sobota, 22 listopada 2008
Josepha Ratzingera teologia urlopu

„Polowanie, kąpiel, zabawa i śmiech – to jest życie”. Oto słowa, jakie archeologowie z XIX wieku znaleźli wydrapane na placu targowym w Timgad, rzymskiej kolonii w Algierii.

Od ich uwiecznienia minęło już ponad siedemnaście stuleci – można to sprawdzić – a jednak, tak bardzo współczesne, także dziś otwierają w sercu czytającego drzwi do jakiejś bliżej nieokreślonej tęsknoty. Kto czyta te słowa wie, że są prawdziwe.

 Człowiek XXI wieku ma spory kłopot. Kłopot ze swoją wolnością – przyzwyczajony do automatyzmu pracy, standaryzowanych relacji z klientem, traktowania jego ciała przez medycynę jako po prostu kolejnego mechanizmu, wychowywania dzieci według książek, ciągłego pilnowania czasu, doktryny zarządzania zmianą i trzymania języka za zębami, człowiek współczesny panicznie boi się zostawać sam na sam ze sobą. W czasie wolnym jedni popełniają samobójstwa (wykazano, że najwyższy wskaźnik przypada na soboty i niedziele), drudzy snują się po ulicach jak zombie.

 Jednym ze znaków czasu jest neonomadyzm w krajach wysokorozwiniętych – w piątkowe i niedzielne wieczory na ulicach robi się tłoczno od samochodów, całe rodziny przenoszą się z miejsca w miejsce zamiast w spokoju pobyć we własnym mieszkaniu. Dom nie jest dla człowieka wytchnieniem, gdzie odczuwa, że wreszcie żyje, lecz stanowi jeden z elementów nieprawdziwej codzienności.

Współcześni uciekają z domu na ulice i jeszcze dalej, wyruszają w świat popychani tym samym niepokojem, który św. Augustynowi kazał bezustannie szukać „czegoś”.

 Współcześni nomadzi pakują plecaki, walizy i śpiwory, szykują kanapki i przeciwdeszczowe kurtki, i wyjeżdżają na urlop, by żyć. Nawet samochód staje się poważnym elementem tego rytuału, bowiem słowo „auto” po grecku oznacza „sam” – samochód jest jak rumak, na którym galopuje się przez lasy i wzgórza, wokół mając tylko wiatr. Jest wyrazem rodzinnej autonomii.

 Jest tu unaoczniona głębsza prawda o człowieku, prawda, która uzewnętrzniania jest całkowicie nieświadomie – chodzi o tęsknotę ludzkiej natury za czymś więcej, za Stworzeniem nie skażonym, za uwolnieniem się od ciężaru własnych dzieł, wreszcie – za przestrzenią, w której można dać sobie chwilę wytchnienia i ciszy, właściwych ludzkiej naturze.

 Pośpiech jest bowiem sprzeczny z obrazem człowieka w Nowym Testamencie. Każdy, kto sądzi, że bez niego świat się zawali, że jest w czymś niezastąpiony lub że kilka godzin zwłoki będzie tragiczne w skutkach – ten się przecenia i goni za zjawami.

Powinien raczej przypomnieć sobie historię z Ewangelii (Mk 6,30-34), kiedy to Apostołowie, wróciwszy z pierwszej misji, nieustannie opowiadali o swych sukcesach i głosili do upadłego, odmawiając sobie nawet jedzenia, a serca w nich płonęły. Chrystus jednak każde im pójść w miejsce odosobnienia i wypocząć. Bóg-Człowiek, który wie, co dla człowieka dobre, pokazuje właściwy porządek rzeczy.

 W katalogu cnót gorliwe działanie ustępuje miejsca ciszy, skupieniu i modlitwie.

niedziela, 21 września 2008
Tam i z powrotem

Jednym z wciąż powracających problemów, dotyczących akcentów liturgicznych, jest kwestia Ofiary. Dość często można zauważyć, że nacisk na aspekt ofiarniczy odbierany bywa jako coś mrocznego, ponurego i stanowiącego symbol zapatrzenia się człowieka we własną grzeszność.

W dzisiejszej notce chciałbym pokazać, że takie spojrzenie jest błędne. Żeby to dobrze zorzumieć, należy spojrzeć do Księgi Rodzaju i raz jeszcze przeczytać opis stworzenia. Imię pierwszego z ludzi brzmi w nim Adam, od słowa adama, co znaczy ziemia. W ten sposób Pismo daje wskazówkę, kim w bożym zamyśle miał być człowiek i jaki jest jego stosunek do reszty stworzenia - to on miał być tym, poprzez którego stworzenie osiągnie swój cel.

W opisie stworzenia znajdujemy również dziesięciokrotnie powtórzone słowa: "Bóg rzekł". Związek z Dekalogiem nasuwa się sam - Prawo w istocie stanowi drogę człowieka, krocząc którą osiąga swoją pełnię. Przymierze i wynikające zeń pozornie ograniczenia, które musi wziąć na siebie człowiek, są dla niego w rzeczywistości wyzwoleniem i gwarantem zjednoczenia z Bogiem. Boże Prawo, które zostaje nałożone na człowieka, ma ścisły związek z dziełem stworzenia i przywraca mu jego właściwą godność i sens.

Na Przymierze pada jednak cień podejrzenia - człowiek zrywa owoc z Drzewa Poznania Dobra i Zła, bo chce sam być Bogiem i decydować o swoim losie. Przestaje ufać i własnoręcznie chce kształtować samego siebie, sam pragnie podarować sobie zbawienie. Boże Prawo jawi mu się jako bezprawnie nałożone kajdany, które trzeba zerwać - liczy się wolność (w ramach ciekawostki - za współczesną figurę zerwania Przymierza i płynącego zeń Prawa kard. Ratzinger uznał kiedyś sztukę nowoczesną, tzw. sztukę dla sztuki, w której można wszystko a jedynym wykroczeniem przeciw niej jest pytanie o granicę; to samo zauważył w ideologii postępu technologicznego).

Rozpoczynają się wzajemne oskarżenia kobiety i mężczyzny, usiłujących się usprawiedliwić kosztem drugiego przed Bogiem. Wraz z grzechem, nie tylko zerwana zostaje więź człowieka ze Stwórcą, ale też i z drugim człowiekiem. Cierpi również stworzenie, którego nie ma już kto uświęcać - prawowity dziedzic mówi "nie" swojemu posłannictwu. Człowiek, który wybiera fałszywą wolność i odrzuca życie, jakie gwarantuje mu przestrzeganie praw, które przewidział dla niego Bóg, w stworzeniu oraz drugim człowieku zaczyna dostrzegać konkurenta. Upada całkowicie. W tej sytuacji Bóg słusznie odgradza człowieka także od Drzewa Życia - życie wieczne w takim stanie byłoby przekleństwem.

Z historii zbawienia wiemy jednak, że sam Bóg wybawia człowieka, w osobie Chrystusa, Drugiego Adama. Chrystus, sam będąc Bogiem-Człowiekiem, już posiada to, czego tak bardzo pragnął pierwszy Adam i przebywa drogę w przeciwnym kierunku. Dobrowolnie przyjmuje ograniczenie i swoją wolę podporządkowuje woli Boga. Wybiera posłuszeństwo aż do śmierci, uzdrawiając tym samym w człowieku Boży obraz i wskazując sposób osiągnięcia podobieństwa, a tym samym ponownie otwiera drogę do zjednoczenia człowieka z Bogiem.

Miejscem owego posłuszeństwa jest Krzyż. Dlatego centrum chrześcijańskiem liturgii musi byż Ofiara. "Dostrzeganie w drugim człowieku obrazu Chrystusa", będące lejtmotywem większości apologii zreformowanego Ordo w Kościele Zachodnim, siłą rzeczy jest zawsze na drugim miejscu - ten, kto pojmuje opowieść o stworzeniu, wie, że owo "dostrzeganie" jest niemożliwe bez wniknięcia w tajemnicę Ofiary i jej konsekwencje. Wie również, że jest to tajemnica w rzeczywistości bardzo radosna i będąca dla chrześcijan źródłem ich siły i nadziei.

sobota, 26 lipca 2008
Ci wspaniali mężczyźni w swoich bujanych fotelach

Fotel (koniecznie wygodny) to najbardziej rodzinna, ciepła rzecz, jaką wymyślono. Pierwsza, która przychodzi mi na myśl kiedy ktoś zapyta o skojarzenia ze słowem dom. W fotelu matka ceruje ubrania synom. Dzieci wdrapują się nań ukradkiem, żeby poczuć się na chwilę jak dorośli. Ale przede wszystkim ojciec rodziny w fotelu pyka fajkę, sprawdza dzienniczki, pisze wiersze o żonie i czytuje Pismo Święte, popijając herbatą.

Fotel to Shire – a człowiek w nim jest pogodny, nie bez pewnej dozy trosk, lecz zawsze spokojny i pogodzony z życiem. Taki też dawniej bywał mężczyzna.

A potem nastał Lepszy Świat i mężczyznę wygnali do Mordoru, każąc zarabiać na rodzinę, a nie ją utrzymywać, odnosić sukcesy, a nie przezwyciężać przeciwności, a w końcu postawić sobie pomnik, zamiast choć trochę wpłynąć na innych. Mówiąc krótko – posłali go na wyprawę, ale zapomnieli dać mu pierścień i nie powiedzieli, gdzie mógłby go zniszczyć, gdyby jednak go znalazł.

 

W ponowoczesności nie jest dobrze zbyt dużo czytać; jeszcze gorzej jest w coś do końca wierzyć. Największą zaś herezją jest dystans do dystansu i branie rzeczy na serio.

Ponowoczesny mężczyzna musi być skuteczny w realizowaniu narracji mężczyzny-realisty. Powinien wstydzić się Batmana, czytywać literaturę faktu, czy też czuć się zobligowanym do tłumaczenia się z ewentualnych dziecinnych (bo czy sen o nocnym locie na grzbiecie Falkora może być poważny) fantazji. I głośno ośmieszać własne marzenia, jeśli już się z jakimś zdradzi w towarzystwie, żeby broń Boże nikt nie pomyślał że pozwala sobie na oddawanie się bredniom.

Wpojono mu przesąd, że dojrzały znaczy to samo co nie posiadający złudzeń i nie wierzący w nic ponad to, czego może dotknąć tu i teraz.

A przecież powinien uwierzyć raczej Ojcom Pustyni, którzy zaświadczyli choćby o tym, że centaury i ich pobratymcy przybywali tłumnie by pytać o Nowinę. To, że nie przychodzą dziś, nie jest wcale dowodem na to, że byli wymyśleni. Po prostu nie ma dziś nikogo, kto mógłby udzielić im odpowiedzi. Niech ludzie znów zaczną widzieć świat takim, jaki naprawdę jest, a tamci wrócą.

 

Prawdziwy mężczyzna o tym wie. Widzi, gdzie leżą w życiu prawdziwe zmagania i po „walce” na rynku zaczyna wreszcie robić coś pożytecznego po powrocie do domu. Wie, kiedy powinien rzeczywiście udowadniać że jest coś wart – oraz że o wiele łatwiej jest zostać trzydziestoletnim dyrektorem, niż powiedzieć dziecku kilka zdań które sprawią, że nie pozwoli w życiu łatwo się złamać.

A tymczasem przesiaduje co trzeci wieczór (kiedy stare problemy już rozwiąże, a nowe jeszcze nie narosną) przez kilka chwil w fotelu  z książką i bawi go myśl, że przez resztę świata został desygnowany na nieszkodliwego dziwaka, którego cała życiowa mądrość bierze się z książek i dziecinnych bajek. Oczywiście, lubią go bo sympatyczny z niego gość; może nawet dzięki nim dojrzeje wreszcie i stanie twardo na ziemi.

Frajerzy.

- Ty bezmózgi, krokodyli, zębaty czerepie, ty lewicowy prawniku jedzący swoje kupy… jak pierwotniak cierpiący na zazdrość wobec Piotrusia Pana!

wtorek, 22 lipca 2008
poniedziałek, 21 lipca 2008
Kto próbował zamordować polską fantastykę?

Przed chwilą skończyłem czytać świetne "Galeony wojny" Jacka Komudy, któymi autor udowodnił niezbicie, że "Oprawca" nie był tylko jednorazową perełką i wypadkiem przy pracy. Widać też jego warsztat historyczny i masę odwalonej roboty - potwierdzi to każdy, kto choć raz w życiu, będąc na Kaszubach, spróbował wniknąć nieco głębiej w dzieje i charakter tego regionu. Tego się nie zapomina. Nie zapomniał i Komuda, dziękując w dedykacji Chrystemu Globusowi (czyli Augustynowi Neclowi) za jego kaszubskie bajania, które zaprowadziły tego pierwszego na pisarską drogę.

Okręty są tu prawdziwe, drewniany pokład kaleczy bose stopy, wiatr jest porywisty, fala krótka a ostrza robią krzywdę. Nawet zapachy się zgadzają. Ktokolwiek był nad dzikim polskim morzem, tego zmysły i pamięć zaświadczą za Komudą i jego prozą.

Ale nie o tym chciałem.

"Galeony", porównywane z "Opowieściami z Dzikich Pól", czy też "Wilczym gniazdem", a więc z najpierwszymi dziełami w literackim dorobku Komudy, dowodzą nie tylko jego rozwoju jako pisarza, ale obnażają też przykrą prawdę o polskiej literaturze fantastycznej, którą potwierdzają coraz to kolejne produkcje rodzimych autorów (z naprawdę nielicznymi wyjątkami). Konkretnie chodzi mi o manierę fabularną wprowadzoną bodajże przez Sapkowskiego już w pierwszych opowiadaniach o wiedźminie, polegającą na jednoczesnym odbrązowianiu mitów i wzorców, pokazywaniu że ludzie to w rzeczywistości szelmy, ale nade wszystko - na obsesji wywoływaniu u czytelnika rozdarcia i żalu, poprzez udowanianie że żadne cuda się nie dzieją, bohaterowie giną, ratunek nie nadchodzi, życie już takie jest że daje kopa w dupę zamiast zasłużonej zapłaty, etc., etc.

Wspomniane pierwsze dzieła Komudy też takie były. Nie ustrzegli się tego grzechu i inny autorzy. A grzechu dlatego, że w połączeniu z używanym przez nich fantastycznym sztafażem, zabiegi te są po prostu nużące i mocno nieautentyczne. Tragiczny heros - ok. Tragiczny heros, który, okazuje się, wcale nie jest herosem - po co to czytać?

W "Galeonach", trzymając się wciąż przykładu pana Jacka, jeszcze pobrzmiewają echa tej skrajnie realistycznej pokusy (w końcu powieść jest ogólnie rzecz biorąc historyczna), ale los nie zawsze jest okrutny. Polska szkoła fantastyki zostaje mocno złagodzona i w efekcie czytelnik dostaje coś naprawdę wartego uwagi.

W ogóle uważam, że wzorem balansu między brakiem złudzeń co do rzeczywistości, a ideałami, jest kapitam Alatriste Perez-Revertego. Stary wiarus, który nie wierzy w Boga i doskonale wie, że królowie i wielcy tego świata to skurwysyny, a jednak wciąż klęka do modlitwy, nie dlatego że wciąż poszukuje, co to to nie, ale doskonale wie że bez tych symboli egzystencja pogrążyłaby się w chaosie. To jest wiarygodny bohater. Szkoda, że Sapkowski i jego naśladowcy nie przerobili tej lekcji.

wtorek, 24 czerwca 2008
Tenanga

W dwa lata od głośnego zaginięcia młodego Joachima Stankiewicza, do jego rodzinnego miasta przybywa agentka tajemniczej organizacji zwanej przez ludzi Strażą.

Bywalcy "Pubu Wiking" zarzekają się, jakoby jej największym zainteresowaniem cieszyło się miejsce, gdzie początek wzięła cała tragedia - mielizna, na której zatonął frachtowiec "Frygt", którego złowrogi wrak leży tuż pod powierzchnią fal.

Podobno w tym samym czasie w mieście pojawiła się również nieznana nikomu dziewczyna,  ukradkiem rozpytująca się o zaginionego.

Kim są dwie kobiety i do czego zmierzają?

I najważniejsze - co się stało z Joachimem?

PS. Do urlopu zostało mi już tylko 19 godzin, 5 umów, 3 cesje i jeden weksel. Hurra!

sobota, 21 czerwca 2008
Pomidorówka z ryżem

Skutki precedensowego, publicznego mordu na dziecku 14-latki z Lublina dały dotąd niespotykane w kraju nad Wisłą skutki. Mieliśmy oto pierwsze od niepamiętnych czasów tak wyraziste zajęcie postaw przez osoby publiczne i zwykłych ludzi, głos dzielących włos na czworo był tym razem zignorowany i kompletnie zagłuszony (co zresztą jest jedynie słuszną opcją wobec takiej postawy).

Tym, co powinno nas jednak najbardziej interesować, jest to co wydarzyło się w samym Kościele, będącym stroną sporu. Granatem wrzuconym w tłum okazała się inicjatywa Tomka Torquemady z Forum Frondy, który wpadł na pomysł by pisemnie zadać biskupowi Zimowskiemu proste pytanie: czy jego diecezjanka, min. Ewa Kopacz, w wiadomej sprawie zaciągnęła ekskomunikę latae sententiae łamiąc kanony 1398 oraz 1329 §2 Kodeksu Prawa Kanonicznego. Padła również prośba, by odpowiedź ogłosić publicznie, ponieważ cała historia również była nagłośniona.

Co się okazało – kwestia listu mocno skłóciła samą społeczność wiernych, których część mocno oburzyła się „mową nienawiści” i „nawoływaniem do ekskomuniki” (spuśćmy zasłonę milczenia na fakt, że żadnego nawoływania być nie mogło, ona ewentualnie nałożyła się „sama”). Także ze strony duchownych pojawiły się głosy, jakoby „zwolennicy życia powinni raczej skupić się na promowaniu życia” (sic!).

Krótko mówiąc: proste żądanie konsekwencji w swoich poczynaniach i wypowiedziach, skierowane do hierarchii i szeregowych wiernych, okazało się skandalem.

Co mogło być przyczyną?

Przyczyna takich a nie innych dyspozycji ludzi wobec konkretnych problemów leży w samym centrum ich światopoglądu i przekonań. W kwestii, którą poruszamy w tej krótkiej notce, nie jest inaczej. Sednem sporu między „chorymi z nienawiści” chrześcijanami a ich „empatycznymi” współwyznawcami jest postrzeganie Chrystusa, nie inaczej.

By lepiej zrozumieć, o co chodzi, dobrze jest przeczytać uważnie odpowiedź, jakiej Jan Paweł II (którym obóz nowoczesnych katolików lubi od czasu do czasu wytrzeć sobie twarz) udzielił na pytanie o to, czy aby „Kościół nie za często obawia się iść w ślady swojego Mistrza”. Kontekst dotyczył spotkania z Samarytanką, podczas którego Chrystus miał wskazać jej grzech, a jednocześnie „powierzyć jedno ze swych najpiękniejszych orędzi”, w tym sensie, że Prawo miałoby „ustępować miłości”.

W tym pytaniu dokładnie wyrażono to, co mówią i myślą krytycy Tomka T. Jest to głos Kościoła, który zapamiętał tylko Kazanie na Górze i Hymn o Miłości.

Co odpowiada papież na takie postawienie sprawy?

Odpowiada krótko: sprawy owe nie mają takiego związku, jaki został zasugerowany.

Mianowicie, Chrystus jeśli łamie zwyczaje, to żydowskie (rozmawia z kobietą, do tego Samarytanką itd.), lecz w odniesieniu do Prawa nie pomija żadnej joty.

Pytanie o Samarytankę zataja moment, w którym Chrystus powiada do niej: „Miałaś pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem”.

Podobnie w przypadku jawnogrzesznicy: do jej prześladowców mówi „kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień”, ale do niej samej -  „idź i nie grzesz więcej”.

Grzech zawsze zostaje nazwany po imieniu i dopiero po jego odrzuceniu przez człowieka (Samarytanka wyznaje Mu „wszystko, co popełniła”) następuje prawdziwa przemiana.

Jej podstawą jest skrucha i pokuta. Ani jedno przykazanie nie „ustępuje miłości” u Chrystusa.

Jak powiada Jan Paweł II: miłość jest wymagająca i nie ma innej drogi, a Kościół, jeśli nie dość podąża za swym Mistrzem, to tylko w tym, że ci, od których się wymaga, nie zawsze czują się dotknięci miłością.

Wnioski, jak sądzę, nasuwają się same.
piątek, 13 czerwca 2008
O fałszywym exodusie i nie tylko

Wydarzenia związane z najnowszą odsłoną wojny o prawo do legalnej aborcji na życzenie,  w szczególności zaś świadectwa dziewczyn, które zdecydowały się na zabieg, a które to wyznania przy okazji ujrzały światło dzienne, dają bardzo klarowny obraz współczesnej ludzkiej kondycji.

Okazuje się bowiem, że na samych stronach organizacji "pro-choice" znaleźć można wypowiedzi, które dowodzą niezbicie że sterylny, akademicki slang, posługujący się zawsze bardzo technicznymi określeniami typu „płód”, „zygota” itp., i mający za zadanie ustawiać odpowiedni kontekst sytuacyjny, według którego zabieg przerwania ciąży jest czymś w zasadzie pozostającym poza ramami etyki i moralności i przynależącym do sfery, nazwijmy to, technologii i czystego ratio, że cała ta otoczka jest po prostu fikcją. Kobiety, które zdecydowały się na zabieg, otwarcie mówią o „zabijaniu dziecka”, bólu łączącym się ze stratą i wyrzutach sumienia. Jednocześnie jednak mówią też, że uczyniły właściwie w sensie racjonalnych przesłanek oraz że mimo rozpaczy czują jednocześnie ulgę.

Wbrew zaklęciom postępowców z dobrych domów, osoby dotknięte aborcyjnym nieszczęściem nie zatracają naturalnych instynktów, które mówią im że stało się coś nienaturalnego i złego, i w większości przypadków potrafią dokładnie to opisać. Mimo to jednak, współczesny człowiek w macierzyństwie, które dla jego przodków było gwarancją przetrwania i dalszego życia rodziny, radością i swego rodzaju przedłużeniem własnej egzystencji o egzystencję potomstwa, dziś jest równoznaczne niemal ze śmiercią sensu stricto.

Pojawia się pytanie: czym jest to coś, co popycha nowoczesnego człowieka do obłędnej decyzji, by wbrew sobie czynić coś, co uważa za złe i jednocześnie w końcowym rozrachunku pozwala mu uznać, że owa decyzja niesie więcej korzyści i jest bardziej wartościowa niż cena, jaką przychodzi zapłacić, to jest niż rozpacz i wyrzuty sumienia?

Wydaje mi się, że centralnym punktem jest zeświecczone, a przez to karykaturalne poszukiwanie exodusu, który po odrzuceniu Boga staje się poszukiwaniem wyzwolenia od jak największej liczby ograniczeń, tu i teraz. Zmiany tak dla życia fundamentalne, jak np. małżeństwo, narodziny dziecka, czy nawet mniej istotne, jak choćby wybór studiów czy pierwszej pracy, stają się nieznośne, a odpowiedzialność, jaka się z nimi wiąże i konieczność przyjęcia ich konsekwencji, stają się czymś nie do pomyślenia.

Chrześcijanin swego exodusu upatruje w zjednoczeniu z Bogiem, które może mieć miejsce już w życiu doczesnym i w ten sposób antycypować to, co wydarzy się w eschatonie. W ten sposób chrześcijanin szczęście ma zawsze przed sobą i wykracza w przyszłość.

Człowiek współczesny ma do dyspozycji tylko doczesność, co oznacza, że nadzieja wiąże się z tym, co nadejdzie przed momentem fizycznej śmierci, a więc szczęście jest w zasięgu ręki jedynie dla młodych i odpowiednio przygotowanych, by je zdobywać. To dlatego tak wielką wagę przykłada się obecnie np. do takiego wykształcenia, by mieć później jak największe spektrum możliwości wyboru. Taki sposób myślenia, odpowiednio napędzany przesądami jakoby wszyscy byli równi i każdy, absolutnie, mógł dokonać wszystkiego, co mu się tylko zamarzy i, co więcej, że to mu się właściwie należy, prowadzi w efekcie do agresywnej negacji wszystkiego, co wiąże człowieka w jakikolwiek sposób i co wymaga przyjęcia pewnych stałych punktów odniesienia w życiu. Tym bardziej, jeśli pewne wydarzenia przychodzą z zewnątrz, jako w pewien sposób narzucone woli.

Kult „szczęśliwej doczesnej przyszłości” powoduje też m.in. brak zainteresowania starością. Życie starca bowiem nie przedstawia żadnej wartości w tym ujęciu, bo jedynym, czego się spodziewa, jest śmierć. Starość jest trucizną nadziei.

Tak oto wygląda fałszywy exodus, który jest udziałem współczesnych ludzi (teologów wyzwolenia też, tak przy okazji).

Skąd się bierze – na to pytanie, myślę, warto poszukać odpowiedzi. Na pewno będzie wielotorowa.

Mnie osobiście współczesność przypomina nieco oficjalną walkę człowieka o uznanie prawa do popełniania grzechu pierworodnego. Ale to już temat na osobny wpis.

czwartek, 02 sierpnia 2007
"Birkenhead Drill" - cała kupa poruczników Love

Wpis dedykowany Panu Dante

birkenhead

W XIX wieku brytyjski konstruktor, John Laird (nota bene starszy brat Macgregora, pioniera który wytyczył imperialne szlaki handlowe na rzece  Niger), był jednym z pierwszych, którzy dokonali rewolucji i rozpoczęli budowę okrętów z żelaza i stali.
Była to rzeczywiście nowatorska technologia, będąca logicznym następstwem przetrzebienia lasów Wielkiej Brytanii, która przecież floty nie wyczarowała z powietrza.

Jednym z cudeniek i oczek w głowie Lairda był HMS "Birkenhead" - kołowiec parowy na bazie brygantyny, jednostka o pięknej linii kadłuba, zwodowana w grudniu 1845 roku. Miał 64 metry długości i szerokość niecałych dwunastu.
Okręt został pomyślany jako pancernik, co więcej, pomysł ów spotkał się początkowo z żywym zainteresowaniem i przychylnością admiralicji - i nic dziwnego, bowiem okręty "żelazne" górują nad drewnianymi z powodu komór oddzielonych grodziami, co daje lepsze parametry jeśli chodzi o pływanie.
Niestety, w tamtych czasach pismaki już byli tym, czym są zawsze i doprowadzili kilkoma mocno prześmiewczymi artykułami do sytuacji, w wyniku której dział na okręt jednak nie załadowano, a ten ostatni pozostał w doku na dalsze 1,5 roku.
Ostatecznie HMS "Birkenhead" został oddelegowany do transportu wojska. I w tym miejscu wydarzyło się coś, co przenigdy nie powinno mieć miejsca - w celu zapewnienia bardziej komfortowych warunków pasażerom, wycięto bez zgody konstruktora drzwi w grodziach wodoszczelnych. Tak "ulepszony" "Birkenhead" zaczął chodzić w morze.

Aż do 7 stycznia 1852 roku, gdy wypłynął z Cork w Irlandii. Portem przeznaczenia był Port Elisabeth w Afryce Południowej. Źródła podają, że podczas tego rejsu na pokładzie znajdowało się 500 żołnierzy (którzy mieli wesprzeć kolonie brytyjskie w toczonych podówczas walkach) oraz 190 pasażerów i członków załogi.

Już od samego początku rejsu widać było, że Neptun nie sprzyja wyprawie. Najpierw HMS "Birkenhead" dopadł zimowy sztorm, który przez bitych dziesięć dni i nocy rzucał okrętem jak łupinką orzecha. Ludzie opowiadający tę historię twierdzą, że w tym czasie ludzie nie opuszczali hamaków po pokładem, walcząc z chorobą morską i wydając z siebie odgłosy przerażenia, święcie przekonani, że zaraz pójdą na dno. Sztorm wywołał sześć przedwczesnych porodów.

Po wydostaniu się ze strefy złej pogody okręt zdołał nadrobić nieco straconego czasu i już 23 lutego rzucił kotwicę w okolicy Kapsztadu, w zatoce Simon. Już tylko dwa dni rejsu w górę wybrzeża dzieliły do od Port Elisabeth.
Przed wyjściem z zatoki Simon na pokład zaokrętowano jeszcze kilku pasażerów, w tym oficerów, konie, tych zaś, którzy nadal chorowali po sztormach - oddano w ręce lekarzy, zostawiając w szpitalu.

HMS "Birkenhead" stanął pod parą i wyszedł w morze wieczorem, 25 lutego 1952 roku. Teraz liczyła się każda godzina - wszak na pokładzie podróżowali przede wszystkim żołnierze, a ci nie przypłynęli tu na wakacje. Dlatego też kapitan "Birkenheada", Robert Salmond, dokładał wszelkich starań, by dotrzeć do celu najszybciej, jak tylko się da. Nikomu zresztą nie czynił w ten sposób żadnej łaski, miał bowiem w szufladzie stosowne rozkazy.

Najkrótszy kurs szedł blisko skalistej linii brzegowej. Nawigator sprawdził mapy - wszystko wydawało się w najlepszym porządku. Salmond, stary wilk morski z rodziny z tradycjami, pozostał jednak nieufny i dla większego bezpieczeństwa okrętu i załogi postawił na dziobie jeszcze trzech ludzi. Dwóch, aby wypatrywali niebezpieczeństwa czającego się pod powierzchnią wody i trzeciego, mierzącego głębokość ciężarkiem.

Tak mijały godziny aż do zmroku. Wówczas załoga mogła dostrzec na tle rozgwieżdzonego nieba ognie sygnałowe na pobliskich wzgórzach. Kapitan, zadowolony, zszedł do swej kabiny. Wszyscy na pokładzie znali swoje zadania, okręt był bezpieczny. I właśnie wtedy, na wysokości Danger Point, 110 km od zatoki Simon, na wodzie głębokiej ledwie na 30 metrów, "Birkenhead" wszedł na skałę, której nie było na mapach.

Kapitan Salmond momentalnie znalazł się na pokładzie. Natychmiast wydał rozkazy oszacowania zniszczeń, jak również umieszczenia w szalupach kobiet i dzieci.

W tym miejscu oddajmy głos Henry`emu Brookowi, który przestudiował źródła i sfabularyzował je:

Kiedy major Seton wyszedł na główny pokład, wydał oddziałom ogólny rozkaz zebrania się w szyku i spokojnie rozmawiał z oficerami. Był zaskakującą postacią w tym ogromnym chaosie, jaki ogarnął okręt.
Ubrany w mundur, z szablą oficerską u boku, zadziwiał pewnością siebie i opanowaniem. Miał wówczas 38 lat i pochodził z rodziny szkockich górali. Kochali go zarówno oficerowie, jak i prości żołnierze. Był bardzo wykształcony i płynnie mówił kilkunastoma językami, ale przede wszystkim był żołnierzem. Okiem profesjonalisty przyjrzał się temu, co się wokół działo, i zadziałał szybko, żeby przywrócić porządek.

Seton wyznaczył po kilku żołnierzy do każdej szalupy, po czym przystąpił do opanowania paniki wśród przerażonych, wyrwanych ze snu rekrutów, ustawiając ich w ordynku.
Chciał, żeby przestali się bać i uznał, że najlepiej pomoże im w tym dyscyplina musztry. Cały czas zastanawiał się również, jak ich uratować. To on wydał rozkaz oddania salwy z dział okrętowych, co z pewnością zaalarmowałoby ludzi na brzegu, zawiadamiając o katastrofie okrętu. Niestety, amunicja zamokła, ale udało się znaleźć trochę rakiet, które odpalono z pokładu.
Poszybowały w ciemne niebo, oświetlając szokującą scenerię katastrofy.

Żołnierze próbujący spuścić na wodę szalupy odkryli, że bolce mocujące są albo przerdzewiałe, albo zamalowane farbą i nie dają się ruszyć. Desperacko usiłowali je wybić, ale na rozkołysanym pokładzie było to niemożliwe.
Tylko trzy szalupy znalazły się na wodzie i major Seton szybko przejął nadzór nad ewakuacją przerażonych kobiet i dzieci.

(Henry Brook, "Przygody na morzach").

Wróćmy na chwilę do sprawy okrętu. Wspomniane wycięcie drzwi w grodziach przyniosło w momencie katastrofy opłakane skutki, gdyż znacznie je osłabiło. Dodatkowo kapitan Salmond, chcąc ratować okręt, wydał rozkaz "cała wstecz", który okazał się błędem i wyorał w kadłubie kolejną dziurę, zalewając m.in. maszynownię. Wiadomym się stało, że okręt jest stracony na dobre. Ludzie ginęli w hamakach, we śnie, zalewani wodą.

W ciągu kwadransa od katastrofy dziób "Birkenheada" powoli zaczął się odłamywać. Komin runął na pokład. Seton rozkazał ustawić się swym żołnierzom na pokładzie sterowym.
Do ostatecznej katastrofy brakowało już tylko jakichś pięciu minut. Major pozwolił swym żołnierzom dokonać wyboru - płynąć do szalup, których przeciążenie mogło zagrozić życiu pozostałych pasażerów, kobiet i dzieci, lub też pozostać na miejscu do końca.

I wówczas stało się coś, co zdecydowało o miejscu opisywanego wydarzenia w historii. Z szeregów nie wyłamał się nikt. Jak podaje Brook - gdy ster zniknął pod wodą, żołnierze schwycili się za ręce i w ciszy, w równym szyku spoglądali, jak fale wdzierają się na pokład. Zginęło ich wówczas ponad dwustu.

Wtedy to właśnie powstało najsłynniejsze chyba morskie zawołanie, jakie można usłyszeć podczas katastrof - "Najpierw kobiety i dzieci!". Powstał również tak zwany "Birkenhead Drill", synonim bohaterstwa w sytuacji beznadziejnej, o którym Rudyard Kipling napisał:

To stand and be still
to the Birken’ead Drill
is a damn tough bullet to chew.

Nie był to zresztą jedyny wyraz bohaterstwa. Takie historie działy się również w szalupach. Oto w jednej z nich młody żołnierz Ensing Russell, którego przydzielono do załogi szalupy, widząc, że w wodzie obok płynie chłopiec, natychmiast ustąpił mu miejsca i sam zaczął płynąć obok. Niestety, padł ofiarą drugiej plagi owej feralnej nocy - opadły go rekiny.

W katastrofie HMS "Birkenhead" zginęło łącznie 445 osób, ok. 190 ocalało.
Dziś upamiętniają ich nazwy kilku miejsc oraz skromna tablica u stóp latarni morskiej na Danger Point.

Istnieje również legenda, która głosi że na pokładzie okrętu w momencie katastrofy znajdował się żołd w wysokoći 240 tys. funtów w złocie, które miały być w tajemnicy ukryte w prochowni. Jaka jest prawda - nikt tego nie wie. Faktem jest jednak, iż z wraku wydobyto jak dotąd kilkaset złotych monet.

Ahoj!

nagrobek

poniedziałek, 30 lipca 2007
blogowe interludium

Svein Orolfson, Miłość wciąż pamiętana

Mgły,
które otulają cię niczym szal nagą dziewicę,
rozstapią się.
Trawy,
które wessały krew bohaterów,
będą nam posłaniem.
Bo nadejdzie dzień,
gdy znów będę cię kochał,
wyspo utracona.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9