środa, 10 stycznia 2007
Degrengolada i czarne oczy

1. Kiedy jesteś w obcym mieście, wyrwany ze swojego miejsca i rutyny, zaczynasz obserwować. Nie możesz pozwolić sobie na skupienie się na konkretnych doznaniach, gdyż dopiero uczysz się ich na nowo. Przypomina to trochę słuchanie po raz pierwszy jakiegoś utworu. Najpierw słyszysz melodię, dopiero później wychwytujesz poszczególne sekcje instrumentów, by rozkoszować się np. wyborną grą skrzypiec.
Jeśli jednak masz wyrobione ucho, jesteś w stanie określić, gdy coś nie brzmi. Jeszcze nie wiesz co to jest, ale wiesz, że coś jest nie tak.
Po kilku latach przerwy wybrałem się w końcu na dłużej do Mikołowa, leżącego całe dwanaście minut drogi rozklekotanym autobusem od mego domu. Jest to bardzo ładne i stylowe miasto, jeżeli wziąć pod uwagę jego stare centrum (zresztą, serca miast leżą zawsze w ich najdawniejszych dzielnicach - reszta to nieistotne dodatki, niewarte uwagi). Zredukowałem tempo marszu i popłynąłem własnym rytmem, dając się prowadzić chwilowym zachciankom. Zacząłem chłonąć to, co widzę, nie tracąc czasu na zajmowanie się jakimś racjonalnym planowaniem marszruty. Bo i niby czemu miałbym to robić?
I - zupełnie niespodziewanie - nagle nastąpił zgrzyt. Czegoś tu brak! - pomyślałem. Po chwili gorączkowego namysłu wiedziałem wszystko: tu literalnie nie było ani jednej porządnej księgarni. No dobra, przesadziłem - jedna biedna pakamera z podręcznikami szkolnymi, nieco dalej św. Jacek. Nie zmienia to jednak faktu, że przekaz dla przybysza jest jasny - facet, daj se spokój, chcesz ogolić nogi? Zapraszamy. Kupić papier do podcierania tyłka? Świetnie. Wydłubać kawałek pizzy spomiędzy zębów? Nie ma sprawy! Ale proszę Cię, facet, nie wyjeżdżaj mi tu z jakimś Perez-Reverte`m, Villonem czy Sueskindem. Co to w ogóle kurwa za jedni?!
Myślę, że łapiecie już, o co mi chodzi. Doszliśmy do momentu, kiedy nawet w najstarszych zakątkach rządzi pieniądz (zresztą, kiedy nie rządził?), interes i przeróżne nikczemne, luksusowe i drogie jak diabli błahostki. Natomiast nie uświadczysz tam raczej miejsca, skąd możesz wyciągnąć na światło dzienne nieco zadrukowanego - i wspaniale, jeżeli jednocześnie lekko zakurzonego - papieru, dzięki któremu można jak w żadnym innym przypadku zintegorwać się z duchem danego miejsca i czasu - bo w pewnych miejscach przepływa on nieco inaczej, niż wskazują to modele fizyczne. I dużo wolniej.
Krótko mówiąc - żyjemy w czasach płycizny intelektualnej i rozplenionego na przepastną skalę analfabetyzmu. Nie inaczej. I naprawdę coraz mniej ludzi czuje się z tym niedobrze.

2. Ostatnio miałem okazję przeczytać o motywie tajemniczej nieznajomej w pociągu. Przyznam, że raz w życiu na własnej skórze odczułem, o co właściwie chodzi.
Było to w pociągu relacji Katowice-Kraków. W którymś momencie naprzeciwko usiadła dziewczyna mniej więcej w moim wieku, z lekko podkrążonymi oczami, brunetka, w ciemnobrązowej spódnicy, czarnej bluzce i bordowym sweterku. Na szyi miała jakieś fikuśne drewnianie wisiorki, z tych modnych teraz.
Powiem wprost - była bardzo ładna. I to nienachalnie, co w moim przypadku może działać jedynie na plus.
I to wszystko nic. To jeszcze nie była nieznajoma z pociągu. Bo i nie takie detale składają się na to pojęcie (a raczej powinienem powiedzieć - wrażenie).
Tajemniczą nieznajomą stała się dopiero w momencie, gdy podkuliła na siedzeniu nogi, otworzyła skórzaną torbę i wyjęła "Braci Karamazow", wyjęła zakładkę i zaczęła czytać.
Rzecz jasna, sam nie zdołałem przeczytać w czasie tej podrózy już ani jednej strony więcej.

niedziela, 07 stycznia 2007
W mordę i nożem

Kiedy zakładałem tego bloga obiecywałem sobie solennie, że będę unikać jakiejkolwiek bieżącej polityki, żeby nie zamieniać go w internetową gazetę. Sroga heca z udziałem abp Wielgusa w ciągu ostatnich dni sprawia jednak , że ten jeden raz złamię dane sobie samemu słowo.

Nie jest moim celem rozważanie, czy „był, nie był” agentem, bo teka dowodzi, że formalnie był. Osobiście widzę w tym wszystkim potężny dramat człowieka, który okazał się zbyt słaby, by sprostać swojej misji, ale – śmiem twierdzić – to, czy agenturalna przeszłość jego wynikała ze słabego charakteru, czy też od początku była cyniczną grą, jest kompletnie nieistotne, zaś prawdziwy gwóźdź do trumny jest wbity w zupełnie innym miejscu, niż się o tym mówi. Dlaczego – to postaram się wyłuszczyć w kilku punktach.

1. Kościół posiada kanoniczne „zabezpieczenia” przed heretykami nawet na najwyższych urzędach kościelnych. Herezja z automatu prawnego zostaje potępiona, niezależnie kto ją głosi, dogmatów nie można rewidować. Dlatego też biskup –agent to żaden problem.
Doktryna Kościoła jest niezależna od grzechu swego hierarchy ani tego, kto ją głosi.
Więcej nawet – tradycja kościelna, opierając się m.in. na Piśmie, w przypadku grzesznego zwierzchnika proponuje ćwiczenie się w pokorze, co de facto pozwala na duchowe skorzystanie z podobnych sytuacji.

2. Obserwacja określeń, jakie wysuwano w stosunku do bohatera całej sprawy, daje dużo do myślenia. Mieliśmy więc „czerwoną szmatę”, „TW Greya”, „Wielgusa”, „kłamcę”, „Judasza” itp. Pojawiały się nawet głosy oscylujące niebezpiecznie blisko stwierdzenia, że Duch Święty nie ma nic wspólnego z wyborem biskupów ani ich poczynaniami, ergo – z poczynaniami Kościoła. Co więcej, że jakoby „Wielgus najpierw jest Polakiem, dopiero potem katolikiem”.

To nie jest język ludzi Kościoła. To język polityków, których zainteresowanie nie dotyczy człowieka i jego dobra jako takiego, ale szuka możliwie jak najostrzejszego uderzenia w przeciwnika, by ugrać jak najwięcej dla siebie.
Z takim działaniem mieliśmy ostatnio sporo do czynienia – grał każdy. Przeciwnicy lustracji grali o jej kompromitację, zwolennicy demokratycznych rządów w Kościele grali o kompromitację ustroju hierarchicznego, przeciwnicy soboru składali obecną kołomyję na karb Vaticanum II, „dzieci soboru” żarliwie głosiły miłość bliźniego i humanizm.

Tezy Joachima z Fiore chichoczą z zza grobu, bo celem nadrzędnym ciągle jest utopia polityczna, nie zbawienie tu i teraz.

3. Co się wiąże z powyższym – spore znaczenie ma fakt szermierki w ciągu ostatnich dni za pomocą wycinku z Ewangelii Mateusza, w którym mowa o tym, iż „jeżeli i Kościoła nie posłuchają, niech wam będą jako celnicy i grzesznicy”. Co rzuca się w oczy – kompletnie pominięto tu faktyczną istotę owych słów (jako, że nie jest to wpis okołoteologiczny, zaznaczam tylko – warto się w tym kontekście zastanowić, dlaczego np. rodzicom narkomanów zaleca się zacisnąć zęby i nawet wyrzucić dziecko z domu).
Tym, co się liczy, to chwytanie się każdego możliwego cepa, byleby tylko uderzyć nim wroga. To jest upodlenie tekstu Pisma Świętego. To nie jest postępowanie człowieka Kościoła. To postępowanie polityka.

4. Egzegeza słów, jakie zostały wypowiedziane i treści osądów każe mi sądzić, że wszystko nie odbywało się wcale pod hasłem „ratujmy i oczyśćmy nasz ukochany Kościół”, a – pardon my french - „jebać czerwonych”. Trudno się zresztą dziwić. Nie jest tajemnicą, że coś takiego jak solidna formacja kościelna raczej w Polsce nie istnieje, w znakomitej większości przypadków została ona zastąpiona książkami Łysiaka, Ziemkiewicza czy artykułami Michalkiewicza, słuchaniem Radia Maryja i oglądaniem w telewizji papieża podczas odmawiania Anioła Pańskiego.
Sytuacja taka nie tylko powoduje niezrozumienie tego, czym właściwie jest Kościół i jego nauczania, ale prowadzi też do świadomości plemiennej, która każe raczej tępić plemiona przeciwne, niż działać na rzecz ich dobra. I – znowuż – dominacji przede wszystkim priorytetów politycznych (”Wielgus najpierw jest Polakiem, dopiero potem katolikiem…”).

W takiej sytuacji bardzo łatwo jest rozgrywać jedne grupy przeciw drugim. I coś takiego się właśnie wydarzyło. Przyjmijmy bowiem, że od początku do końca cała sprawa była montażem – a będziemy musieli przyznać, że gdyby nie interwencja Watykanu, udałby się znakomicie:
rozgorzała dzika wojna domowa;
Kościół stracił na autorytecie;
uderzono w lustrację.

Mówiąc brutalnie – owieczki pozwoliły się równo dymać i napuścić na siebie nawzajem.

5. Dziwi mnie osobiście stopień zaskoczenia tym, że arcybiskup mógł dać aż taką plamę i nie mówić prawdy do samego końca, w ogóle pójść na współpracę z SB. I opieranie na tej podstawie swego spadku zaufania do Kościoła.
Jeden powód swego zdziwienia zawarłem w punkcie 1. Drugim jest fakt, że przecież od lat sam episkopat przyzwyczaja nas miernym poziomem swoich listów do tego, że nie zaludniają go postaci wybitne. Nie oszukujmy się – kardynałowie Wyszyński i Sapieha już odeszli. Obecna epoka nie jest epoką wybitnych jednostek-przywódców. Przeciwne złudzenie mogło być co prawda podtrzymywane przez osobowość Jana Pawła II, czy w ogóle instytucję prymatu papieża w Kościele łacińskim, pozostaje jednak tylko złudzeniem.
Dlatego twierdzenia o upadku autorytetu Kościoła z powodu owej sprawy osobiście zbywam wzruszeniem ramion, gdyż uważam je za raczej niedorzeczne.

Na koniec, żeby nie wyjść tak do końca na zblazowanego bywalca rzymskich orgii („Panie, czego my to już w życiu nie widzieli”), napiszę tak – dobrze, że to wszystko wyszło. Źle, że wierni okazali się równie mali jak ich hierarchowie i zamiast stanąć na wysokości zadania – wyciągnęli noże i zaczęli się nimi nawzajem dźgać.
Ale nie ma tak źle – powiedziano głośno „Wiemy, kim byłeś, po co to ukrywać”. No i racja.
Teraz trzeba popracować nad sobą samymi, by następnym razem nie dać się wpuścić w nienawistny kanał tak łatwo, jak tym razem.

środa, 03 stycznia 2007
Turystyczna ciekawostka

Nie ma jak podróże. Każdy gdzieś tam na boku sobie już od dziecka marzy o Wielkiej Wyprawie W Nieznane. Lecz żyjemy w nowoczesnym świecie, w którym empatia w stosunku do zwierzaka już nie wystarcza.
Dlatego też turystyczni szpece od robienia forsy wykombinowali nową niszę. Jest nią turystyka pluszowych maskotek. Za niewygórowaną opłatą można już wysłać ulubionego misiaka swojego, lub swej kilkuletniej pociechy (ewentualnie wypożyczyć pod byle pretekstem od sympatii) i wysłać go na tydzień w ekscytującą podróż np. do Paryża.
Po tygodniu pluszak powróci, wraz z zestawem pamiątkowych zdjęć spod największych paryskich zabytków.
Nie wiem, jak Wy, ale ja jestem pod wrażeniem. To kto mi podeśle Budynia? :>

wtorek, 02 stycznia 2007
Protestantyzm do piachu

Święta, poza wieloma innymi , mają też - przynajmniej w moim wypadku - także swój wymiar czytelniczy. W tym roku, po długum oczekiwaniu, wpadł w me ręce komiks Craiga Thompsona pt. "Blankets", wydany w kraju nadwiślańskim przez Timofa i Cichych Wspólników.
Cena i wygląd tomiszcza robią naprawdę spore wrażenie - równa stówa za dobrze ponad kilową cegłówkę (600 stron to jednak nie w kij dmuchał). Śmiem twierdzić, że komiks wart jest każdej jednej z tych stu złotówek, jakie zań zażądano. Ale po kolei.

Zazwyczaj pierwsze wrażenie dotyczy części graficznej. W tym wypadku dostajemy od Craiga Thompsona rysunek uproszczony, schludny, bardzo podobny choćby do tego, jakim posługiwał się Frederik Peeters tworząc swoje "Niebieskie Pigułki" (Nota bene, komiks tak samo, jak i "Blankets", mocno autobiograficzny).
Niestety, nad czym bardzo boleję, nie udało mi się dotrzeć do metody, jaka została dokładnie użyta - a szkoda, bo rysunek mimo swej prostoty nie jest całkowicie jednolity. Mieszają się w nim jakby dwa style - dokładna kreska i odważniejsze, na pierwszy rzut oka mniej precyzyjne i miękkie maźnięcia, przypominające momentami rysunek węglem.
Thompson zręcznie posługuje się mimiką postaci, potrafi też wspomagać tekst odpowiednim kadrowaniem, co tylko przydaje opowieści realizmu, bo nie ma tu mitrężenia papieru na wstawki w rodzaju "był z niego wielki drab" lub "teraz nasz bohater zrobił tamto czy siamto", jakie czasem zdarzają się temu i owemu scenarzyście, a które są niezmiernie irytujące.
Rysunek jest oczywiście czarno-biały (co nie jest bez znaczenia, bo zasadnicza część opowieści dzieje się zimą), choć widziałem też kilka kadrów pokolorowanych w sieci, więc być może w Imperium istnieje też i wersja pokolorowana. Podejrzewam jednak, że byłaby ona podobnym niewypałem, co pokolorowana "Ballada o słonym morzu" Pratta.

Nie rysunek jednak decyduje o tym, czy komiks obyczajowy, a takim jest właśnie "Blankets", okaże się wart czytania. Jego siłą jest w tym wypadku zawsze opowiadana historia. I właśnie tu dzieło Craiga Thompsona okazuje się prawdziwym popisem.
Ciężko będzie mi doprecyzować swoje wrażenia nie uciekając się do spoilerowania, ale postaram się, ku uciesze (lub mniejszemu zdenerwowaniu) Gości ;> A ci, śmiem twierdzić, byliby bardzo zadowoleni z zawartości omawianej knigi. Thompson bowiem zaprasza czytelnika do swego rodzaju gry we wspomnienia.
"Blankets" jest retrospektywnym spojrzeniem na własne życie, ale nie ograniczającym się do zwykłej relacji ze zdarzeń, ale stanowiącym próbę ich analizy z punktu widzenia bardzo konkretnych rzeczy, które wpływają na ludzkie życie i wybory. Przede wszystkim z punktu widzenia światopoglądu, ale nie tylko. Jako były protestant autor bezlitośnie punktuje ten rodzaj duchowości i co może on zrobić z człowiekiem. Przy czym nie podaje na tacy gotowych rozwiązań, zmuszając czytelnika to wyciągania własnych wniosków i przeprowadzenia porównań ze swoim doświadczeniem (sam np. dzięki "Blankets" wreszcie zrozumiałem, dlaczego pałam taką niechcią do tzw. oazy. Jak się okazało - niebezpodstawnie).
Siłą "Blankets" jest bowiem nie sama historia jako taka, ale fakt, że w różnych odmianach ma ona swój odpowiednim w życiu każdego. Zresztą, bardzo wielu ludzi ceni sobie komiks Craiga własnie dlatego, że przywołuje wiele wspomnień. I nie pozwala na sprowadzenie ich do banału. Bo wie, że każde doświadczenie i przecieranie nowych dróg ma w życiu znaczenie.

Tytuł komiksu ma znaczenie symboliczne. "Kocyki" to odpowiednik różnych etapów w postrzeganiu i budowie swojego życia i swojego "ja", które okrywają całą doświadczaną rzeczywistość i pozwalają ją rozumieć i opisywać.
I które - tak jak koc - można w pewnym momencie odgarnąć, ułożyć w nowy sposób lub nawet całkowicie wyrzucić i wymienić na zupełnie nowe.

Konkluzja komiksu - mimo że dość melancholijna - przypomina w wymowie i nastroju końcowy monolog Zniszczenia w "Ulotnych życiach" Gaimana (szczególnie jego "podniebną" część).

Podsumowując - bardzo warto.

Natomiast - tu część notki chciałbym zadedykować Panu Bibliotekarzowi - w temacie innego komiksu, tj. "Sambre`a", posłużę się delikatnie sparafrazowanym cytatem z Wilq`a:
I powiem więcej. Wszyscy co to czytają powinni mi po piwie postawić, za to że ja się poświęciłem, przeczytałem to i teraz mogłem ich ostrzec żeby już nie wydupcali kasy i czasu nadaremnie :>

czwartek, 28 grudnia 2006
Konkludując w pewnych kwestiach

Artykuł polemiczny Adama Michnika w stosunku do kardynała Ratzingera w świątecznej "Gazecie" spowodował, że postanowiłem uporządkować kilka spraw. Robięto nie bez kozery, bo redaktor pokazał właściwie przekrojowo, w czym liberalny demokrata nie ma szans porozumieć się z katolickim kardynałem, bo de facto nie do końca zauważa, o czym mówi ten drugi. Czy inaczej - źle wyłapuje akcenty w wypowiedzi swego rozmówcy.

Michnik w tekście przybiera miano "demokraty-sceptyka" i z takiej pozycji broni demokracji liberalnej. Zarysujmy więc prawidłowy schemat, wokół którego powinien toczyć się rzeczywisty spór. Odbiega on zasadniczo od zaprezentowanego we wspomnianym artykule (którego jako takiego nie będę tu omawiał dosłownie).

Na jakie zarzuty winien wobec tego odpowiedzieć liberalny "demokrata-sceptyk"?

1. Katolik swe zasady wywodzi z pierwszej tablicy Dekalogu. To skierowanie spojrzenia przede wszystkim na Boga powoduje, że nakazy takie jak "nie zabijaj" zostają bezwzględnie uświęcone, a szacunek dla godności człowieka (powołanego przez Boga) jest zrozumiały sam przez się.
"Demokrata-sceptyk" człowieka traktuje przede wszystkim - konsekwentnie - jako zbiór funkcji, które składają się na pojęcie osoby ludzkiej. W ten sposób człowiek jako taki staje się podatny na ścisłe modelowanie, co więcej - jego tzw. prawa są przez to nieoczywiste i zależne przede wszystkim od dominującego aktualnie spojrzenia i oparte w dużej mierze nie na racjonalnych przesłankach, lecz sentymentach.

2. Katolik broni nieugięcie poglądu, że człowiek to nie tylko materia, ale i duch, wnętrze. I sprzeciwia się kategorycznie narzucaniu człowiekowi jedynie materialnej strony życia jako bezwzględnie dominującej.
"Demokrata-sceptyk" w najlepszym wypadku nie potrafi wypowiedzieć się odnośnie owej duchowej sfery, bo - będąc konsekwentnym - nic o niej powiedzieć nie potrafi.

3. Katolik, wychodząc od triadologii, zwraca uwagę na komunitarny charakter człowieka i powiada, że zrywając więzy z innymi ludźmi zrywa ze swoim człowieczeństwem.
Wiąże się z tym również inny aspekt, mianowicie: przekonanie o jedyności prawdy. Stąd katolik nigdy nie pozwoli człowiekowi na zwrócenie się przeciw innym, ani na kierowanie się egoizmem.
"Demokrata-sceptyk" nie zna pojęcia jedynej prawdy. Jest raczej agnostykiem. Hołduje przede wszystkim zasadzie prawa do szukania szczęścia i prawdy na własną rękę. To skądinąd pozytywne, jednak odrzucając z zasady jedyność prawdy nie potrafi skonstruować jednoznacznej listy czynów dobrych i złych, uzależniając je znów od sentymentów i aktualnie panujących trendów. Moralność staje się dla niego fakultatywnym wyborem.
Co więcej, zerwanie z jedynością prawdy ściśle koresponduje z silnym zindywidualizowaniem poszczególnych jednostek ludzkich - człowiek żyje przede wszystkim sam dla siebie i reaguje agresywnie wobec każdego, kto choćby delikatnie naruszy jego sferę własnej prawdy.

4. Katolik człowieka traktuje zawsze z szacunkiem, nie przekreśla nikogo.
"Demokrata-sceptyk" może pozwolić sobie na luksus przekreślenia danej osoby.

To jedynie podstawy.

Do listy zarzutów należy też dodać m.in.:
- konieczność manipulacji informacją przez instytucje demokratyczne, działająca destruktywnie na osobowość i fałszująca odbiór rzeczywistości;
- kumulacja kapitału na wielką skalę;
- demokratyczne wojny totalne (a propos - ten kamyczek Michnik chętnie wrzuciłby do kościelnego ogródka. A figę!);
- destrukcyjny wpływ na kulturę.

czwartek, 21 grudnia 2006
Co prawda czasy dumnych żaglowców odeszły w niepamięć...

...Ale niepoprawni maryniści zawsze mogą znaleźć coś dla siebie. Jedną z takich możliwości jest nurkowanie na starych wrakach. Czasem uda się wyłowić nieco dublonów, innym razem butelkę whiskey, a znów jeszcze innym razem w ogóle nie wiadomo, co się uda zagarnąć, bo wiele wraków nie zostało jeszcze nawet namierzonych, a te namierzone - nie wszystkie zostały spenetrowane (jak np. Arandora Star).

Jest więc nadzieja! Harrrr.

poniedziałek, 18 grudnia 2006
Myśl

Pewien mnich z klasztoru Iviron oświadczył mi kiedyś: Czcimy Matkę Bożą i pokładamy w Niej całą naszą nadzieję, ponieważ wiemy, że może Ona wszystko. - A czy wiecie, dlaczego może Ona wszystko? - Jej Syn nie pozostawia żadnego Jej życzenia niespełnionym, ponieważ nigdy nie zwrócił tego, co od Niej otrzymał. A otrzymał od Niej ciało, które wprawdzie przebóstwił, ale go już nie zwrócił. To jest przyczyna, dla której w ogrodzie Matki Bożej tak pewnie się czujemy.
(Stylianos Harkianakis)

sobota, 16 grudnia 2006
Kim jest Bóg?

W ostatnim tygodniu Adwentu warto ponownie uzmysłowić sobie kilka spraw, a przede wszystkim - Kto? przychodzi.
Kiedy czynimy znak krzyża wspominamy formułę, jaką nas ochrzczono W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. To właśnie Trójjedyny jest Bogiem chrześcijan, On objawia nam swe imię. On mówi Ja jestem i przedstawia się jako Osoba.

A właściwie trzy Osoby. Totalne zakłócenie obrazu Boga w czasach obecnych, chęć odrzucenia dogmatów i spekulacja na ich temat, uprawiana w sposób czysto rozumowy, a więc w gruncie rzeczy niechrześcijański, apologetyka, czy wreszcie żądanie skupienia się na samym Bogu i braterstwie między ludźmi, są konsekwencją - lub powodem, trudno jednoznacznie orzec, w którym kierunku działa to zjawisko wobec ludzi żyjących A.D. 2006 - wypaczenia rozumienia Boga jako w Trójcy Jedynego.
A to wypaczenie wiąże się z unicestwieniem tradycyjnego rozumienia ojcostwa.

Dla chrześcijanina ważnych jest kilka nieusuwalnych podstaw, z których wypływa cła reszta. Są to:
1. Upadek pierwszych rodziców, mający wpływ na całą (nie tylko duchową) kondycję ludzką.
2. Objawienie się Boga jako Tego, Który jest.
3. Dopełnienie powyższego poprzez Syna i Ducha Świętego.

Adam imię otrzymał od ziemi, adama. Jest to symbol tego, że człowiek nie tylko był chciany jako ten, kto jest osobiście znany "po imieniu", lecz także jako ktoś specjalny, łącznik między Bogiem a stworzeniem. Jest też uczyniony na obraz Boga i słowo "obraz" ma tu ścisłe pretensje do realizmu.
Co więcej, Bóg także ma imię. Z kolei będąc w Trójcy Jedynym, jest też relacją. To znów oddziałuje na człowieka, w którego naturze leży wchodzenie w relację z Bogiem, jak i drugim człowiekiem. Dlatego też człowiek zbawia się nie tylko poprzez stosunek do Boga, ale i w Kościele.
W Starym i Nowym Testamencie jest też Bóg nazywany Ojcem. Ojcostwo rozumiane jest tu jako uznające wolność swego potomstwa, ale i nie zadowalające się tylko akceptacją - ojciec także wymaga, by przywieść dziecko na drogę zbawienia.

Taki jest też Bóg. Oznacza to, że dla człowieka, będącego Jego obrazem w ścisłym znaczeniu, ojcostwo, macierzyństwo, ale i dziecięctwo są czymś immanentnie związanym z jego człowieczeństwem. Ich spaczenie powoduje spaczenie osoby ludzkiej, a także - w dalszej kolejności - niezrozumienie doniosłości dogmatu o Trójcy.

Można to zauważyć obecnie, kiedy ojcostwo/macierzyństwo sąw dużej mierze traktowane jako zło konieczne, lub nawet unikane, czy też są sprowadzane do samego aktu biologicznego, bez skupienia się na ich relacyjnym charakterze, który wymaga od człowieka bardzo wiele, ale też i wiele daje w zamian.

Pamiętajmy o tym, idąc o północy na pasterkę.

PS. Na zakończenie jedna uwaga. Chesterton w "Ortodoksji" pisał, że wyrażające wszystko w sposó doskonale zmatematyzowany modele człowieka i świata co prawda są czasem nie do podważenia pod względem konstrukcyjnym, ale uderzają w samą istotę bycia człowiekiem, demolując człowieka i czyniąc go niewolnikiem wzorów.
Podobną uwagę (za jednym ze swych uczniów) czyni kard. Ratzinger, kiedy wskazuje, że o ile Bóg posiada imię, o tyle Antychryst jest bezosobową liczbą.
niedziela, 10 grudnia 2006
Szabat + niedziela = weekend

"Ten, kto od życia w dawnych porządkach doszedł do nowego, do nadziei, nie jest już świętującym szabat, lecz żyje zachowując dzień Pański", jak powiedział św. Ignacy Antiocheński.
Nietrudno zauważyć, że obydwie kwestie zostały tu ukazane jako przeciwstawne sposoby egzystencji. To echo postawy samego Chrystusa, którego konflikty na tym tle z władzami znane są chyba każdemu, choćby pobieżnie orientującemu się w Ewangeliach. Ganił on współczesnych za niezrozumienie samej istoty obchodzenia szabatu, co znalazło kontynuację w staraniach św. Pawła o wyzwolenie od obrzędów starego Prawa.

Co jednak zadecydowało o ostatecznym kształcie, jaki znamy dziś, tj. o świętowaniu dnia Pańskiego a porzuceniu szabatu? Aby to zrozumieć, należy zdać sobie sprawę z dwóch rzeczy.
Po pierwsze, szabat miał znaczenie kultowe. Owo znaczenie przejęte zostało przez niedzielę, "dzień Pański" (Ap 1,10), w którym chrześcijanie spotykają Zmartwychwstałego, który znów "łamie chleb" i daje im do spożywania, dzień, w którym uobecnia się ofiara Krzyża. Przejście od szabatu do świętowania niedzieli jest więc w tym znaczeniu zrozumiałe, ponieważ jest ukierunkowaniem na właściwy, miły Bogu kult, którego ostatecznej formy poszukiwali wszyscy prorocy i lud Izraela (warto zauważyć, że gromy rzucane przez proroków na Izraelitów dotyczą przede wszystkim niewłaściwego kultu Boga). Odkąd sam Bóg, wcześniej nauczający ludzi, w jaki sposób powinni oddawać Mu cześć wskazując, jak powinni budować świątynię, ustanowił właściwy i ostateczny sposób, w jaki winien być czczony "w duchu i prawdzie" i w Eucharystii, problem sam się rozwiązał - szabat stracił swe znaczenie na rzecz niedzieli.

Sam szabat miał znaczenie trojakie:
1. Należy on do historii stworzenia. W tym dniu ustanowione zostało Przymierze, więc miał on ścisły związek z relacją, jaka łączy Boga ze stworzeniem. Powiadał, że świat nie jest przypadkowy - od początku miał być miejscem, gdzie zawarte zostanie Przymierze;
2. Szabat to dzień odpoczynku Boga, dzień wolności, w której uczestniczy także i człowiek. Nieprzypadkowo dzień ten wiązał się ściśle z kwestią uwolnienia Izraela z "domu niewoli". Jako taki wymagał też powstrzymania się od pracy, by człowiek nie tylko symbolicznie, ale i rzeczywiście ćwiczył się w oderwaniu się od spraw świata, a kierował na prawdziwy sens swej egzystencji, to jest na swój związek z Bogiem. Tu także zawieszone były relacje "pan-sługa" między ludźmi;
3. Trzeci wymiar był wymiarem eschatologicznym, bo związanym z oczekiwaniem na Mesjasza, a więc także na przyszłe życie.

Już samo to wyliczenie sporo mówi w rozpatrywanej kwestii. Idźmy jednak dalej

Po drugie z kolei, niedziela jest pierwszym dniem tygodnia. Mając na uwadze, że ich numeracja w Piśmie ma zasadnicze znaczenie, można przywołać List do Kolosan, gdzie Chrystus nazwany został "Pierworodnym wobec każdego stworzenia" oraz "Pierworodnym wśród umarłych" (1,15 i 1,18). Przez Chrystusa nastąpiło pojednanie Boga i człowieka (można również przypomnieć, że Bóg kilkakrotnie wskazywał na swój szczególny związek i szczególne prawo do pierwocin łona, antycypując przy tym ofiarę "prawdziwego Baranka", podczas śmierci pierworodnych w Egipcie oraz ofiary Abrahama). Niedziela stała się nie tylko dniem pierwszym, ale i ósmym, w którym antycypowana jest liturgia niebiańska.
Stąd niedziela mogła przejąć całe teologiczne znaczenie szabatu, podkreslając przy tym jednoczesną ciągłość i nowość chrześcijaństwa.

W Konstytucjach Apostolskich z kolei czytamy: "Spędzajcie szabat i dzień Pański w świątecznej radości, pierwszy bowiem jest pamiątką stworzenia, drugi zaś Zmartwychwstania" (KA, VII,23,3). Kładziono przy tym nacisk na rezygnację z wypoczynku ciała w szabat, traktując ten czas w sposób duchowy.
Nie jest więc prawdą początkowe wrażenie, że Chrystus i św. Paweł atakowali sam szabat jako taki. Właściwe rozumienie to takie, że chcieli oni w rzeczywistości go ratować przed zatopieniem w otchłani niezrozumienia i pustych obrzędów. Dążenie to znalazło swój wyraz w świętowaniu niedzieli, która przejęła w swej teologii prawdziwą teologię szabatu i ukazała ją w świetle prawdy o Chrystusie, który dokonał dzieła odkupienia człowieka.
Świętowanie niedzieli zachowuje zatem nie tylko pierwotny wzorzec i związek ze stworzeniem, jaki znajduje wyraz w strukturze tygodnia, ale i nadaje mu pełny wyraz poprzez ukierunkowanie na Chrystusa.

poniedziałek, 04 grudnia 2006
Gnoza oraz synowie Adama i córki Ewy

Podczas radosnego malowania chałupy, radio mej przezacnej archidiecezji zaatakowało mnie takimi oto dwoma spostrzeżeniami:

1. Przewijający się tu na blogu i w dyskusjach okołoblogowych temat odrzucenia przez współczesną filozofię samej idei zadawania pytania ontologicznego i konstrukcji takiego modelu rzeczywistości, który nie potrzebuje Stwórcy, można potraktować jako przedłużenie grzechu pierwszych rodziców - wolę człowieka by postawić się w miejscu Boga.

2. Eksplozja zainteresowania ezoteryką, ale i także - wśród chrześcijan - paranoja dopatrywania się w niemal każdym zdarzeniu ingerencji duchów/demonów/innych istot jest dowodem na to, że gnoza znów podnosi swój plugawy łeb. Stan ten jest echem starej gnostycznej koncepcji, że z bytu doskonałego - Boga - stopniowo "wypluwane" były byty coraz mniej doskonałe, zaś na końcu pojawiła się materia, między którą a Bogiem istnieje praktycznie nieskończona ilość bytów pośrednich, które można zjednać, wypytać o sprawy tajemne, lub zaprząc do roboty.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9