wtorek, 24 marca 2009
Diabeł i jego roboty instalują nam cichaczem rząd światowy

Wracając dziś z miasta taryfą do domu zagaiłem kierowcę o sączący się z głośników, całkiem przyjemny ambient.

- Płyta czy radio?

- Zwróciłeś uwagę? Tego nie dostaniesz w sklepach, to moja płyta (w tym miejscu chciałem uprzejmie zainteresować się, czy to oznacza że sam coś tworzy w wolnych chwilach). Zgrywałem z komputera, tylko parę dwuminutowych kawałków, całe utwory trwają po kilkadziesiąt. 

Słucham dalej, domyślając się zę będzie to odświeżająca rozmowa - nie pomyliłem się.

- To nie jest zwykła muzyka, to oddziałuje dużo głębiej, aż na poziomie komórkowych struktur molekularnych.

Stajemy na światłach, a tu nagle facet wyciąga spod fotela grube tomiszcze: "Pokażę ci coś"! Tomiszcze owo okazało się zbindowanym wydrukiem ze strony internetowej. Po powrocie do chałupy zapuściłem komputer i wstukałem w wyszukiwarkę zalecony adres, jako zdeklarowany poszukiwacz przeróżnych dziwactw, wierząc, że natrafiłem być może na żyłę złota.

Oto w skrócie wszystko, czego jak dotąd zdążyłem się dowiedzieć:

W 1972 roku w Nowym Meksyku pewna grupa ludzi miała odkryć w jednym z kanionów przedmioty nieznanego pochodzenia oraz dziwaczne piktogramy. Dowiedziawszy się o wszystkim, federalni (obowiązkowo!) zabezpieczyli teren i po dalszych poszukiwaniach odkryli system jaskiń, w których znaleziono dalsze rysunki, malowidła i wytwory prawdopodobnie obcej technologii.

O co chodzi: otóż ta rasa z gatunku ludzkiego, która została stworzona przez Praźródło jako pierwsza i do tego jeszcze przed kreacją Ziemi, próbuje się z nami skontaktować, nadając z roku ok. 2500. Każą nam się spieszyć, inaczej w 2012 roku będziemy udupieni - Lucyfer i jego sługi, będące hybrydami człowieka i androida, mają swoich agentów we wszystkich ważniejszych instytucjach światowych i dążą do stworzenia jednego, wielkiego rządu światowego, który pozwoli im zawładnąć ludzkością i generalnie urządzić tu jesień średniowiecza. Bronią przeciw tym sukinkotom jest - uwaga - rząd światowy! Ludzkość musi ekspresowo dokonać globalizacji, porzucić wszelkie różnice klasowe, płciowe, wyzbyć się poczucia dobra i zła, i zastąpić je pojęciami wiedzy/niewiedzy. Jeśli się uda, w 2012 nie będzie bajzlu ale powszechny przeskok do wyższej formy świadomości.

- Jak pan do tego dotarł?

- Och, to efekt moich własnych poszukiwań. W każdym razie, żyjemy w naprawdę ciekawych czasach...

poniedziałek, 09 marca 2009
Siedem (łańcuszek studycki II)

1. Pearl Jam - Vitalogy

Zmęczony Nirvaną i ciągłym biadoleniem małolatów, czy Kurt był wielki i niekomercyjny, pożyczyłem od koleżanki kasetę PJ. Głos Eddiego Veddera i melancholijne, przybrudzone dźwięki oczarowały mnie w momencie. Nirvany nie zapuściłem ani razu już chyba przez 8 lat, za to PJ słucham często i chętnie. "Vitalogy" było również pożegnaniem z poszukiwaniem muzyki gitarowej według gatunków, na rzecz szukania po prostu dobrych wykonawców.

2. Led Zeppelin - In Through the Outdoor

Pożyczony od przyjaciela album zamiótł mną podłogę całkowicie. Z powodu tej płyty przestałem się na jakiś interesować współczesnymi kapelami rockowymi i zacząłem grzebać w klasykach.

3. Clannad - Legend

Kiedy miałem 10 lat lubiłem sobie wyobrażać, że potrafię zagrać motyw z "Robin Hooda" na gitarze. Dopiero 8 lat później, kiedy ucząc się do ustnej matury zauważyłem że w tv idzie właśnie powtórka serialu, wpadłem na to żeby sprawdzić w creditsach kto właściwie popełnił ścieżkę dźwiękową. Tak wpadłem na kapelnię o nic nie mówiącej nazwie Clannad, która jak się potem okazało wydała mnóstwo płyt. Zamiłowanie do muzyki Loreeny McKennit itp. to jedynie naturalna konsekwencja tej pierwszej fascynacji.

4. Beirut - Gulag Orkestar

Po raz pierwszy usłyszałem tę płytę rok temu i jedyne, co mam na jej temat do powiedzenia, to że bardzo rzadko się zdarza aby u jakiegoś wykonawcy słychać było radość z muzyki dla samej muzyki. Zack Condon ma właśnie ten dar.

5. Dżem - Najemnik

6. Fish - ?

W trzeciej liceum wpadło mi w ręce wydawnictwo koncertowe Fisha, niestety poza faktem że były na nim m.in. "Dear Friend" i "Warm Wet Circles" nie jestem w tej chwili odtworzyć, która to była dokładnie płyta. W każdym razie właśnie wtedy, kiedy już pozbierałem kłapaczkę z podłogi otworzył się przede mną świat Marillionu z epoki Fisha, w którym chętnie przebywam do dziś. Do dzisiaj również tekst pierwszego z wymienionych kawałków jest jednym z moich ulubionych i ciągle mnie wzrusza.

7. Big Cyc - Miłość, Muzyka, Mordobicie

Prawdopodobnie jedyna płyta Big Cyca, która jest naprawdę niezła, zabawna i broni się mimo upływu lat. Zacząłem tego słuchać w momencie, kiedy kuzynostwo wytłumaczyło mi że NKotB jest obciachowe. Nie bolałem zbytnio nad tą zamianą, szczególnie że kawałki w rodzaju "Twoich glanów" pasowały mi świetnie do poczucia humoru wyrobionego na Niziurskim. To były w ogóle piękne czasy; czasy, w których wychowawczyni po niemal każdej powakacyjnej pracy domowej pt. "opisz swoje wakacje" wzywała moich rodziców do budy, nie wierząc w ani jedno słowo które wypisuję ;-) Niestety - kasetę zajeździłem do cna i w końcu się zerwała.

Trzy istotne wyróżnienia - intro "Wyspy Skarbów", outro serialowych "Wielkich nadziei" i "Clair de Lune" Claude`a Debussy`ego.

niedziela, 08 marca 2009
Who watches the Watchmen?

Będąc na świeżo po najnowszej produkcji Zacka Snydera, niniejszym otwieram ankietę z takim oto pytaniem: Czy Twoim zdaniem Rorschach jest gościem, który żwawo rąbie głowy tasakiem?

I to w zasadzie cała recenzja, jaka w tej chwili przychodzi mi do głowy.

wtorek, 03 marca 2009
Strony klubowe

Jakiś czas temu sporo zamieszania w pewnych kręgach narobił komiks pt. "Corto Maltese na Mazowszu", do dziś przez wielu znawców uważany za legendarny. Komiks nigdy nie doczekał się publikacji, funkcjonując w drugim (a nawet trzecim i dalszych) obiegu w postaci scenariusza, przekazywanego sobie z rąk do rąk przez kolekcjonerów. Autor nigdy nie podpisał się imieniem i nazwiskiem pod żadną z oficjalnych kopii, jednak niektórzy nazywają go "Prattem z Choszczna", co być może stanowi pewien trop pozwalający przybliżyć się do rozwiązania zagadki autorstwa opowieści (nota bene, kilkoro fanów rzeczywiście podjęło choszczneński wątek - nigdy jednak nie zdecydowali się oni ujawnić wyników swoich poszukiwań, zaś jeden z nich, niejaki Andrzej F., zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach podczas wydarzeń znanych wśród miejscowych jako "bitwa o Lipę Siedmiu Braci").

Od ponad trzech lat światła dziennego nie ujrzały żadne nowe fakty mające związek z kultowym komiksem, stąd wydawać by się mogło że osoba autora (jak i sama opowieść) powoli odejdą w zapomnienie, zaś pamięć o "Corto Maltese na Mazowszu" przetrwa jedynie w zakurzonych rękopisach, spoczywających na regałach bibliotek w rezydencjach nieprzyzwoicie bogatych łowców białych kruków literatury. "Pratt z Choszczna" nieoczekiwanie postanowił jednak przerwać milczenie, zaś wśród komiksiarzy gruchnęła wieść o przygotowywanym przezeń w tajemnicy przez kilka lat majstersztyku, który wkrótce ma przyćmić wszystko, co ów dotychczas stworzył.

Poniżej publikuję zdjęcia fragmentu planszy komiksu oraz próbny szkic postaci jednej z bohaterek, za ciężkie pieniądze odkupione od faceta podającego się za przyjaciela "Pratta z Choszczna", któremu Mistrz rzekomo zdecydował się pokazać część swych prac.

Stay tuned.

piątek, 27 lutego 2009
Axis mundi

1. 25 lutego w Kościele Zachodnim rozpoczął się okres Wielkiego Postu. Czterdzieści dni, które dzielą wiernych od Wielkanocy, stanowi symboliczne podwyższenie liczby cztery, będącej znakiem czterech krańców ziemi, tego, co doczesne, skończone i niepełne. W języku Starego Testamentu liczba czterdzieści jest liczbą czasu tego świata, czasu który ogranicza człowieka zmagającego się z trudami doczesnego życia.

 Z drugiej strony, oktawa Wielkiej Nocy trwa siedem razy po siedem dni – Kościół od wieków świętował swe największe święta w oktawie, tj. przez siedem dni i jeszcze jeden dzień, co symbolizuje całość ziemskiego czasu wraz z wyjściem o krok naprzód, poza to, co ziemskie, w Boże czas i rzeczywistość. Oktawę Wielkiej Nocy wieńczy święto Zesłania Ducha Świętego - pięćdziesiąty dzień stanowi tu wyjście poza ograniczenia tego świata, prosto w prawdziwe przeznaczenie człowieka którym jest zjednoczenie z Bogiem. Myślę, że jest to również właściwa perspektywa, pozwalająca zrozumieć, dlaczego dzień Pięćdziesiątnicy jest uznawany za dzień w którym powstał Kościół i czym ten ostatni w rzeczywistości jest.

 Osią tych dwóch symboli, tj. niedoskonałości i tęsknoty oraz pełni i wolności, jest dzień Zmartwychwstania Chrystusa - Tego, w którym człowiek został wykupiony z sideł śmierci i zwrócony Bogu. Oto prawdziwa axis mundi, wokół której wiruje świat i która ma moc wyrwać człowieka z cyklu nieustannych narodzin i śmierci, i przywrócić mu perspektywę wieczności. A to jest zdecydowanie właściwa perspektywa.

 2. Tym, którzy podjęli wielkopostne postanowienia, dedykuję słowa Psalmu 27, Dominus illuminatio mea, odmawianego przez szpitalników:

Chociażby stanął naprzeciw mnie obóz,
moje serce bać się nie będzie;
choćby wybuchła przeciw mnie wojna,
nawet wtedy będę pełen ufności.

sobota, 14 lutego 2009
Pozostać po stronie żyjących

Poza wspólną modlitwą, nie ma w życiu rodziny piękniejszych momentów niż wzajemnie poświęcenie, bycie razem „ jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” i wspólne radowanie się z najprostszych czynności pod pogodnym niebem. W dorosłym życiu jedną z niewielu możliwości,  jakie pozostają do zrobienia ze wszystkich dobrych rzeczy, jakie może robić człowiek, jest ofiarowanie się bliskim.

A gdy po dziecko pewnego dnia przybędą cienie, aby zabrać je na zawsze, ojcu pozostaje się tylko pogodzić, albo spakować do torby bochenek chleba, trochę wody, wziąć śpiącego syna na ręce i pod osłoną nocy pognać przed siebie.

Czasami trzeba wyruszyć w drogę i nie ustawać, dopóki nie zabraknie sił by dalej biec. Dopóki serca nie ogarnie spokój.

Trzeba również czasem poczekać niemal trzy lata, by ponownie przeczytać komiks z tak wysokiej półki. Po lekturze „Blankets” nie sądziłem nawet, że potrwa to tak krótko. „Trzy cienie” są produkcją Cyrila Pedrosy, maczającego palce m.in. w „Dzwonniku z Notre Dame” i „Herkulesie” Disneya na odcinku animacji. Pewnego razu dwojgu jego przyjaciół przytrafiło się coś, czego podświadomie obawia się chyba każdy – odeszło ich małe dziecko.

Pedrosa dużo myślał o tym i w końcu narysował ogromnego ojca, trzymającego synka w dłoni jak bochen chleba – jako metaforę buntu przeciw bezsilności, z jaką musimy się w życiu nierzadko mierzyć, przypominając sobie swe miejsce w szeregu. Ten rysunek stał się potem centralnym punktem wspaniałej i przepięknie narysowanej baśni, mówiącej po prostu o… miłości i życiu.

„Trzy cienie” dzieją się w bliżej nieokreślonej przeszłości, ale nie jest to komiks historyczny – słowa „baśń” użyłem nieprzypadkowo, mamy tu bowiem także elementy fantastyczne, dzięki którym opowieść zyskuje głębię klasycznych dzieł literatury.

 

Moim zdaniem, każdy ojciec powinien mieć tę produkcję u siebie w biblioteczce i sięgać po nią szczególnie w tych momentach, kiedy dziatwa i żona wydają się czymś odwiecznym i niezmiennym, lub gdy zaczyna robić zbyt wiele nadgodzin przekonując samego siebie, że to dla ich dobra.
poniedziałek, 05 stycznia 2009
"Boga się nie boisz, Rudolf, kurwi synu?"

1. Mija się w dużej mierze próba pisania recenzji książki, podczas której nie chce się czynnie spoilerować. A chciałbym powiedzieć o „Mieczu i kwiatach” Marcina Mortki. Więc może laudacja?

 Po swych kochanych wikingach i piratach, na tapetę wziął Mortka tym razem krzyżowców. Jak sam autor twierdzi, Scott uczynił z postaci barona Ibelinu karykaturę i ktoś wreszcie musiał temu zaradzić. Taka jest wersja oficjalna, ale my, którzy czytaliśmy poprzednie, przednie książki mistrza Mortkowera i znamy jego bohaterów dobrze wiemy, o co naprawdę chodziło. Ale o tym w dalszej części.

 Pomysł na fabułę jest prosty jak budowa cepa: oto do Ziemi Świętej przybywa młody Gaston de Baideaux w towarzystwie dwóch przyjaciół: tchórzliwego brata Adalberta i potężnego parobka-niemowy Bernarda. Krucjata jest dla młodzieńca okazją do pokuty. Za co? – i tu się zaczyna. Nie wchodząc zbytnio w szczegóły, powiem tak: w „Karaibskiej krucjacie” Mortka pokazał, że potrafi napisać świetną powieść awanturniczą, w „Ragnaroku” – że umie przedstawić żywe zaplecze polityczne dla poczynań swoich chwatów. W „Mieczu i kwiatach” połączył obydwie te rzeczy (ze wskazaniem na przygodę) i to w takim stylu, że osobiście pochłonąłem całość z wypiekami na ćwarzy i właśnie zaczynam przechodzić to samo, co po „Krucjacie”, tzn. dostaję trzęsawki na myśli o kolejnym tomie a w rozmowach ilość wtrętów tematycznych (wczoraj pirackich, dziś rycerskich) wykazuje trend wzrostowy :-> Hail to Mortka!

 W tym miejscu nie mogę się powstrzymać przed napisaniem kilku słów odnośnie warsztatu pisarskiego autora (o fabule naprawdę się nie da się więcej bez zespoilerowania, tym bardziej że ten „cep prosty” ma drugie dno), a konkretnie uwagi jaką ów poświęca tłu, czyli po prostu tradycyjnym „opisom przyrody”. Po lekturze „Płonącego Union Jacka” i „La Tumby” wpierw myślałem, że czar polega głównie na zabawie konwencją i kilku scenach będących jakby żywcem zacytowanymi ze scenariusza „Monkey Island” (serii gier przygodowych jeszcze z czasów nieodżałowanej Amigi 500, traktującej o równie szlachetnym co dupowatym Guybrushu Threepwoodzie i o tym jak ów zadarł z facetem znanym na Karaibach jako Ghost Pirate LeChuck). Lecz jednak nie o to szło.

Bo chodzi o to samo, co uczyniło filmowego „Wiedźmina” tak rozpaczliwą bidą – o niemal wyludniony, ascetyczny świat, ewentualnie taki sposób jego przedstawienia, który w czytelniku nie wywołuje żywych emocji. Wiedźmin i Ciri razem ze swoimi bandami włóczą się po lasach a światem kieruje dosłownie kilku macherów. Domenic Jordan ma zacne przygody, ale to samotnik włóczący się po odludziach. Mordimer Medderdin, rasowy degenerat, przestaje z podobnymi sobie i pracuje niemal w pojedynkę, a przechadzki po mieście służą tylko temu, by autor mógł ten stan rzeczy jeszcze wyraźniej podkreślić. Jakub Wędrowycz mieszka we wsi, a taką łatwo się „prowadzi”. To są niewątpliwie ciekawe, nierzadko pasjonujące światy. Ale nie są barwne w tym samym sensie, jak barwne są Karaiby, po których rozbija się Billy O`Connor, albo świat podbity przez Normanów przemierzany przez Jeremy`ego Baldwina. Postacie i miejsca, jakie wyczarowuje piórem Mortka, są żywe, gwarne, przekonujące i wypuszczone przez swego twórcę samopas radzą sobie świetnie.

W przypadku „Miecza i kwiatów” jest podobnie – Ziemia Święta tętni życiem, pachnie orientem, nawet morze wygląda tu nawet inaczej a czytelnik, podobnie jak młody Gaston de Baideaux, staje na środku tego wszystkiego oszołomiony i po prostu chłonie wrażenia jak gąbka. U Mortki wiatr jest gorący, kobiece perfumy zapierają dech a łopot chorągwi na wietrze można usłyszeć naprawdę.

 Ale to nie tylko o biegłość w pisaniu idzie. Tym, co czyni powieści Mortki dynamicznymi i - mimo że de facto tworzy on literaturę służącą rozrywce – dającymi się bezpośrednio przeżywać, jest jego sposób tworzenia bohaterów i ich motywacji.

Na zasadzie kontrastu: nie ma tu jedynie cynicznych sukinkotów z którymi po prostu nie da się utożsamić (Piekara), ludzi odartych ze złudzeń (Sapkowski), mało szlachetnych, lecz dumnych twardzieli (Komuda), tworzonych na siłę nietypowych postaci (Mieville) czy od początku do końca wymyślonych konstruktów (Dębski).

Mortka nie podąża szlakiem wytyczonym przez Sapkowskiego i nie odziera świętości z chwały, białe kapelusze nie stają się szarymi z wyboru a doznany zawód, że to, co miało być piękne w rzeczywistości często bywa obrzydliwe, nie zmienia się w cynizm. Nie twierdzi, że to co nazywane jest złotem jest tak naprawdę gównem, ale że nawet w gównie zdarzają się perły i że jest w co wierzyć wbrew przeciwnościom. U Sapkowera Penelopa nie dość, że pozwoliłaby się zerżnąć wszystkim zalotnikom naraz i każdemu z osobna, kosząc przy tym niebagatelną kaskę, to jeszcze  potem kazałaby najpewniej kropnąć Odysa i urządziła się wygodnie na włościach z nowym gachem. U Mortki Odys wciąż ma szansę i zawsze powraca. Poharatany, pobity, skalany – ale wraca i odkupuje winę, albo przynajmniej dzieli losy Boromira.

Krótko mówiąc: miszcz Marcin nie traci czasu na bzdetne nowinki fabularne, tylko korzysta ze sprawdzonych, najsilniejszych z możliwych archetypów i przetwarza je po swojemu, trzymając się tego co jego samego rajcuje najbardziej. Zresztą to nic dziwnego u faceta, który był swego czasu związany z „Portalem” – pismem, gdzie Trzewiczek puścił kultowy tekst pt. „Kino Nowej Przygody” i gdzie o tworzeniu postaci do RPG pisał nie kto inny jak sam Michał Oracz, robiący obecnie światową karierę jako twórca „Neuroshimy HEX”.

A najlepsze w tym wszystkim jest to, że podczas lektury nie będą zadowoleni ani wyznawcy legendy krwawych, szatańskich krzyżowców, ani nawiedzeńcy twierdzący że wszystko w krucjatach było święte a co złe, to masońska rewolucyjna propaganda wymyśliła. Pisarze nie tylko znający swój fach, ale też i myślący samodzielnie, „po swojemu”, tym bardziej zasługują na uwagę.

 Niniejszy posting jest produkcją jak najbardziej polemiczną, więc jeśli ktoś ma ochotę, niech się nie krępuje i jeśli o mnie chodzi będę zaszczycony jeśli  - parafrazując Tannera Mirabela z „Migotliwej Wstęgi” – zacznie nawet latać gówno jak podczas prawdziwej burzy gówna ;-)

 Zapraszam. A na zakończenie krótki fragment, który dedykuję najbardziej szumicielowi z Choszczna bo to facet, który najlepiej ze wszystkich zrozumie dlaczego wybrałem akurat te kilka zdań. Tylko proszę czasem nie podkablować Fabrykantom że im materiał do sieci wycieka, łotry.

 Gerard de Reinee uniósł głowę znad rozwianej końskiej grzywy i wyraźnie ujrzał, jak spośród szarych, nieprzyjaznych chmur na niebie wyłania się gorejący krzyż. Kiedy indziej opowiedziałby towarzyszom o swoim odkryciu, wezwałby ich do wspólnej modlitwy, postu i medytacji, ale utracił już na to ochotę. Ostatnie tygodnie nauczyły go, że dla wielu krzyżowców cuda – prawdziwe cuda – to jedynie jarmarczne sztuczki, a w rękach duchownych stają się polityczną bronią. Nie miał już zamiaru dzielić się nimi z kimś innym, a zwłaszcza z kimś, kto odarłby je ze świętości. Nawet z wszystkimi tymi, którzy galopowali teraz za nim.

Nie znał tych ludzi, nie próbował nawet poznać. Nie pytał o imiona, choć niektórzy bardzo się starali, by je poznał, by wysłuchał ich historii. Nie chciał, odwracał wzrok, milczał. Zbyt dobrze wiedział, jak kruchym żywiołem jest pobożność w zderzeniu z pokusami Lewantu. Nie wierzył w szczerość i czystość rycerzy, którzy chcieli mu towarzyszyć, nie chciał w nią uwierzyć. Dość miał rozczarowań.

Ci jednak zostawali, a co więcej, wciąż pojawiali się nowi, niezrażeni jego milczeniem, spragnieni… No właśnie! Gerard de Reinee nie miał pojęcia, co tak naprawdę ich przyciągało, dlaczego upatrywali w nim swego przywódcy. Wiedział jednakże, komu należało to zawdzięczać.

„Dzięki Ci, Panie! – szeptał w myślach. – Dzięki Ci za to, że raczyłeś przydać mi towarzysza, bez którego nie przeżyłbym pewnie bitwy u stóp Schodów Tyryjskich. Dzięki Ci za to, że obdarowałeś mnie swymi łaskami i pozwoliłeś ciągnąć walkę w Twym imieniu, przeciwko Twym nieprzyjaciołom! Dzięki Ci, Panie, że uwolniłeś mnie od grzechu pychy i wyniosłości! Dzięki…”

Obrócił się na moment, by spojrzeć w twarze towarzyszy, twarze młode, ale poważne, zacięte, promieniejące uniesieniem. Twarze ludzi desperacko szukających sensu, desperacko poszukujących Boga w krainie, po której chadzał niegdyś Jego syn. Twarze ludzi ubogich, nierzadko nieposiadających nic prócz ojcowego miecza, przeszywanicy i starego konia. Twarze jego ludzi.

Kopyta końskie śmigały w powietrzu, niemalże nie tykając ziemi. Wzniesione włócznie przeszywały wiatr. Gerard de Reinee uśmiechął się blado.

2. Serdecznie namawiam wszystkich do odwiedzania rowerowego bloga Quis ut Deusa na nowym portalu Frondy. Słusznie pisze ten szaleniec. Wkrótce w zakładkach na Jabłku!

czwartek, 11 grudnia 2008
Rzeczy najpierwsze

Ponad dwadzieścia lat temu po raz pierwszy w życiu usłyszałem o smokach, które na szyi noszą termosy pełne zupy ogórkowej i od razu zrozumiałem, że żadne inne smoki nie istnieją.

W mojej głowie mijały się i pozdrawiały serdecznie małych Piotrusia i Urszulkę, którzy stracili brata i ze wszystkich sił starali się wypełniać dobrze słowa Drugiego Listu do Tymoteusza (bo byli małymi łacinnikami, a to zobowiązuje).

Potem oni wszyscy natknęli się na Nieumiałka i resztę chłopaków, Ajejka i Ojejka, i równie żarłocznego co poczciwego Cukierka Soczkowskiego. Chodziłem z nimi wszystkimi i pudełkiem plasteliny do budy, w szare, mgliste, jesienne dni.

Już sam nie pamiętam, czy najpierw jeździłem nad jeziora, czy może jednak przeczytałem „Wyspę złoczyńców”. Ale czy to takie ważne? Grunt, że chciałem być historykiem sztuki (dzięki Bogu nie ormowcem).

Tomaszów Sawyera i Żabnego, gdybym o nich wcześniej nie usłyszał, chyba sam bym wymyślił. A były to czasy, gdy me talenta były niepowstrzymane, pierwszy horror już dawno napisany, a jedno niewieście oko niemal wyłupione (w pierwszej klasie przysłali do nas jakieś zołzy z szóstej, żeby pouczały jak się rysuje).

 A potem była Pierwsza Komunia i skompromitowałem się przed kumplami długą modlitwą, i nakręciłem pierwszy film sprezentowaną kamerą, znany do dziś w rodzinie jako „Potworek SpidaDil – Krwawy Horror” – kanibalizm, mnóstwo krwi, mięsa, suspensu, przedśmiertnych drgawek i mordowania ofiar ciosami damskiego obuwia (mam tu na myśli o rany kłute zadawane obcasem). Jestem dumny z tej produkcji, w szczególności z efektów specjalnych i budżetu, wynoszącego równowartość kilku plastrów surowej szynki, szminki i butelki ketchupu.

 W klasach 4-8 odkryłem, że są dwie najbardziej życiowe książki: „Żaba, pozbieraj się!” i „Osobliwe przypadki Cymeona Maksymalnego”. Pierwsza służy człowiekowi niemal od zaraz, drugą docenia dopiero wówczas, gdy poznaje swoją własną Nelkę Szyperską.

Albo uwalnia się od Gigi i goryla Tubki.

 Przez cały ten czas podobały mi się rude chłopczyce (lecz czytania Montgomery się wypieram).

 A teraz jeszcze kilkanaście stron i to się wydarzy – zakończę lekturę „Modlitwy według Tradycji chrześcijańskiego Wschodu” Tomasa Spidlika, czując się znowu jakbym w kieszeni niósł pudełko plasteliny. I o to tak naprawdę w tym wpisie chodzi – że to wszystko się łączy w logiczną całość. Jestem tego diablo pewien.

 Tak samo jak tego, że następna książka, po którą muszę sięgnąć, bo tego wymaga pisany mi los, najprawdopodobniej zaczyna się tak:

 Laurids Madsen był w niebie, ale wrócił stamtąd dzięki swoim butom.

Nie wzbił się aż po jabłko masztu, ledwie na wysokość grotrei na pełnorejowcu. Ale stał u wrót raju i widział świętego Piotra, chociaż strażnik zaświatów pokazał mu jedynie swój zadek.

Laurids Madsen powinien nie żyć. Śmierć go jednak nie chciała, a przez to się zmienił.

 Ale to nigdy nie wiadomo. Nieprawdaż?

sobota, 06 grudnia 2008
Rosyjscy hobbici

Całe dnie, idąc, modliliśmy się do Boga, całymi dniami rozmawialiśmy o Bogu i o królestwie niebieskim. Nasze dusze były szczęśliwe. Całą przyroda świętowała wespół z nami. Ja czułem się szczególnie uszczęśliwiony, gdy wypadło iść przez pola i lasy. Moja dusza cieszyła się skowronkami, słowikami, kosami, szczygłami, żurawiami i w ogóle wszelkim ptactwem, zwierzętami, drzewami, trawami i nocami z rozgwieżdżonym niebem. Wędrowaliśmy tak przez dwadzieścia dni.

(archimandryta Spirydion, pielgrzym w drodze do Królestwa)

poniedziałek, 01 grudnia 2008
Cztery myśli na rozpoczęcie Adwentu

1. W Kościele starożytnym powszechnym zachowaniem było unikanie przez mnichów wszelkimi możliwymi sposobami święceń kapłańskich - wielu z nich bowiem służbę kapłańską otaczało tak wielkim szacunkiem i czcią, że samych siebie uznawali za niegodnych jej pełnienia. Przykładem może być casus Abby Izaaka, który w tajemnicy zbiegł przed święceniami. Na szczęście został przyłapany, jednak "zmiękł" dopiero gdy skrępowano go powrozem. Do podobnych sytuacji nawiązuje obrzęd, jaki przez długi czas zachował się w Kościele Koptyjskim: przyszły patriarcha był skuwany łańcuchami aż do chwili wyświęcenia.

2. Inaczej u Syryjczyków i Maronitów - u nich celebracja święceń kapłańskich przypada na koniec anafory eucharystycznej, gdy, jeszcze przed nałożeniem rąk, kapłan dokonujący konsekracji  trzykrotnie dotyka Świętych Darów. Zwyczaj ten ma za zadanie podkreślić, że łaska przekazywana nowo wyświęcanemu pochodzi od Chrystusa.

3. Co zaś mówią nam legendy o św. Mikołaju z Miry? Tropy wskazują nam Włodzimierz Łosski oraz kard. Joseph Ratzinger, obecny papież Benedykt XVI. Pierwszy wyjaśnia, że rzeczywistym celem dogmatów jest obrona prawdziwego powołania człowieka, tj. możliwości zjednoczenia z Bogiem, którą to możliwość różne herezje poddają w wątpliwość (do tego bowiem sprowadza się ich istota). Drugi z kolei zwraca uwagę, że postać św. Mikołaja w tradycji utożsamiana była z tym biskupem Mikołajem, który w Nicei wziął udział w soborze, podczas którego sformułowano wyznanie wiary w bóstwo Chrystusa. Jeden z pierwszych świętych nie będących męczennikami, utożsamiany z wielką miłością bliźniego i dobrocią, jest zatem dla nas żywą nauką, wyjaśniającą czym tak naprawdę jest żywot człowieka, który zjednoczył się z Chrystusem.

4. Sens dnia świętego wykracza poza zwykłe czas i historię, pozwalając człowiekowi po części uczestniczyć już tu na ziemi w chwale niebieskiego Jeruzalem. Jakże wdzięczni zatem powinni być łacinnicy za dar, jakim jest zwyczaj nocnej "pasterki" - głowy do snu układają bowiem w doczesności, lecz budzą się już w wieczności.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9