co prawda społeczeństwo jest sumą jednostek, jednak jednostka, z racji swej relacji z Bogiem, wyrasta ponad społeczność i staje się od nie większa i ważniejsza". To mamy na myśli, mówiąc o jednostkowym nawróceniu i jednostkowej pokucie.

Druga rzecz, jaką należy tu na marginesie zauważyć, to to, że Kościół jako Corpus Christi wykracza poza i jest czymś więcej niż sama wspólnota ludzi. Dlatego należy dobrze zastanowić się nad słowami "wiara Twojego Kościoła". Chodzi generalnie o to, że zatraca się gdzieś sens, kiedy wiarę zaczyna się traktować jako coś osobistego, do czego dochodzi się jedynie samemu i czego treść ustala się jednostkowo. Łatwo przy takim podejściu zapomnieć, że w rzeczywistości treść wiary Kościoła została nam tak samo objawiona i dana "z góry", jak dana "z góry" została nam liturgia (o czym wiedza demoluje całkowicie wszelkie, nawet najbardziej huczne, próby tworzenia jej przy tzw. biurku).

Ale do rzeczy. Powróćmy z kolei do wymiaru wspólnotowego pokuty. Kardynał Ratzinger przypomina w tym miejscu słowa Jezusa, który rzekł (Mt 12,39): "To plemię żąda znaku. Ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza".

Co zatem działo się z Jonaszem? Kardynał zwraca uwagę na jedną rzecz. Oto gdy Jonasz dociera do Niniwy, zapowiada miastu zagładę i nawołuje do pokuty. Dla jej mieszkańców sens jest jasny: przywdzianie szat pokutnych, modlitwa, post.

To jest właśnie istota pokuty wspólnotowej. Bierze ona początek od indywidualnego uświadomienia sobie grzechów jej członków, ale jako wyznawcy Pana dają wspólnie i publicznie wyraz temu, że to Jego przebaczenie jest dla nich priorytetem, że są Jego ludem i Jemu w pierwszej kolejności poświęcają swe życie, a nie tzw. mamonie i sprawom tego świata.

Gdy się nad tym uważnie zastanowić, wówczas pozorna antynomia między wymiarami indywidualnym i wspólnotowym znika.

Na koniec dygresyjka (oczywiście zainicjowana przez kardynała :>): Jonasz niniwitów, a i Jezus żydów, czy Apostołowie pogan, nie nawracali w głównej mierze przez fechtunek na argumenty, ale świadczyli z całą mocą i odwagą, i poprzez wstrząs. Jak pisze kardynał: wstrząśnięty wiarą świadek swój wstrząs komunikuje innym.

Swoją drogą pamiętajmy też o triadzie, która od początku drogi Izraela służy ludziom w dotarciu do spraw Pana: poście, jałmużnie i modlitwie.

wtorek, 11 lipca 2006
Krótka uwaga w temacie pokuty
Dziś dane było mi dowiedzieć się, co właściwie nie klapuje w życiu ludzi naokoło, a co można wyczuć niemal podświadomie, ale trudno nazwać wprost. Znów potwierdziło się, że warto czytać kard. Ratzingera.

Może na początek należałoby wyjść od tego, co jest tak charakterystyczne dla wyznawców innych religii. Najlepiej od krajów islamu, gdyż tam interesujący nas aspekt widać aż nadto wyraźnie. Chodzi konkretnie o wielkie, powszechne tam czynności pokutne (wiadomo, co co chodzi - między innymi o chlastanie się po czerepie nożami i takie tam historie). Bardzo rzucają się w oczy dwie sprawy. Po pierwsze, zwrot "czynić pokutę" jest tam bardzo wyraźnie zrozumiały i od razu wiadomo, do czego konkretnie się odnosi. Po drugie - pokuta owa ma charakter ogólnospołeczny. Innymi słowy ma ona konkretne przełożenie na życie wspólnoty muzułmańskiej.

Kiedy to sobie uświadomić, wówczas boleśnie rzuca się w oczy fakt, że my w zasadzie nie tylko nie do końca już rozumiemy, czym pokuta właściwie jest, ale i traktujemy ją jako coś prywatnego.

To bardzo przypomina zapędy tych, którzy swego czasu próbowali zawłaszczyć sobie Sobór Watykański Drugi, aby wprowadzić w życie swoje przekonania, tudzież zrewidować co tylko się da i oczyścić katolicyzm od tego, co "przestarzałe i pochodzące nie od Boga, a od instytucji".

Generalnie chodziło o to, by spowiedź odbywała się publicznie (co wynikało z niezrozumienia istoty publicznego wyznawania grzechów, którego ślady można napotkać w Listach Apostolskich, a które de facto zachowywało jak najgłębszy wymiar indywidualny, odnosząc się stricte do nawrócenia konkretnej osoby), zaś pokuta była czymś indywidualnym. Zanegowano w ten sposób wszystko to, co Kościół od swgo początku uznawał za oczywiste. Zresztą, wystarczy spojrzeć na Wschód by dostrzec, że również i tam zachowała się wierność właściwemu rozumieniu tych dwóch podstawowych dla chrześcijaństwa aspektów.

Podsumowując, to wyznanie grzechów winno mieć charakter indywidualny, pokuta także wspólnotowy. Czynienie pokuty przez całą społeczność chrześcijan ma przygotować nas i wychowywać do życia w przyszłym, odnowinym Jeruzalem.

Tutaj narzuca się moja refleksja, że jednak udało się stłamsić pokutę i wtłoczyć w te skrajnie indywidualistyczne ramy. A to się potem odbija na całym podejściu do tego, czym właściwie jest życie wiarą. Efekt jest taki, że w Kościele człowiek modli się i wyznaje wiarę żarliwie, a kiedy na forum publicznym (np. na jakiejś imprezie) powie "ja wierzę i Kościół w tej a tej sytuacji naucza od zawsze, że...", to zaczyna się czuć skrajnie dziwacznie.

Moja teza jest taka, że jesteśmy co do zasady zindoktrynowani rozdziałem religii od państwa. I generalnie pozwalamy swoją wiarę tłamsić w sobie samych. A bez wychowania, jakim są właśnie świadomość grzeszności i podejmowanie pokuty, wiara nasza nie ma się na czym opierać i zanika, coraz głębiej chowając się do szuflady z napisem "sprawy prywatne i prywatniejsze".

Na koniec chciałbym jeszcze dodać pewną myśl, jaka bardzo pasuje do poprzedniego wpisu w temacie proroków. Prorok, jako ktoś, kto wyjaśnia wolę Boga, jest jakby twórcą ikony, który przekazuje innym właściwe Światło.

To mi przypomina myśl arabskiego mistyka, Al-Gazalego (który nota bene rzekomo uśmiercił w islamie zasadę sprzeczności), który napisał w "Niszy Świateł", że Boga należy szukać nawet w najmniejszych Jego odbiciach. Porównał to do światła słońca, które odbija księżyc, które następnie wpada do pokoju, załamuje się w lustrze, pada na ścianę i dopiero jako delikatna aura oświetla śpiących. Szukajmy zatem tej aury gdzie tylko się da.

niedziela, 09 lipca 2006
W zasadzie znowu Priczer (2)

Dziś w naszej świątyni stałem z boku, koło konfesjonału. Miejsce jak każde inne, a jednak skłoniło mnie do kilku przemyśleń. Które między innymi skręciły w stronę "Kaznodziei" :>

Myślą przewodnią było uczucie, jakiego człowiek doznaje po otrzymaniu rozgrzeszenia. Jest to właściwie fizyczne odczucie oczyszczenia. Pojawia się ono za każdym razem, czasem już w momencie postanowienia, że z jakimś grzechem zrywa się definitywnie.

Myślę, że w człowieku istnieje jakieś wewnętrzne oczekiwanie na to oczyszczenie. I tu na ziemi nie tylko dotyczy ono relacji człowiek-Bóg, ale i człowiek-człowiek. Tutaj z kolei pojawia się puenta "Kaznodziei". Dokładnie w przedostatnim, 65. zeszycie objawia się to, co Ennis chciał przez cały czas powiedzieć. Mniejsza na razie z tym, na ile zrobił to świadomie, a na ile po prostu mu "tak wyszło", bo chrześcijańskie motywy można znaleźć wszędzie naokoło.

Wracając jednak do meritum - jakie są trzy główne myśli, które napędzały bohaterów opowieści, a które znalazły swój finał we wspomnianym zeszycie? Ano, są to:

1. Beznadziejna walka z własnym grzechem, który zniewala coraz bardziej i staje się przekleństwem, które powoduje, że człowiek zaczyna pragnąć śmierci.

2. Silne pragnienie przebaczenia owego grzechu - i to przez człowieka, któremu wyrządziło się zło oraz wiedza, że jeżeli nie wyciągnie ręki, wówczas nie będzie ratunku.

3. Uświadomienie, że wartościowe rzeczy w tym życiu wymagają, by człowiek sięgający po nie udowodnił, że na nie zasługuje i ich nie zmarnuje.

To wszystko można znaleźć w ostatniej scenie, kiedy zakrwawiony i oślepiony Cassidy wyciąga dłoń do Jessego, który - zdziwiony - każe mu początkowo "wypierdalać". Znamienne są słowa, które wyharczał wtedy Cass (cytuję z pamięci, albowiem zaprawdę - nie chce mi się teraz szukać skanów :>). Brzmiały one: "Jesse fuckin` Custer! It`s not so easy to stick to yer friends when they`re straight on the road to hell, is it?"

Mogę to w razie czego ciągnąć dalej :> Na razie pozostawiam notkę w tym stanie surowości. Na marginesie można jeszcze dodać, że człowiek zdaje się, oprócz oczyszczenia, potrzebuje akceptacji siebie. Inaczej mówiąc: gdzieś w głębi wie, że nie może być tak do końca zły i tego dobra trzyma się kurczowo nawet czyniąc źle. I to właśnie dobro jest tym, co go określa, a nie dokonywane czyny i błędy. Sądzę przeto, że każdy w głębi serca oczekuje, iż znajdzie się ktoś, kto będzie go również "czytał" według tego dobra. Kimś takim jest zawsze Pan, który wyciąga do człowieka rękę i mówi "Tu masz życie a nie śmierć. Weź je".

Takie oto rzeczy naszły mój czerep podczas dzisiejszych czytań :> I to na permanentnym kacu, albowiem wczoraj byłem na urodzinach człeka z mojej starej klasy licealnej i od swego najbardziej serdecznego przyjaciela usłyszałem, że ostatni raz w Komunii był pół roku temu i właściwie już nie bardzo wierzy i nie chce o tym rozmawiać na razie. A jest to nie byle jaki chłop, który mnie samego wyciągnął swego czasu z niewiary. Kiedy więc usłyszałem to wyznanie (gdzieś tak około 23.15), nie pozostało mi nic innego, jak tylko wlać w siebie pół flaszki wiśniówki.

I dziś, jakby na zamówienie, na kazaniu była mowa o tym, że wszyscy mamy powołanie do bycia prorokami. A właściwe znaczenie proroctwa to "wyjaśnianie woli Bożej", nie tam żadne przepowiadanie przyszłości.

Czyli jednak miałem nosa, kiedy się jakiś czas temu złapałem za teologię i Kierkegaarda, odkładając na bok książki z ekonomii i filozofii. Trza być prorokiem, a z tego co ostatnio widzę naokoło, siła będzie roboty.

sobota, 08 lipca 2006
Prawda w demokracji - jedna z pięciu najśmieszniejszych rzeczy na świecie

Usłyszałem dziś dictum, jakoby demokracja w swoim właściwym sensie gwarantowała każdemu, że będzie mógł swoją własną drogą dążyć do Prawdy przez duże P. No i dobra.

Im więcej o tym myślę, tym bardziej nachodzi mnie przypuszczenie, że taki model skończył się nieodwołalnie w Grecji. A to z tego zasadniczego powodu, że w tamtych czasach ludzie - znudzeni skompromitowanymi bóstwami - szukali czegoś więcej, co zresztą przyszło razem z chrześcijaństwem.

Ale to nie jedyny powód. Drugi wynika wprost z tego, co swego czasu sugerował już Leszek Kołakowski - podział pracy w społeczeństwie poszedł na tyle daleko, że człowiek zmuszony jest arbitralnie wybierać sobie rzeczy, którymi chce się zajmować i o których chce czerpać wiedzę.

Inaczej jeszcze można powiedzieć, że skończył się okres w historii, kiedy człek wykształcony mógł nie tylko ogarnąć wszystek wiedzę istniejącą na dany moment, ale i zmielić to wszystko w czerepie.

Dlatego nie ma się co spodziewać, że padnie demokratyczny model oświeceniowo-lewicowy (w uproszczeniu go tak nazywając). Odkąc zamordowano klasyczną ontologię, nic dobrego z tego ustroju już nie będzie.

Priczer (1)

Ano, jakoś tak się życie potoczyło, że wśród znajomych jestem jedynym fanem tego "bluźnierczego, ohydnego i ogólnie chorego" komiksu (dla tych, co nie wiedzieć - chodzi o słynny komiks Gartha Ennisa, znany u nas jako "Kaznodzieja"). Cóż to takiego jest? W skrócie chodzi o to, że w pewnego młodego kaznodzieję, a kiedyś nowoczesną wersję kowboja (zamiast koni uprowadzał samochody :>), wstępuje istota zwana Genesis. Co to dokładnie za ustrojstwo - nieistotne. Grunt, że Jesse Custer (ów kaznodzieja) otrzymuje władzę Słowa, polegającą ni mniej, ni więcej, jak tylko na tym, że cokolwiek powie, będzie to wysłuchane.

Aby niepotrzebnie nie przynudzać - rzecz jest krwawa, przeklina się tu ostro, seksu nie brak, a i Bóg jest ukazany cokolwiek nieprzychylnie. Zasadniczo to wszystko przeważnie już wystarcza do tego, by dzieło (nieprzypadkowo używam tego słowa) Ennisa oskarżyć o wszystko, co najgorsze.

Osobiście rzecz jasna nie zgadzam się z takim podejściem. Ba - uważam, że ta historia, obrana z dodatków, jest tak naprawdę historią o wierze. Co pewnie kiedyś będę starał się udowodnić :>

Tymczasem mam zamiar zbierać tu od czasu do czasu różne uwagi, które będą mi w tym pomocne. Być może kogoś to zainteresuje.

Na początek skromnie, albowiem przytaczam tylko pewna opinię, która widzi analogie pomiędzy postaciami Jessego Custera a Jezusa. Zatem jedziemy:

1. Wspólne inicjały (J.C.)

2. Obaj głosili Dobrą Nowinę

3. Jesse Custer to anagram od "secret Jesus"

4. Obaj zostali zdradzeni przez przyjaciela

5. Obaj umarli i zmartwychwstali

Andante

"Możesz się uczyć w Actor`s Studio latami, a wszystko, czego się dowiesz, można sprowadzić do paru zdań. Patrz - Zeskoczył z barowego stołka i stanął wyprostowany. - Jedną nogą musisz stać w świadomości, drugą w nieświadomości. Jeżeli za bardzo oprzesz się na prawej nodze, postawisz na nieświadomość - to zerżniesz Ofelię, zadusisz Desdemonę: będziesz genialny. Tylko że może się to zdarzyć poza kadrem albo za kulisami i ani kamera, ani widz niczego nie zauważą. Jeśli zaś zaufasz zbytnio nodze lewej, to wszystko zagrasz poprawnie, doskonale nawet - tylko anioły nie będą latać wokół twojej głowy. A rola - stał w lekkim rozkroku - idzie dokładnie pośrodku."

Te słowa, które usłyszał kiedyś młody Daniel Olbrychski, niech wystarczą za przywitanie. Życiowa rola działa - jeśli wolno mi tak rzec - dokładnie w ten sam sposób. Nie polega tylko na jedzeniu i piciu, ani też nie opiera się jedynie na konstruowaniu marzeń. Dopiero po połączeniu można powiedzieć, że robi się dobrą robotę.

Czego wszystkim życzę, kończąc ten nieudolny powitalny wpis :>

1 ... 6 , 7 , 8 , 9