sobota, 16 czerwca 2007
Steampunk marynistyczny

Mniej więcej rok temu usłyszałem o facecie nazwiskiem Mieville. Jest to pisarz steampunkowy z Anglii, niezwykle popularny - jego książki cieszą się sławą prawdziwie nowatorskich i, zwyczajnie, znakomitych (sam Jacek Dukaj powiada z okładki, iż "tędy wiedzie droga do fantastyki XXI wieku").
Początkowy rekonesans utknął w martwym punkcie, okazało się bowiem, że China Mieville to czynny politycznie marksista. Co powieściom rokowało nie najlepiej, gdyż każdy wie, że postrzeganie świata przez literatów ma ogromny wpływ na ich twórczość. I w ten sposób stopniowo zapomniałem o całej sprawie, aż do kwietnia tego roku, kiedy to na półce wypatrzyłem "Bliznę", drugą powieść z cyklu o Bas-Lag, świecie wykreowanym przez Mieville`a.

Od razu muszę się przyznać ze wstydem, że bardzo chciałem przeczytać książkę z wyższością wobec lewaka wypromowanego w świecie na tej samej zasadzie, co Masłowska i podobni tu w kraju. I, na szczęście, już po pierwszych stronach zrobiłem się czerwony ze wstydu jak burak. Bo Mieville wielkim pisarzem jest!

Mając już jako tako obraz twórczości Chiny, z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jego twórczość chyba najlepiej zacząć poznawać od "Blizny" właśnie. Jest po temu kilka powodów, z których najważniejszy to Armada - miasto na Wezbranym Oceanie, stworzone z połączenia setek statków, od wielkich liniowców po zwykłe kutry i starodawne galeony. Miasto wyrzutków, niewolników i piratów, żyjące z handlu i grabieży, braki w mieszkańcach i zaopatrzeniu uzupełniające za pomocą porwań samotnych jednostek. I tak też trafia doń główna bohaterka, uciekająca ze swego miasta, Nowego Crobuzon, na pokładzie niewielkiej "Terpsychorii" do jednej z crobuzońskich kolonii karnych.
Opowiadane na sucho brzmi to niezbyt zgrabnie, Mieville jednak jest pisarzem fantastyki z krwi i kości, rozmachem dorównującym MacLeodowi - opowieść prowadzi niespiesznie, drobiazgowo i bardzo, bardzo sugestywnie. Kiedy opisuje nocne nabrzeże, to faktycznie słychać plusk fal rozbijających się o burty, słychać skrzypienie metalu, czuć zapach wody morskiej i plam ropy, widać cienie rzucane przez maszty oświetlone przez księżyc. Równie pełne życia są opisy zdarzeń typowo fantatycznych.
I w każdym momencie niemal czuje się ogrom oceanu pod miastem i napór wody - a osiągnąc podobny efekt jest trudno, o czym wie każdy, kto choć próbował cokolwiek napisać.

Fabuła książek Mieville`a opiera się głównie na wyrzutkach i degeneratach. Nie inaczej jest z "Blizną". Mamy tu: ściganą przez prawo uciekinierkę, crobuzońskiego szpiega, prze-tworzonego byłego więźnia, naukowca-kolaboranta, wampira (!) i tym podobne osobistości. Wampirzy motyw jest zresztą charakterystyczny, bo autor sięga po różne typowe motywy bez żadnej żenady i przerabia je po swojemu (mnie szczególnie spodobał się pomysł z młodą wiedźmą-bibliotekarką, która swego czasu wygrała w swej ojczyźnie konkurs na galion i płynęła przed statkiem, sypiąc do wody płatki kwiatów). Są więc także ludzie-kaktusy, ludzie-raki i ich podwodny Salkrikaltor, ogromne miasto, którego większość istnieje jedynie pod wodą, obrzydliwi ludzie-moskity czy strupodzieje, których krew zasycha natychmiast twarda jak kamień.
Są wreszcie prze-tworzeni, czyli ludzie karnie zdeformowani w fabrkach przez taumaturgów (mieville`owski odpowiednik magii) - np. jeden z głównych bohaterów, Tanner Sack, ma na piersiach doprawione macki. Kochanka innego z bohaterów z kolei ma nogi obcięte do ud, resztę stanowią zaś gąsienice i silnik na węgiel.

Ostatni motyw przynależy ściśle do charakteru twórczości Chiny, która nie jest bynajmniej pogodna ani sentymentalna, jak to było właśnie u np. MacLeoda. Tu jest raczej bez złudzeń i momentami brutalnie. Zresztą, epitet "brutalny" to ulubione słowo autora. Daje to momentami niezamierzony komiczny efekt, jest jednak konsekwencją marksistowskiego światopoglądu. Autorowi nerwy czasem puszczają i wrzuca ględzenie o zależnościach w społeczeństwie i ewolucji, lecz na szczęście jest tego bardzo niewiele. Ciekawe jest również, że te dekonstruktorskie wstawki, w zamierzeniu uderzające w tradycyjną fantasy, są tak skrajnie dziwaczne, że stają się ślepakami wystrzelonymi zupełnie na próżno (zresztą stają się też i czasem nabojami wystrzelonymi we własny czerep, znalazłem bowiem pewien wywiad, w którym Mieville tłumaczy się i przeprasza ewentualnych urażonych dokonaną przez siebie redefinicją gwałtu w "Dworcu Perdido").
Tak więc spokojnie można czytać te książki, bez obaw o jakieś niestworzone manipulacje - to są po prostu wspaniałe opowieści, w większości napisane w starym, epickim stylu.

Jest wszelakoż pewien nowoczesny dodatek - autor, obok misternych i robiących wrażenie opisów świata, wplata też w fabułę wątki mające w założeniu trzymać w napięciu. Dzięki takim zabiegom chce się czytać ciągle więcej.

Samej fabuły nie zdradzam, bo nawet najmniejszy spoiler może zepsuć przyjemność czytania. A jest ona (fabuła) skonstruowana w taki sposób, że wciąż odkrywa nowe punkty widzenia. Dlatego zostaje mi jedynie stwierdzenie, że przynajmniej "Bliznę" powinno się choć spróbować przeczytać.

Dobra, tyle jeśli chodzi o zachwyty nad Mievillem. Na zakończenie jeszcze tylko słówko o innej książce. Zbliża się pora letnich upałów i wypadów wakacyjnych, co - przynajmniej dla mnie - zawsze prędzej czy później musi skojarzyć się z morskimi wyprawami i podobnymi rzeczami. Dla tych, którzy czują podobnie, znajdzie się też i odpowiednia kniga. Mianowicie, "Zagadka piaszczystych ławic" Erskine Childersa. Jako zajawkę powiem tylko tyle, że jest to, jak powiadają, pierwsza powieść szpiegowska XX wieku (wydana w 1903), której angielscy czytelnicy wyprawiali się na Bałtyk i Morze Północne celem sprawdzenia zawartych weń hipotez, by zostać wyłapanymi i wsadzonymi do niemieckich więzień pod zarzutem szpiegostwa :-)

niedziela, 27 maja 2007
Nihilistyczne teatrum życia

Ćwiczenie z wyobraźni. Spróbujcie, całkiem na poważnie, przypomnieć sobie mrowiące "pyknięcie", jakie wydaje odbiornik telewizyjny gdy ustaje dopływ prądu i mały biały punkcik, który pojawia się wówczas na ekranie na mgnienie oka. To stanie się w Waszej głowie, kiedy będziecie umierać.
Przypomnijcie sobie teraz jakikolwiek moment, gdy zdarzyło Wam się zemdleć lub nieświadomie zasnąć. Tak będziecie odchodzić - nagle się skończy, odjedziecie nawet nie zauwazycie kiedy. Gra dobiegnie końca. Nagle odetnie Was od książek, oddanych komuś na pożegnanie. Czy je przeczyta i czy będą się podobać, albo czy zostaniecie wspomniani podczas czytania fragmentu, który lubiliście - nie dowiecie się i straci to jakiekolwiek znaczenie.
Idźmy dalej. Rodzina, przyjaciele i miłości - to tylko reakcje organizmu. Relacje bez większego znaczenia, tworzące się w dużej mierze niezależnie od Was. Zdeterminowane przez przypadek.
I tak dalej, i tym podobne...

Namawiam teraz do przerwania lektury tego wpisu i próby faktycznego wmyślenia się w to, co zostało napisane powyżej. Nie jest to całkiem bez znaczenia, bo inaczej zaistnieje niebezpieczeństwo pozostania na czysto teoretycznej płaszczyźnie, która bywa zabójcą rozumienia.

Ktoś mógłby zapytać - po co? ten dość w sumie egzaltowany wstęp. Ano, aby zrozumieć nihilizm, trzeba go odczuć całym sobą. A dzisiejszy szkic chciałbym właśnie temu poświęcić.

Temat jest ciekawy, gdyż zanik myślenia religijnego we współczesnym świecie wydaje się ciążyć ku pewnemu podobieństwu z religiami wschodnimi. Po kolei jednak.
Konsekwentny, nihilistyczny ateizm jest mocno radykalną opcją, niemal z konieczności czyniącą ludzi jakąs formą mizoginów - normalna rzrcz wobec bezsensu życia. Kiedy wszystko jest poddane chaosowi, człowiek automatycznie staje się postacią tragiczną, poddaną siłom, nad którymi nigdy nie zapanuje, a które do niczego sensownego nie prowadzą. Ma wówczas, jeśli doprowadza sprawy do konkluzji, dwa wyjścia: palnąć sobie w łeb, albo rozpocząć grę.
Drugie wyjście w formie różnych , quasireligijnych rytuałów nowoczesności (i tu pojawia się podbieństwo do nihilizmu wschodu) czyni z egzystencji wielkie, tragiczne teatrum, w którym człowiek zmaga się z losem i - co właściwie bardzo ludzkie - wznosi swój życiowy gmach nawet wiedząc, że nie zostanie z niego kamień na kamieniu. To wersja hardcore.
Istenieje również wersja złagodzona, w której po prostu nicość zostaje uczyniona tabu, które znika z codziennej świadomości i wraca jedynie okazjonalnie, np. podczas nagłej śmierci kogoś z otoczenia, choć i to niekoniecznie.

Ale żeby nie wikłać się w arbitralne osądy co do tego, iż niewierzący mieliby, przykładowo, z założenia przetrącony kręgosłup moralny, albo żyli w wielkiej rozpaczy, łapczywie szukając sensu, chciałbym raczej skoncentrować się na popularnym zarzucie, jakoby ludzie religijni wymyślali swe rytuały po to, by obłaskawić śmierć, podczas gdy oświeceni niewierzący nie potrzebowali tego.

Ja sądzę całkowicie odmiennie. Właśnie odrzucenie religii wymaga tworzenia rytuałów i nieustannego przywdziewania masek sensu i trwałości. Często bywa to nieuświadomione, ale jednak tak jest. Maski owe są jednak nietrwałe, cechuje je pewna dowolność zmiany, a co za tym idzie życiowa scena jest podatna na rozpad. Mniej enigmatycznie mówiąc - przykładowo nihilistyczne odgrywanie sensu małżeństwa w swym założeniu posiada pewien bezsens. Miłość jest nietrwała, a tak samo nietrwałe mogą być wszystkie podejmowane gry.
Natomiast twierdzenie o teatrze wiary zawiera w sobie jej głębokie niezrozumienie. Skok wiary jest właśnie zerwaniem z grą. Gry zostają w nim odwołane i do egzystencji przyjęty zostaje sens. Wiara jest wyzwoleniem z gier, pozwalającym przyjąć wszystkie konsekwencje nietrwałości człowieka.

Rzecz jasna, natychmiast pojawi się zarzut, że to nadal są gry. Na niego odpowiedziałbym w ten sposób, że nie: istotą gry jest świadomość grania w nią. Świadomość ta zostaje unicestwiona w skoku wiary.
Sądzę, że to może być całkiem niezła propozycja chrześcijan wobec postnowoczesności. I dobry punkt wyjścia do dyskusji z nią.

sobota, 19 maja 2007
Łańcuszek Studycki

1. J. Ratzinger, Duch liturgii

Absolutny klasyk i musiszmieć. Wieczorną, zimową sobotnią mszę, na którą poszedłem w trakcie czytania, zapamiętam do końca życia. Wchodziłem do całkowicie innego świata niż ten, który dostrzegałem dotąd.

2. J. Ratzinger, W drodze do Jezusa Chrystusa

Kto chce szukać prawdziwego Chrystusa, będzie miał w tej książce drogowskaz. No i przeczyta ze zrozumieniem Ewangelię św. Mateusza ;>

3. J. Ratzinger, Wiara-prawda-tolerancja

Kolejny klasyk na kardynalskiej liście. Tekst uderzający we współczesność w takim stopniu, że Adam Michnik poczuł się w obowiązku zneutralizować go na łamach Wybiórczej. Z mizernym skutkiem, oczywiście.

4. S. Kierkegaard, Bojaźń i drżenie

Istota wiary zapisana na papierze. Była dla mnie mocnym szokiem.

5. S. Kierkegaard, Wprawki do chrześcijaństwa

Właściwie to samo co powyżej, bowiem myśliciel z Kopenhagi był bliżej teologii niż filozofii. Wprawki zawierają sporo rzeczy, które zapadają w pamięć i zmuszają do własnej refleksji. Na Kierkegaarda czas znajdę zawsze.

6. L. Wittgenstein, Traktat logiczno-filozoficzny i O pewności

Kto przeczytał, ten zrozumie ;)))

7. G. K. Chesterton, Wiekuisty człowiek

Zielony Zakątek istniał naprawdę i zostawił po sobie cenną spuściznę. Do Wiekuistego warto wracać choćby po to, żeby polubić ludzi na nowo.

8. Iz 44, 24-26
Tak mówi Pan, twój Odkupiciel, Twórca twój jeszcze w łonie matki: Jam jest Pan, uczyniłem wszystko, Sam rozpiąłem niebiosa, rozpostarłem ziemię; a któż był ze Mną? Jam jest ten, który niweczy znaki wróżów i wykazuje głupotę wieszczków, wstecz odrzuca mędrców i wiedzę ich czyni głupstwem, potwierdza mowę swojego sługi i spełnia radę swoich wysłanników.

Wytłuszczone słowa towarzyszą mi już od wielu lat, przypominając, że nic oprócz Boga nie ma nade mną władzy. Niezamierzony efekt uboczny jest taki, że - z grubsza rzecz biorąc - przekłada się to na często olewczy stosunek do twierdzeń o sidłach zastawianych przez złego. Z drugiej strony stanowią źródło pewności.

9. L. Kołakowski, Obecność mitu

10. Zew Cthulhu, podręcznik podstawowy

Ta kniga towarzyszy mi już od minimum 10 lat. Bez niej nie byłoby takiego Esthela, jakiego znacie!

poniedziałek, 07 maja 2007
O micie na marginesie

Wydawnictwo Znak jest w trakcie wypuszczania serii książek będących współczesnym przepisaniem najsłynniejszych mitów ludzkości. Otwiera ją mała książeczka autorstwa Karen Anderson, cieszącej się dość sporym autorytetem religioznawcy, pod tytułem Krótka historia mitu.

Mimo wszystko postanowiłem podzielić się z tutejszymi bywalcami kilkoma fragmentami, być może okażą się dla kogoś ciekawe.

Po pierwsze, autorka powiada, że istotne dla "obrego" mitu jest pięć spraw:
1. musi być zakorzeniony w doświadczeniu śmierci i unicestwienia;
2. musi być nierozdzielny z rytuałem;
3. nacisk musi stawiać przede wszystkim na sprawy związane z kresem ludzkiego żywota;
4. musi to być historia opowiadana dla samej historii, musi wyjaśniać, w jaki sposób należy żyć - ma ustawiać człowieka we własciwy duchowy i psychologiczny sposób, by mógł żyć właściwie;
5. zasadniczym tematem mitu musi być wreszcie świat istniejący równolegle do świata widzialnego - świat bogów i tajemnic, świat potężnej rzeczywistości przekraczającej ludzkie wyobrażenie.

Dzisiejsze pojęcie o świecie bogów jest zbyt uproszczone - niegdyś człowiek, bogowie i przyroda byli postrzegani jako jedna całość, podległa tym samym prawom, składając się z tej samej boskiej substancji. Każda rzecz ze świata widzialnego miała swój boski odpowiednik w tej całościowej, potężnej rzeczywistości. Świętość i istnienie archetypu była czymś oczywistym, doświadczanym dogłębnie.
Początkowo nie istniała najwyraźniej żadna ontologiczna różnica między ludźmi i bogami, a na pewno nie w dzisiejszym sensie.

Mit staje się prawdziwy, gdy jest skuteczny, nie zaś wtedy, gdy daje informację o faktach. Pierwsze monoteizmy upadły, gdyż ich Bóg - którego istnienie przepowiadały potęga i niedostępność nieba - stał się zbyt odległy.
Można powiedzieć, że Anderson już w czasach prehistorycznych zauważyła mechanizm, któremu sprzeciwił się Kościół negując filozofię chociażby Kanta, która Boga ustawia poza historią i czyni absolutnie niepoznawalnym, a więc po prostu wyrzuca Go poza ludzkie doświadczenie i życie.
To samo stało się już dawno temu i skończyło stopniową utratą jakiegokolwiek przywiązywania wagi do takiego Boga, i zaowocowało wymyśleniem bogów zastępczych.

Wrażliwość mitoligiczna (lub religijna) wiąże się mocno z istniejącym porządkiem społecznym i gospodarczym. Powstanie miast i gospodarka pozwalająca produkować i odtwarzać (! - ważny element) dobra i zasoby odrywa człowieka od poszukiwania świętości i absolutu, pozwala uniknąć pytania o śmierć. Co więcej, powoduje rozerwanie początkowo ściśle powiązanych mythosu i logosu, skłaniając się ku oddawaniu hołdu temu drugiemu.
Przykłady można znaleźć już w Babilonie, gdzie epos o Gilgameszu jest jakby zerwaniem z dotychczasowym przywiązaniem do bogów i pierwotnych koncepcji mitologicznych. Gilgamesz wyrusza po nieśmiertelność, ale jej nie otrzymuje, a gdy wraca godzi się ze śmiercią i żyje w nowy sposób, bardziej stoicki można by powiedzieć.
Karen Anderson w wierzeniach plemion zbierackich i łowieckich ważny element konfrontacji z doświadczeniem śmierci (początkowo związany prawdopodobnie z empatią wobec zabijanych zwierząt), które przygotowuje człowieka do tego, by przyjął wiadomość, iż rzeczywiste życie, życie w wywyższeniu, wymaga najpierw doświadczenia śmierci. Tę myśl, najpierw szczątkową, miało rozwinąć dopiero wprowadzenie rolnictwa, które przy okazji przyniosło też kult Bogini Matki, związany z ziemią.
Ziarno wrzucone w ziemię najpierw obumiera, by przynieść plony. Echo tego sposobu rozumowania znajdujemy w Ewangelii -Jezus używa tego porównania, gdy tłumaczy poganom, w jaki sposób da im się poznać: Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie samo jedno, ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity (J 12,24).
Nasze nowoczesne miasta są już u swych źródeł czystymi wytworami logosu. Studyta pisał u siebie o ludziach-hobbitach. To właśnie tolkienowscy kmiecie są przedstawicielami ludzi "starego typu", których egzystencja tak dalece zależała od ziemi i sił natury, że poczucie sacrum było w pewnym sensie ich sposobem na życie.
W Biblii również znajdujemy tę myśl - największym z proroków jest w Nowym Testamencie nazwany przez samego Jezusa Jan Chrzciciel, który żył na pustyni i wiódł życie ascety.

Zachodni chrześcijanie i początkowo islam zachłysnęły się w okolicach średniowiecza filozofią grecką, której główne dzieła zostały wówczas na nowo odkryte, wschód zaś wzruszył jedynie ramionami, gdyż wiedział czym to cuchnie. Islam w osobie al Gazalego dość szybko pozbył się filozofii, zachód zaś wyjaławiał się stopniowo.

Koncepcja grzechu pierworodnego by św. Augustyn, tj. związanego z winą, miała związek z upadkiem Rzymu, który był w antycznym świecie symbolem rozumu i zdrowego rozsądku. Ten upadek powiązał Augustyn z seksem, który po pierwsze pojawił się w obecnej formie jako skutek grzechu, po drugie zaś stanowi swego rodzaju skupienie się stworzenia na samym sobie.
Wschód chrześcijański ponownie wzruszył jednak ramionami, gdyż upadek Rzymu nie był dla niego niczym szczególnym, było to coś co miało nikły wpływ na wschód. Stąd koncepcja św. Augustyna nie znalazła tu podatnego gruntu by zakiełkować.

Wreszcie autorka twierdzi na koniec, że jakkolwiek nie ma szans na ponowny mariaż mythosu i logosu we współczesnym świecie, ciężar odpowiedzialności za przygotowanie ludzi do właściwego życia i inicjację może spocząć np. na literaturze.

To tyle, wpis jest jak najbardziej polemiczny.

niedziela, 22 kwietnia 2007
Rana miłości

A jeśli kiedy taki czy jakikolwiek inny człowiek przypadkiem znajdzie swą drugą połowę, wtedy nagle dziwny na nich czar jakiś pada, dziwnie jedno drugiemu zaczyna być miłe, bliskie, kochane, tak że nawet na krótki czas nie chcą się rozdzielać od siebie. I niektórzy życie całe pędzą tak przy sobie, a nie umieliby nawet powiedzieć, czego jedno chce od drugiego. Bo chyba nikt nie przypuści, żeby to tylko rozkosze wspólne sprawiały, że im tak dziwnie dobrze być, za wszystko w świecie, razem. Nie. Ich obojga dusze widocznie czegoś innego pragną, czego nie umieją w słowa ubrać, i dusza swe pragnienia przeczuwa tylko i odgaduje.
(Uczta Platona, rozdział XVI)

Ludzie mający w sobie potęzną tęsknotę, która przekracza ich naturę, tak że pragną oni więcej niż to przysługuje człowiekowi, zostali zranieni przez samego Oblubieńca; ich oczy zostały dotknięte promieniem Jego piękna. Wielkość tej rany zdradza strzała, a pragnienie wskazuje na Tego, kto ją wystrzelił
(Nikolas Kabasilas)

Nos z wosku! Prawdziwy symbol rozumu.
(Thomas Love Peacock)

"Przyczyną miłości jest poznanie, poznanie rodzi miłość" - napisał prawosławny teolog Nikolas Kabasilas. Następnie wyróżnił dwa rodzaje poznania:
1. Przez pouczenie, a więc poznanie z drugiej ręki;
2. Przez zetknięcie się z rzeczami, a więc przez doświadczenie.

Pierwszy rodzaj poznania, jak nietrudno zauważyć, jest poznaniem przez dyskurs i jako takie zostało przez Kabasilasa uznane za niższe w stosunku do poznania przez doświadczenie (mocno rozwinął ten wątek Kierkegaard, rozważając tzw. problem uczniów z drugiej ręki, o czym może kiedyś szerzej). Powie on dosłownie: "Dopóki nie zakosztowaliśmy danej istoty, nie kochamy przedmiotu tak, jak powinniśmy go kochać" (wszystkie cytaty za Ratzingerem).
Jest to mocno grecki punkt widzenia, który w pięknie widzi prawdę, gdzie piękno jest najwyższą formą poznania. Jest to sposób widzenia bardzo głęboki, całkowicie - można by rzec - egzystencjalny. Nie ucieka się on przy tym do negacji rozumu jako takiego.

Jest to nastawienie na wstrząs wiary, egzystencjalne spotkanie Chrystusa, podobne do zdarzenia, które spotkało Jonasza. Nie zrozumie tej myśli ten, kto nigdy nie poczuł się w podoby sposób. Kto odrzuca podobne doświadczenia, ten dobrowolnie się zubaża i, pozornie poszerzając swe horyzonty na rzecz rozumu, w rzeczywistości zawęża je, samemu zaś stając się podatnym na wodzenie za nos przez tych, którzy przewyższają go retorycznie i pozbawiając się kryterium, które pozwala na - jak wskazuje Hans Ulrich von Balthasar - właściwą ocenę konkurencyjnych argumentacji, które zalewają współczesnego człowieka z każdej strony.

Ratzinger posuwa się nawet do stwierdzenia, że to, o czym pisał Kabasilas, uzewnętrzniło się w ikonach, lecz także i w największych dziełach romantyzmu i gotyku (tym razem na pierwszy rzut oka poznać, że obecny papież jest na wskroś Niemcem w swym postrzeganiu i wrażliwości).
Za Evdokimowem przypomina, że patrzenie na ikonę wymaga w rzeczywistości postu patrzenia, tak, by wyzwoliwszy się z wrażeń zmysłowych dostrzec głębszą rzeczywistość, która co prawda nie jest dostrzegalna czysto zmysłowo, ale która jednak "jaśnieje w tym, co zmysłowe".

Rzecz jasna, natychmiast musi pojawić się zarzut, że to, co piękne, nie musi być wcale prawdziwe. Gorzej - być może to zło, śmierć, zniszczenie i brzydota są prawdą, podczas gdy piękno stanowi zawór bezpieczeństwa przed ponurą rzeczywistością. Nie jest to zarzut bezpodstawny - zarówno historia, jak i codzienne doświadczenie pokazują, że Apollo - symbol harmonijnego piękna - umarł, a może nawet i nigdy naprawdę nie żył.
Z pomocą przychodzi modlitwa brewiarzowa z okresu Wielkiego Postu, a konkretnie dwie antyfony wprowadzjące do Psalmu 45., z poniedziałku czwartego tygodnia, jedna na czas Postu, druga na czas Wielkiego Tygodnia.
W Poście antyfona brzmi: Tyś najpiękniejszy z synów ludzkich, wdzięk rozlał się na Twoich wargach.
Druga zaś mówi za Izajaszem: Nie miał On wdzięlu ani też blasku, abychciano na Niego patrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał.

W tym przeciwstawieniu św. Augustyn widział swego rodzaju uzupełnienie greckiego rozumienia piękna na zasadzie przeciwstawienia. W tych dwóch przedstawieniach Chrystusa pierwotne podejście do piękna staje się dojrzalsze. Umęczony Chrystus jest uosobieniem prawdziwego piękna, gdyż "umiłował swoich aż do końca".
Piękno prawdy jest więc właściwą prawdą i właściwym pięknem. Piękno zaś, co czuje człowiek intuicyjnie, wiąże się z pewną formą bólu i cierpienia, wynikających z tęsknoty, której Grecy nie potrafili jeszcze skonkretyzować.

Jest to przeciwstawienie wobec typu piękna, jakim jesteśmy bombardowani w różnego rodzaju przekazach. W tym drugim eros zostaje wypaczony i sprowadzony do pożądania przyjemności dla siebie i woli mocy. Owym drugim rodzajem piękna kierowała się Ewa w Raju. Księga Rodzaju wprost określa, że drzewo było "rozkoszą dla oczu", zaś owoc "dobry do jedzenia", a więc były odbierane w sposób zmysłowy, niepodobny do sposobu patrzenia na ikonę.

Witam wszystkich po przerwie. Nieustanny szacunek dla Ratzingera Josepha :-)

wtorek, 27 lutego 2007
Sługusi ZUSu i ludzie-Gollumy

1. W 1640 roku, podczas snu, cudownie odrosła amputowana dwa lata wcześniej noga Miguela, 23-letniego wieśniaka z Calandy. Nigdy wcześniej nie słyszałem o tym wydarzeniu. Rzuca ono jednak światło na poczynania facetek z ZUS-u, które co roku odwiedzały mojego ś.p. wujka Kazika w jego mieszkaniu na osiedlu Tysiąclecia w Katowicach (nota bene, mieszkał na 10. piętrze, a właściwie półpiętrze, dokąd prowadziło kilkoro stromych schodów, na których spółdzielnia nie zgodziła się wybudować kładki, by mógł na wózku - miał amputowane obydwie nogi - zjeżdżać sobie do windy), aby, jak zwykle, dopełnić formalności i przyznać mu rentę na kolejne 365 dni.
Zatem wuj, człowiek o pogodnym usposobieniu, wyznał któregoś razu owym niewiastom, że w zasadzie to one są jego jedyną nadzieją i sensem w życiu. Kiedy spojrzały nań jak na idiotę, oznajmił, że te coroczne odwiedziny każą mu sądzić bez cienia wątpliwości, iż w takim razie nogi w końcu kiedyś odrosną. Dziwnym trafem, nie przyszły więcej. Ech!

2. Obecny Wielki Post upływa mi przede wszystkim na dwóch czynnościach: czytaniu całości dzieła błogosławionej Anny Katarzyny Emmerich, tudzież odmawianiu Kanonu pokutnego. W związku z tym drugim chciałbym napisać parę zdań.
Przede wszystkim na początku czułem się jak jakiś muzułmaniec, podczas czynienia prostracji. Coś się we mnie burzyło przeciw stukaniu czerepem o posadzkę. Szybko zidentyfikowałem, o co chodzi - podświadomie, choć pleniłem je ostro, pozostały mi resztki przekonania, że liczy się wnętrze i duch, a litera to sprawa drugorzędna, w zasadzie nieistotna. To popłuczyny po naiwnym i dopiero (!) powierzchownym stwierdzeniu, że Nowy Testament usunął Stary.
Przez nie człowiek bardzo łatwo potrafi się wyobcować (nie tylko w wierze) i teoretycznie uznawać Kościół jako drogę zbawienia, ale mimo to pogardzać nieco wszystkimi innymi Jego członkami i skupić na sobie, na własnym rozwoju.
Oczywiście, na dłuższą metę prowadzi to do różnych dziwacznych wypaczeń. A przede wszystkim staje się negacją Ewangelii, której sensem jest wyzwolenie człowieka, które tu na ziemi potrzebuje świadków. A tu znowuż wracamy do kwestii zewnętrznych gestów i słów. Zamknięcie się w sobie, nawet podyktowane szczytnymi przesłankami, prowadzi często do destrukcji (nawet mnisi żyją do pewnego stopnia wspólnie).
No i przede wszystkim, pomyślałem, że odzywa się we mnie bunt nowoczesnego człowieka, będący w istocie buntem starym jak świat, który każe mi sądzić, że Ewangelia jest czymś tak wielkim i wzniosłym, że nie potrzebuje jakichś śmiesznych, feudalnych gestów.
A w rzeczywistości takie gesty mają w sobie wiele z ducha Sakramentów i czynią religię czymś całkowicie realnym, nie tylko filozofią. Upadając na twarz wkraczam na tą samą płaszczyznę, którą wybrał Pan, gdy zdecydował by objawić się na świecie w konkretnym miejscu i konkretnym czasie. To właśnie Tu mam największą szansę naprawdę Go spotkać.
Tak więc pozbyłem się głupich uprzedzeń, co poczytuję sobie za wielki sukces tegorocznego Postu.

Przy okazji przychodzi mi na myśl, że w dobie McDonalzyzacji życia, ma się często do czynienia z McSpowiedzią - dziś wbrew pozorom trudno o dobrą spowiedź. Zupełnie jakby w postświecie człowiek został pozostawiony samemu sobie i żądano od niego, by wykazał swą wielkość i pierwszy, sam od siebie, zaczął szukać sensu i prawdy. A dopiero, gdy okaże się ich godzien, dostaje je w zamian. Już nie jest, jak kiedyś, prowadzony za rękę.
Oczywiście abstrahuję tu od zlewki serwowanej przez samych spowiedników, ale coś w tym jest - mało komu się chce i najpierw należy zechcieć szukać samemu.
Szczerze mówiąc nie jestem pewien, co o tym sądzić.

3. Sroga awantura o Rospudę wywołała u mnie nostalgię za niegdysiejszym mocnym zauroczeniem szkoła austriacką, która przejawiła się w stwierdzeniu, że kilof w plery kumakom, grunt, że dzięki lepszej sieci dróg łatwiej będzie o inwestycje i ułatwi się handel, co w dłuższej perspektywie poprawi standard życia ludziom.
Nagle myślę: oł siet! Przecież tak myślą ludzie-Gollumy!
Bo zobaczmy, jak wygląda życie człowieka-hobbita. Nie ma on najnowszego modelu zmywarki, to jasne. Ale - to najważniejsze - będąc zależnym od natury i wpisując się w jej zwyczajny cykl narodzin i śmierci staje się fatalistą, który wszystko bierze jako, uwaga, naturalne i nieuchronne. Zależność od natury ma zupełnie inny charakter niż zależność od trendów społecznych i marketingowych. Ona nie deformuje człowieka w jakieś zaprzeczające własnej istocie nie-wiadomo-co, ale właśnie pozwala mu pozostać sobą samym.
Człowiek-hobbit wszystko przeżywa naprawdę, świadom swoich słabości, ale też i nie ucieka przed nimi panicznie. Przyjmuje rzeczy takimi, jakie są. I dzięki temu jest pogodzony ze swym otoczeniem, nie musi podporządkowywać go sobie za wszelką cenę.
Wie, że sam nie jest centrum i wie, co to pokora. Nie tworzy własnego świata lecz żyje w tym, który istnieje naprawdę i ceni tych, którzy byli wielcy w prawdziwym życiu, nie zaś tych, którzy byli wielcy w tworzeniu iluzji życia. Człowiek-hobbit nie żyje duchowo, ale bije realne pokłony.

środa, 14 lutego 2007
The way we live now (1) - scholia

Jakże znakomity, długo oczekiwany i ledwo odzyskany tekst Studyty (oklaski) skierował mą uwagę na różne wątki. Jeden z nich chciałbym poruszyć w tym miejscu, a jest to problem śmierci w świadomości uczestników Wiecznych Juwenaliów.

Z pewnością każdy zgodzi się, że śmierć jest dziś tematem zakrzyczanym i zasłoniętym przez inne - i będzie to truizm. Ale nie do końca trafny, o czym za chwilę.
Przede wszystkim śmierć jest rugowana przez jednostkę z jej własnej egzystencji, na ile to tylko możliwe. Dopiero podczas tragedii w najbliższym otoczeniu coś się człowiekowi na chwilę "odkorkowuje" w głowie, jakaś szufladka się otwiera i zazwyczaj następuje wówczas chwila ciszy lub mamrotania pod nosem, wypełniona tzw. myślówą. Często idzie to w parze z jakimś bardziej spektakularnym wybuchem rzewnego nastroju lub oznak przywiązania do drugiego człowieka tuż po katastrofie. Ewentualnie ludzie podejmują wreszcie jakieś decyzje, wybudzając się na moment z letargu, przez mgnienie oka świadomi tego, czym jest kompletne życie ludzie.
Po tych którkotrwałych objawach wszystko szybko wraca do normy.

Skalę wyrugowania śmierci i cierpienia z kultury widać było szczególnie wyraźnie podczas wojen w Afganistanie i Iraku, gdzie żelazną zasadą było podkreślanie, że żołnierze właściwie nie giną, a wszelkie tragiczne "wypadki" nie brały się tyle z faktycznych działań wojennych, co były raczej nieszczęśliwymi zbiegami okoliczności.
Presja jest tu tak silna, że społeczeństwa są skłonne histerycznie atakować własnych polityków tylko po to, by wreszcie wyprowadzić armie z groźnego terenu, za wszelką cenę, byle tylko uciszyć wreszcie dopływ złych wiadomości i oddalić na ile się tylko da groźbę uszczerbku na zdrowiu.

Jest jednak i druga strona medalu. Wielką popularność zdobywają różnego rodzaju zdjęcia i filmy z tragicznych wypadków, walk, krwawe sceny przemocy - pełno tego w sieci, a liczba odwiedzin zawsze robi wrażenie. Jest to - jak sądzę - taki sam erzac w stosunku do prawdziwego życia, jak są nim sporty ekstremalne w stosunku do prawdziwych wielkich wypraw i wyczynów.
Egzystencja nie znosi pustki - wyrugowana śmierć wraca jako budzące grozę, ale i fascynujące igrzysko, małość i tchórzostwo ludzi, którzy nie są już w stanie sięgać po prawdziwe trofea znajduje ukojenie w postaci aktywnego wypoczynku, rzecz jasna nie dłuższego niż tydzień-dwa.

poniedziałek, 05 lutego 2007
Tristan da Cunha

mapa tristan

Mniej więcej w połowie szlaku morskiego pomiędzy Cape Town a Buenos Aires leży, jak ją nazywają, jedna z najbardziej odosobnionych z zamieszkanych wysp, zwana Tristan da Cunha, należąca do archipelagu o tej samej nazwie. Archipelag składa się w szeciu wysp wulkanicznych, jednak życie toczy się przede wszystkim na Tristan.

zdobywcy

Wyspę odkrył w 1506 roku portugalski żeglarz, Tristão d'Acunha. Nie był jednak w stanie wylądować, zadowolił się więc ochrzczeniem znaleziska własnym imieniem. Pierwszymi, którym udało się powstawić stopę na lądzie, byli marynarze francuskiej fregaty L'heure du Berger w 1767. Wyniki rekonesansu opublikował w 1781 roku pierwszy Hydrograf Royal Navy.

Między XVII a XIX wiekiem na wyspę zawitało wielu wielorybników i łowców fok.

lambert

Pierwszym stałym osadnikiem na wyspie był Jonathan Lambert, który przybył tu w 1810 z Salem w Massachusets. Oczywiście, natychmiast ogłosił się jedynym prawowitym właścicielem wysp, co więcej, zamówił nawet stosowne ogłoszenie w Boston Gazette rok później, w którym przemianował wyspy na Islands of Refreshment. Pech chciał, że już w 1812 wraz ze swymi towarzyszami utonął w katastrofie łodzi, zdążył jednak do tego czasu zgromadzić fortunę dzięki sprzedaży foczych skór. Po dziś dzień na wyspie krąży legenda o ukrytych gdzieś w okolicy skrzyniach pełnych złotych suwerenów.

załoganci

W dniu dzisiejszym wyspę Tristan da Cunha zamieszkuje mniej więcej 300 osób, tworzących około 80 rodzin. Co ciekawe, nie używa się tu praktycznie nazwisk, w obiegu jest ich bowiem jedynie osiem (7 aż do 1986!). Nazwiska te to:

Glass - od nazwiska Williama Glassa, pierwszego szkockiego osadnika z 1814 roku;

Swain - od nazwiska Thomasa Swaina, Anglika, który osiedlił się na Tristan w 1821;

Rogers - od Jankesa, który przybył na wyspę w 1836;

Green - po Duńczyku Peterze Greenie, którego statek rozbił się u wybrzeży Tristan we wrześniu 1836;

Hagan - po kolejnym Jankesie, Andrew Haganie, który osiedlił się na wyspie w lutym 1849;

Repetto i Lavarello - po dwóch Włochach z Camogli koło Genui, którzy rozbili się tu w marcu 1893.

Ósmym nazwiskiem jest Petterson - nazwisko "przyniesione" na wyspę przez jedną z tutejszych dziewczyn, która wróciła na wyspę z mężem by osiedlić się w rodzinnych stronach.

morze

Z wyspą związanych jest sporo historii, jest to zakątek bardzo malowniczy. W sieci można znaleźć wiele pieknych fotografii, które dają przynajmniej namiastkę tego, czym jest życie w tych stronach. Jednej informacji już jednak nie ma - tej mianowicie, że 14 października 2005 roku, o 4 nad ranem, na morze wyruszyła z malutkiego Tristan Calshot Harbour barka Sandy Point Express z czterema ludźmi na pokładzie. Powodem wyprawy było odebranie wiadomości od załogi przepływającego niedaleko Tristan niemieckiego kontenerowca Santa Federica, że w kierunku wyspy wyrzucili beczkę z listami. Zdziwienie mieszkańców było tym większe, że ostatnia poczta przybyła tu w tej postaci w 1986 roku, 17 września, a więc 19 lat wcześniej! Stało się to wielkim wydarzeniem i zostało zapisane w annałach prowadzonych przez wyspiarzy. Poniżej zdjęcie nieustraszonej załogi barki, od lewej: Ian Lavarello, Clive Glass, Colin Hagan i Andrew Green.

I nie bez kozery piszę o tym wszystkim, wiem bowiem, jaka jest treść historycznego listu. Brzmi ona:

Cześć Piotrek!

Najserdeczniejsze pozdrowienia z południowego Atlantyku przesyła Wujek Gienek.

Ahoj!

niedziela, 21 stycznia 2007
Niewielki Tydzień

Biskup Alfons Nossol, z wielkimi zasługami na polu ekumenizmu, powiedział był (cytat z pamięci): My nie szukamy najmniejszego wspólnego mianownika, lecz największego - jest nim Jezus Chrystus. Słowa piękne i niepokojące zarazem - piękne, bo rzeczywiście należy szukać wspólnego pola z ludźmi odłączonymi od Kościoła, by mogli doń powrócić. Siłą rzeczy trudno wymagać, by powrót na łono Kościoła miał się odbyć inaczej niż przez zaskoczenie głębią teologiczną i liturgiczną (której u protestantów nie ma) i swego rodzaju "oswojenie", które w dzisiejszych czasach jest niezbędne - uwiedzenie Habermasem i jego epigonami, którzy każdej myśli wyrażanej bardziej zdecydowanie natychmiast przyprawiają totalitarną i zamordystyczną gębę, na wszelki wypadek oczywiście i ku obronie pluralizmu, jest bowiem tak silne, że stało się w dwudziestym wieku nieświadomie kolejnym wcieleniem zniewolenia umysłu. W takich warunkach być może faktycznie nie ma innej rady niż stopniowe i łagodne "łykanie" tych, którzy się oderwali.

Jest jednak i druga strona medalu - słowa biskupa zawierają też bardzo duże niedopowiedzenie, które de facto obraca całą sentencję w afirmację wszelkich możliwych nurtów jako równoprawnych, co przemielone przez dominujący w świadomości powszechnej relatywizm sprowadza Kościół do grupy facetów z jednej kanapy, podczas gdy na sąsiednich kanapach siedzą inni faceci, którzy zasadniczo również mają rację, choć mówią co innego.
Moim zdaniem można tu zauważyć echo woli człowieka do wyzwolenia się z odpowiedzialności i przejścia do samodzielnego kształtowania rzeczywistości. Negacji swojego powołania, które zostało wyrażone sensem imienia Adam i zastąpienia tej pierwotnej wolności inną wolnością, której zakres człowiek chciał wyznaczyć sam jeden.
Jako potwierdzenie tak postawionego zagadnienia można przytoczyć fakt, że choćby wyciągnięcie konsekwencji z własnej religii przez katolików i brak ich zgody np. na aborcję jest traktowany jako atak na konkretne jednostki i spotyka się z ostrą kontrą. Ideologia panująca w dominującym dyskursie chce narzucić, a właściwie już narzuciła, dziwaczny rodzaj empatii, która lęka się zranić uczucia innego człowieka poprzez wyrażenie braku zgody z jego poglądami. Z czymś takim mamy właśnie do czynienia w przypadku ekumenizmu.

Co do źródeł takiego stanu rzeczy, najważniejszym jest niewątpliwie odbudowa Europy po wojnie na bazie negatywnego mitu założycielskiego, jakim był holokaust. Tragedia osiągnęła swoje apogeum w Norymberdze, gdzie zwycięskie demokracje potrzebowały uzyskać legitymizację moralną przed światem. Stąd zbrodnie hitlerowskie uzyskały wymiar niemalże sakralny i po dziś dzień wywołują o wiele większe emocje niż zbrodnie stalinowskie.
Mit ten jest pilnie strzeżony - gdy w Oświęcimiu Benedykt XVI mówił wyraźnie o "zbrodniarzach z narodu Niemieckiego" Habermas natychmiast zagrał larum, że było to niedopuszczalne uproszczenie, które może doprowadzić do wybielania Rzeszy. Również Guenter Grass nie wahał się ani chwili i dokonał publicznego samospalenia, by zaświadczyć iż każdy był umoczony.

Utrzymanie mitu, wspomagane ideologią oświeceniową, wymagało rewizji historii i wykazania dobitnie, razem w wtłoczeniem tego przekonania do głów ogółu, że wszelkie formy hierarchiczne, niezwiązane z systemem demokratycznym, były ze swej istoty mrocznymi machinami, gdzie łaknący władzy i upojeni nią oprawcy gnębili swych poddanych i podwładnych, zaś ucisk ów został zniweczony dopiero przez ustroje demokratyczne. Resztki zniesionych konglomeratów opresji pozostały już tylko w Kościele i formach tradycyjnych, toteż są dziś atakowane.

Poddanie się opisanej wżej tresurze oraz mizerna swiadomość teologiczna powoduje, że podczas spotkań ekumenicznych niejednokrotnie wierni Kościoła czują się jak ubodzy krewni. A niesłusznie, gdyż w rzeczywistości czerpać łacinnicy mogą chyba jedynie od prawosławia - judaizm i protestantyzm nie są bowiem, moim zdaniem, niczym innym jak skupieniem uwagi na konkretnych częściach Pisma, które stanowi całość i jako całość jest poprawnie interpretowane właśnie w Kościele katolickim i Wschodnim. Owe części, które reprezentują inne odłamy, już u nas są i nie ma powodu mówić, że mamy się uczyć od innych, gdyż tak naprawdę możemy jedynie dzięki nim przypominać sobie o konkretnych, wielkich połaciach własnego dziedzictwa. To raczej Kościół ma tu konkretną robotę "popularyzatorską" do uczynienia.

Różnice teologiczne również mają kardynalne znaczenie i zbywanie ich machnięciem ręki jako nieistotnego detalu świadczy jedynie o poważnej ignorancji. Choćby przykład samego filioque pokazuje, że pozornie drobna różnica może powodować duże konsekwencje dla eklezjologii. Co dopiero mówić o różnicach dotyczących np. negacji triadologii czy transsubstancjacji. Każda z nich w sposób istotowy deformuje rozumienie Objawienia, a w dalszej kolejności - ma wpływ na sposób egzystencji człowieka.
Jak słusznie wspomniał Studyta u siebie, Objawienie zostało dane raz na zawsze i Kościół od początku był świadom jego treści. Mimo zmian metody opisu ta świadomość treści Objawienia pozwalała na rozeznawanie poszczególnych nurtów i dociekań jako zgodnych lub sprzecznych z tą treścią. Innymi słowy istniała od zawsze ortodoksja i świadomość jej stałości.

Ruch ekumeniczny i pewne nurty teologii współczesniej koncentrują się jednak na ortopraksji. Są równocześnie bardzo silnie związane ze wspomnianym już intelektualnym nurtem współczesnej Europy - do ortodoksji podchodzą bardzo nieufnie, oskarżając ją o mordy i prześladowania, opierając się na wzajemnym poklepywaniu po ramieniu (czasem tak to właśnie wygląda z boku) i uznaniu, że wszystko jest względne, zatem nic de facto nie obowiązuje ostatecznie.
Jest to przy okazji fałszowanie ortopraksji. Od początku Kościoła ortodoksja i ortopraksja były bowiem praktycznie synonimami, gdyż ortodoksja oznaczała przede wszystkim prawdziwy i właściwy kult Boga, którego pełnia i istota ukazała się w Ofierze Chrystusa.
Pojęcie ortopraksji wywodzi się poza tym przede wszystkim z Azji, która koncentruje się nie na Objawieniu, ale na sumiennym wypełnianiu bardzo konkretnych rytuałów, które mają zapewnić zbawienie. Należy się tu nieco zatrzymać i zauważyć, że to rozumienie ortopraksji lezy całkiem blisko (choć oczywiście nie jest tożsame) katolickiego rozumienia Sakramentów, które objawiają Bożą Prawdę odniesioną do rzeczywistości. I podobnie ortopraksja azjatycka - konkretne działania zbawiają i mają znaczenie, treść, nie jakiekolwiek.
Tymczasem współczesna, ideologiczna ortopraksja trywializuje rytuał. Pozostawia jego kształtowanie w gestii człowieka (co jest, oczywiście, sprzeczne w całej rozciągłości z Objawieniem), szukając albo wyrazu politycznego (teologia wyzwolenia), albo tzw. Weltethosu, który z racji swych pluralistycznych, relatywistycznych założeń jest tworem nie istniejącym nawet na papierze, gdyż jest sprzeczny sam ze sobą.

PS. Następny wpis już koniecznie luźniejszy, uff.

Wujek Paulek

Niezmiennie fascynują mnie historie rodzinne, które wychodzą czasem na światło dzienne przy okazji najróżniejszych zdarzeń. Tym razem udało mi się załapać, w ramach pogadanki dydaktycznej na temat dobrodziejstw picia soku z pomarańczy, jaką uraczyła mnie Babcia, na opowieść o jej kuzynie Pawle.
Oto w wieku 19 lat, w roku 1941, trafił do jednego ze śląskich szpitali z pękniętym wyrostkiem robaczkowym (wszystko to było dziełem nieszczęśliwego wypadku, bowiem omyłkowo zamiast zaserwować synowi zimne okłady, jego rodzice zdecydowali się na okłady gorące, co doprowadziło do katastrofy). Lekarze, jeszcze przedwojenni fachowcy, robili co mogli, jednak ich starania spełzły na niczym - chłopaka wywieziono z sali operacyjnej, położono w szpitalnym korytarzu na łóżku i przykryto prześcieradłem. Kawał chłopa (ponad 190 cm) został spisany na straty.
Kilkanaście godzin potem jeden z lekarzy przechodził obok i zauważył, że pod prześcieradłem coś się rusza. To ty jednak żyjesz! zakrzyknął. Jest więc jeszcze nadzieja. Jeżeli przez miesiąc wytrzymasz i nie będziesz jeść, przeżyjesz.
No to wytrzymał. W rodzinie się cieszyli, bo rana ropiała bardzo długo i była szansa, że młody wywinie się od frontu. Poprawa tymczasem następowała bardzo szybko - po miesiącu ścisłej głodówki każdy byłby wrakiem - między innymi dzieki... owocom cytrusowym (tak tak! sok pomarańczowy czyni cuda, a zaordynowali go lekarze).
W 1942 babcinego kuzyna wywieziono do Francji, do tamtejszego specjalisty. I pech chciał, że rana w tym czasie nagle się zagoiła, wujka Pawła zaś wysłano w ciągu miesiąca do okopów. Minął kolejny miesiąc i z frontu przyszła depesza. W sierpniu 1942 Babcia straciła kuzyna.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9