wtorek, 31 października 2006
Wigilia Wszystkich Świętych

W wigilię Święta Zmarłych różne rzeczy człowiekowi przychodzą do głowy. Osobliwie podczas nocnej jazdy po słabo oświetlonych i w równym stopniu zaludnionych zakamarkach własnego miasta, które teoretycznie zna jak własną kieszeń. W tym roku wydarzyło się to w ten sposób: dojeżdżałem do skrzyżowania koło kościoła Świętej Rodziny, kiedy nagle... mijany facet, zakapturzony i trzęsący się z zimna, wydał mi się kimś znajomym. To był Łukasz, znajomy z pierwszego roku studiów. Chodził do naszej grupy. I pewnie w normalnych okolicznościach bym się natychmiast zatrzymał, gdyby nie pewien drobny szczegół - Łukasz nie żyje od 4 lat.
Z wrażenia omal nie wjechałem na skrzyżowanie na czerwonym. Kiedy jednak się opamiętałem, odetchnąłem i pomyślałem, jak by to było zobaczyć teraz swojego dziadka na przejściu dla pieszych, po którym przed maską defilowało mi paru pętaków.
A właśnie, dziadek Reinhold...

W wieku 12 lat został siłą wcielony do Hitlerjugend, gdzie razem z obecnym papieżem pruł do alianckich samolotów. Później dostał się do imperialnej niewoli, skąd jakimś cudem zdołał dać nogę do Bawarii, gdzie do końca wojny ukrywał się u swego wuja. Tam też ukończył szkołę zawodową, a jako, że był zeń łebski gość, oceny miał celujące. W następnych latach powrócił do Polski, do Szopienic, z powodu mej babki. Ale to nie ta historia.
Wróćmy więc do czasów bawarskich. Oto w lasach otaczających mieścinę, w której dziadek Reinhold przebywał, żył Michel. Czarnoksiężnik. Człek poważany, ale i budzący respekt.
Legenda rodzinna głosi, że Michel upatrzył sobie mego dziadka na ucznia. Pewnego dnia posłał po niego, a kiedy ten przybył na miejsce, złożył mu ofertę. Jednak mój przodek już wtedy planował powrót na Śląsk, a i służba u maga po prawdzie niezbyt mu odpowiadała. Grzecznie więc podziękował, wsiadł na rower i odjechał.
Droga przez las nie była wcale długa, jednak Reinholdowi zajęła cały dzień. O zmierzchu wrócil do chaty Michela, który roześmiał się szczerze i zapytal, jak się udała wyprawa do domu. Wówczas dziad mój ponownie oświadczył, że nic z tego. Jakoś udało mu się przekonać Michela, że zmiana decyzji nie wchodzi w rachubę. Tamten przyjął to do wiadomości, a dziadek bezpiecznie wrócił do domu już za pierwszym razem.

Zresztą, w owym czasie więcej znajomych miało bliski kontakt trzeciego stopnia z demonerką - babcia mojej przyjaciółki jeszcze dziesięć lat temu przepowiedziała jej dokładnie wyniki matury, a wcześniej kilka ważniejszych rzeczy. Za każdym razem trafnie. Stolik do wróżb spłonął tuż po tym fakcie - po długiej rozmowie z księdzem. Babcia przyjaciela prowadziła przez pewien czas bliźniaczą działalność. Ha.

Na koniec chciałbym w ten wieczór ujawnić pewną rzecz, z którą zdążyłem się już podzielić z Panem Blbliotekarzem - nikt o tym nie wie, nawet nie podejrzewa tego, ale tajemnicze istoty z legend arabskich są wśród nas od wieków. O wielu z nich uczymy się nieświadomi w szkole, niektóre jest nam dane poznać osobiście. To... geniusze :>

sobota, 28 października 2006
Akta odtajnione

Udało się dotrzeć do zdjęć feralnego wraku, który stał się powodem tragedii młodego Tomasza Stankiewicza, w podziemiach archiwum policyjnego w Słupsku.

Widok z plaży...

...i widok od morza

piątek, 20 października 2006
O scholastykach, Rewolucji Francuskiej i umiłowanych braciach pedałach

Zasłyszane na gorąco ploty z UJ: jest pewien młody doktor, który na ćwiczeniach rozprawia się metodycznie z Rewolucją Francuską, gromi upadek cywilizacji europejskiej, oblicza, co ile minut na świecie ginie chrześcijanin. Choć zasadniczo ogranicza się zazwyczaj do Rewolucji w swych dygresjach.
Co jest w całej sprawie charakterystyczne: po zajęciach studenci przeważnie dzielą się na trzy grupy. Pierwsza uważa, że facet skandalizuje mieszając do rzeczy wątki religijne. Drugiej grupie to w niczym nie przeszkadza. Trzecia praktycznie w żadnej sprawie nie ma zdania, więc i w tej również.

Teraz skok do sąsiedniej beczki - zainspirował mnie Zimny Homer twierdząc, że rozdział religii i rozumu w czasach Ockhama (przypadających na pełnię rozwoju naszej ulubionej scholastyki) umoliwił zniszczenie aspektu komunitarnego w człowieku i zmianę go w indywidualizm.
Na "nasze" znaczy to mniej więcej tyle, że - pomijając pewne różnice systemowe w spojrzeniach wschodnim i zachodnim, o których wspominał Pan Bibliotekarz na Studionie - człowiek nie tylko zbawia się w Kościele, ale też całkiem zwyczajnie do jego istoty należy życie z innymi ludźmi, dla nich i obok nich. W chrześcijańskiej eschatologii zbawienie również łączy się z relacją z innymi. Z kolei indywidualizm odrzuca w swej istocie istnienie jakiejś głębszej prawdy, dotyczącej wszystkich bez wyjątku, stawia na subiektywizm poznawczy i de facto staje się nadrzędna wobec społeczności. To tak jakby wysotrzona do granic możliwości teza Kierkegaarda, który twierdził, że jednostka jest większa niż cała społeczność. Różnica polega na tym, że Kierkegaard wyprowadzał swój pogląd z faktu uznania nadrzędności związku z Bogiem, który to związek winien być dla człowieka wyznacznikiem wszystkiego innego, negację zobowiązań wobec społeczności włączywszy. Krótko mówiąc najważniejsze było bycie chrześcijaniniem sensu stricto. Indywidualizm zasadza się na czymś innym - to mój własny rozum i moje stanowisko jest nadrzędne, według nich buduję swą rzeczywistość.
I faktycznie, coś jest w stwierdzeniu, że dopiero człowiek zindywidualizowany staje się podatny na manipulację na dużą skalę.

To wszystko zaowocowało rozdziałem w pewnym momencie religii od państwa (to ostatnie miało być dominium rozumu, reszta wpadła do wora pt. "gusła"), jak to się potocznie określa. Stąd dziś przeciętny student może się burzyć na "pomieszanie" tych sfer i jego wzburzenie go nie zastanawia. Jest czymś naturalnym.
Punktem zapalnym, umożliwiającym ostateczne wprowadzenie postulatu rozdziału i w końcu subiektywizmu była Rewolucja Francuska. Dlatego - w wielkim uproszczeniu - jej nie lubimy ;>

Jak można sprawdzić, rewolucyjne hasło "Wolność, równość, braterstwo" w rzeczywistości brzmiało nieco inaczej. Mianowicie, miało konkluzję: "...albo śmierć!".
Tu dochodzimy do jednej z odpowiedzi na zadane kiedyś w komentarzach na tym blogu pytanie: "dlaczego Wy nie lubicie pedałów?"
Sprawa ma właściwie drugie dno. Jak powiedział jeden z obecnych głównych dowodzących marszów "tolerancji", w jego zamkniętej, religijnej społeczności na Podhalu (czy w okolicach, dokładnie nie pamiętam - nieistotne koniec końców) nie był w ogóle prześladowany! Szczerze mówiąc, takie wyznanie raczej nie dziwi. Ludzie w rzeczywistości nie robią jakiegoś wielkiego nieszczęścia, kiedy ktoś w ich otoczeniu okazuje się homoseksualistą. Szczególnie w społeczności chrześcijańskiej, która z założenia neguje jedynie grzech, nigdy człowieka.

Skąd więc takie emocje podczas marszów?
Ano, obstawiłbym dwa powody.
Po pierwsze, żeby napuścić ludzi aż do tego stopnia na siebie jak to ma miejsce obecnie, faktycznie trzeba z nich najpierw wyplenić ideę christianitas i społeczności jako Kościoła. Czy bardziej świecko - ideę wspólnoty. Wtedy drugi człowiek bez przeszkód może być postrzegany jako śmiertelny wróg.
Po drugie, obecna "tolerancja" sprowadza się de facto do uderzania w tych, którzy mają zdanie przeciwne. Polemika jest dozwolona do momentu, w którym zgadza się na stwierdzenie, że coś mi nie odpowiada, lecz jednak wszystkie drogi są dopuszczone.
Kiedy stawia się sprawę bardziej kategorycznie, staje się wrogiem, a demokracja uruchamia swe mechanizmy obronne niszcząc kogoś takiego bez litości. Najciekawsze jest to, że nie jest to żadne wypaczenie demokracji rozumianej na sposób porewolucyjny. To jej naturalny stan - rozumiał to np. Platon, starając się jak tylko mógł dać ludziom cnotę sprawiedliwości jako odnośnik, który będzie scalać społeczność i chronić ją przed degeneracją.
Obecny tolerancjonizm to współczesna wersja wcześniejszego zawołania rewolucyjnego.
Dlatego właśnie, z wymienionych powodów, umiłowani bracia pedałowie otrzymują tak zdecydowany odpór.
I być może nawet sami nie wiedzą, jakie siły swą postawą w rzeczywistości reprezentują. W każdym razie ich orientacja seksualna w kolejce powodów stoi dosyć daleko, twierdzę.

Howgh!

środa, 18 października 2006
Girvan

Zbudowany w 1869 roku przez London & Glasgow Shipbuilding Co., żaglowiec Girvan, o wymiarach 182.75 x 30.25 x 18.5 stóp i wyporności 718 ton, wyruszył 15 lat później z Glasgow do Adelaidy, wioząc w ładowniach 500 skrzyń najprzedniejszej szkockiej i irlandzkiej whiskey oraz innych towarów.

Nigdy nie dane było mu dotrzeć do portu przeznaczenia - na wysokości Rathlin Island w okolicach Bull Point, niesiony wiatrem o sile 4 w skali Beauforta (a więc na wydłużającej się fali, wśród pojawiających się wokół grzywaczy), wszedł na rafę przy Clochan Bo, gdzie osiadł i po tygodniu zsunąwszy się zatonął, zabierając na dno cały swój ładunek i ani jednego członka załogi. W tym czasie dwa holowniki, Lord Elgan i Eagle, bezskutecznie usiłowały uratować okręt.

Kadłub poszedł całkowicie w rozsypkę - jego fragmenty, obsypane resztkami butelek i skrzyń, leżą na dnie na powierzchni wielu metrów kwadratowych. Większa część zatopionego ładunku rozproszyła się na południe od wraku.

Co jednak jest tak szczególnego w owym zatopionym żaglowcu, że poświęcam mu osobny wpis? Ano, do dziś można zeń wyłowić nienaruszone butelki whiskey, która - po upływie ponad 120 lat - wciąż nadaje się do picia! Dekadę temu jedna z nich na aukcji w Vaterlandzie poszła za ponad 5 tysięcy marek.

Prawdziwie, wspaniały może być żywot poszukiwacza skarbów.

poniedziałek, 16 października 2006
Ulotna sztuka konwersacji

Bardzo sympatyczny mityng z Panem Studytą w ostatni weekend, podlany rozważaniami nad sztuką opowiadania i pisania w ogóle, skierował był mą myśl na sprawę w życiu prawdziwie wielkiej wagi, to jest na sztukę konwersacji. T
emat jest dla mnie bardzo na czasie, bo już za kilka dni będę miał okazję dowodzić, że tytuł magistra dostaje człowiek, który teoretycznie powinien umieć nie tylko się wypowiadać na zadany temat, ale i robić to w miarę sensownie pod względem formy.

Śmiem twierdzić, że wpuszczenie całkiem niedawno mas ludzi na studia - mającego ich upchnąć gdziekolwiek, byle tylko odsunąć bezrobocie, a w praktyce powodującego, że z wyższym wykształceniem można śmigać na szmacie w jakimś lokalu bo ono już właściwie nikomu nie imponuje - wprowadziło między ludzi bardzo naukowy typ rozmowy. O co chodzi - rozmowy stały się bardzo praktyczne i nie dają zbyt dużo przyjemności. Się mówi raczej o tym, który typ ogrzewania jest lepszy lub tańszy, które auto ma jakie osiągi i tym podobne. Istotny jest przede wszystkim konsensus, który albo narzuca drugiej stronie swój punkt widzenia, albo zmierza do ustalenia takiej wersji, która każdemu odpowiada.
Gubi się gdzieś w tym zamieszaniu sama przyjemność wymiany myśli, a jeśli już się pojawia, to dotyczy spraw właśnie praktycznych (ta, wiem, generalizuję ;>).

Krótko mówiąc, w odwrocie są dwa sposoby prowadzenia rozmów. O pierwszym wspomniał Pete McCarthy w "Barze McCarthy`ego", kiedy stwierdza (mniej więcej): Dawno już nie miałem okazji prowadzić rozmowy, która była przyjemnością dla niej samej, gdzie nikt nie narzucał drugiemu swojego punktu widzenia i która była najzwyklejszą w świecie wymianą myśli na dany temat. I faktycznie - nic nie psuje bardziej krwi niż przemądrzała menda, która zaczyna kręcić głową już po pierwszym usłyszanym zdaniu, kiedy człowiek zamiast klepać okolicznościowe formułki (rezerwowane dla dalszego otoczenia, z którym nie ma się ochoty wchodzić w kontrowersję z powodu jego zacofania ;>) próuje zarysować przynajmniej to, co myśli, skąd to bierze i ogólnie podzielić się jakąś swoją własną uwagą, po prostu - traktując rozmówcę najżyczliwiej, jak tylko można, wpuszczając go na swe własne podwórko (przy okazji kiedy druga strona z automatu zaczyna negować słowa drugiej dalsza rozmowa staje się bezsensowna, bo wypowiadając się łapie się nielichą presję, żeby mendzie przypieprzyć i cały wywód zaczyna się sypać).
Niestety, jest to bolączka bardzo powszechna.

Drugi sposób to właściwie zapomniany storytelling - pamiętam, jak jeszcze mój pradziad potrafił usiąść za stołem z akordeonem i na zmianę to melorecytować, to śpiewać różne historie (do wyboru: fabularyzowane wspomnienia, czy lokalne podania). Wuj marynarz z Niemiec kiedy walnie się na fotel i łapie go nastrój, potrafi - kiedy umiejętnie dozować mu napitek - bajać i do rana.
Właściwie nie mam pojęcia, co się stało, że to zanikło. A może wcale nie zanikło? Może miejsce samowystarczalnych gawęd, które miały w końcu spory kontekst kulturowy, zajęło wspominanie (skądinąd miła sprawa) - będące elementem dużo mniejszej, kilkuosobowej społeczności.
Przekłada się to chyba też i na sposób pisarstwa oraz odbioru książek - przeważają raczej (w każdym razie obecnie) albo książki zaangażowane, którymi tak podniecają się Dunin-Wąsowicz i jemu podobni "krytycy", albo korzystające raczej z formy sensacyjnej, gdzie historia dzieje się w formie dialogów.
Mało pisarzy decyduje się na dłuższe formy narracyjne, tak jak to robi np. w swoich książkach Neil Gaiman - całe połacie tekstu, czytane z wypiekami, będące odpowiednikiem opowieści słuchanych przy kominku, niemal ogołocone z dialogów.

W trakcie pisania przypomniała mi się jeszcze jedna rzecz - do kanonu rozmów weszło, obok nieprzejednanego jechania z interlokurotem jako z tym debilem, potakiwanie mu we wszystkim. Właściwie gdyby się rozejrzeć, to w rzeczywistości nie zdarzają się takie dialogi, jakie można spotkać w niektórych książkach - gdzie kumple mówią sobie strasznie dziwaczne i nie zawsze łagodne rzeczy, po czym, nadal pozostając kumplami, nie poklepują się po plecach zbyt wylewnie.

W relacje między ludźmi wkradł się strach przed brakiem akceptacji, czy raczej - odwrotnie - brak pewności siebie i potrzeba sprawdzania się prawie tak samo, jak to ma miejsce w robocie. To źle.

czwartek, 05 października 2006
Pora dymu, liści i zapachów

Już od miesiąca próbuję napisać coś o tej jedynej w roku porze, kiedy pomysły i odczucia przelatują przez głowę tak szybko, że nawet nie można ich jakośzgrabnie zapisać bez poczucia niszczenia dzieła sztuki. Jeżeli naprawdę istnieją nienapisane powieści, które są oczywiście tymi najlepszymi z dotychczasowych, to ich kontury i fragmenty pojawiają się, przenikają i rozpływają jak wiatr i mgła w noc Wszystkich Świętych właśnie na jesieni.
To pora mgieł, wirujących w małych trąbach powietrznych liści i miski z ciepłą wodą, ustawionej koło fotela.
To pora, w trakcie trwania której kilka lat temu Tomasz Stankiewicz (cóż za zadziwiająca zbieżność nazwyisk, nieprawdaż?) wyszedł we wrześniowy wieczór ze swej klatki schodowej, by usłyszeć gorzkie (a jednocześnie zimne) słowa zerwania, odbyć upajający zapachami i odgłosami pierwszych suchych liści spacer, wysłuchać historii Igora, swego kuzyna, który nagle znalazł się w mieście po kilku niespodziewanych dniach nieobecności, a wreszcie wrócić do domu i zostać wysłanym raz jeszcze w drogę po chleb. I spotkać na swej drodze coś, co zmieniło go na zawsze i przez co omal nie postradał życia.
To czas, w którym Edyta, od dwóch lat przykuta do wózka inwalidzkiego, w ciepłym wełnianym swetrze przez ostatnie dni w roku wyjeżdża z domu w dłuższe trasy niż ta dzieląca ją od liceum.
Czasem wozi ją Tomasz. W końcu mieszka piętro wyżej.
Mniej więcej w tym samym czasie w Łebie Jeremiasz, daleki krewny Tomasza, zasiadł w zadymionym "Vikingu" przy swym ulubionym stoliku i po wymianie kilku zdawkowych uwag z przyjaciółmi (bo ile można rozmawiać o tych samych nieudanych połowach) zaczął pisać pierwszy list do tajemniczego Gwidona, który objawił się niedawno w okolicy.
To pora ognisk, nie dopowiedzianych historii, herbaty z rumem i nie dosłyszanych słów, porywanych przez kapryśny podmuch. I jeszcze czytanych wolniej niż zwykle książek.
I nieudanych wpisów. Ale do cholery z tym. W końcu to jesień - czas wysoce magiczny.

niedziela, 01 października 2006
Ekumenizm - kolejne podejście

Po dłuższym namyśle okołoekumenicznym doszedłem do wniosku, że sprawa pojednania między Wschodem i Zachodem może się rozbić o dwie kwestie. Całość ociera się dosyć niebezpiecznie o banał, lecz potraktowana z głębszym namysłem ma w sobie coś, co jednak nie pozwala jej lekceważyć. O co chodzi -już przedstawiam.
Ano, obok spraw liturgicznych i dogmatycznych, którymi zajęliby się z pewnością pobożniejsi i mądrzejsi od nas (a przynajmniej taką trzeba mieć nadzieję i zaufanie do Pana, że takim właśnie ludziom powierzy sprawę swego Kościoła), istnieją pewne niebezpieczeństwa, które mogą wpłynąć na sprawę pojednania na szczeblu podstawowym, tj. międzyludzkim. Wydaje mi się, że dwie sprawy należy wziąć pod uwagę.

Po pierwsze, idzie o związek wiary i kultury. Współczesny człowiek, mimo dostępu do wszelkich informacji, mimo możliwości obejrzenia każdego miejsca na świecie zza własnego biurka, tak naprawdę wcale dużo nie odbiega od swojego przodka, który w najdalszą podróż życia jechał do sąsiedniej wsi czy miasta. W rzeczywistości dominują dwie postawy: albo butna ignorancja, która wszystko obce traktuje protekcjonalnie i z góry, albo strachliwy tolerancjonizm, który dopuszcza wszystko i jak ognia unika sądów wartościujących. Efekt jest taki, że - przynajmniej tak to widzę - nie ma "popytu" na wyrobienie w sobie nawyku dążenia do zrozumienia terminologii i sposobu myślenia, jaki jest charakterystyczny dla drugiej strony.
Ujmując to prościej - to, co obce i nowe, pozostaje egzotyczne i tak jest traktowane. Tak postrzegane jest też prawosławie przez przeciętnego łacinnika i podejrzewam, że działa to podobnie także w drugą stronę. To jedna strona medalu. Z drugiej strony istnieją zaszłości historyczne, które bardzo silnie połączyły sprawę religii z tożsamością narodową i kulturową. W sprawie ekumenizmu pojawia się problem, czy nie zaistnieje pokusa, by traktować sprawę ponownego połączenia w kategoriach zdrady własnej tożsamości. Myślę, że będzie to istotny problem, przynajmniej dla ludzi starszych i doświadczonych.

Po drugie, co stanowi jakby spojrzenie od drugiej strony, istnieje kwestia uświadomienia sobie i przyjęcia faktu, że Chrystus działa w obydwu Kościołach - jest to niezaprzeczalne. Nawet biorąc pod uwagę istotne różnice mędzy nimi, czymś ocierającym się o świętokradztwo byłoby obliczać, w którym Kościele bardziej.
Tak samo nie na miejscu byłoby wyciągać stąd wniosek, że widocznie obydwie drogi są równoprawne - na takie postawienie sprawy nie może być zgody. Jedyny wniosek musi być taki, że wolą Pana jest nasze ponowne zjednoczenie - abstrahując na razie od kwestii konkretów doktrynalnych. To wymaga odrzucenia kolejnej pokusy, jaką jest uważanie się za kogoś lepszego.

To wszystko może być trudne. Siłą chrześcijaństwa jest fakt, że "dostęp" do Boga ma każdy, niezależnie od siły swego rozumu - jest nim modlitwa. Ta ostatnia jest jednak w czasach obecnych jakby w zaniku, stała się czymś trudnym. W ten sposób pojednanie staje się również bardziej oddalone, gdyż przeskakuje w sferę ustalania przepisów, które mimo swej precyzji opisują rzeczywistość, która jest, jak wierzymy, czymś więcej. Podstawą pojednania powinno być - opinia prywatna - uświadomienie sobie barier, jakie mogą powodować wspomniane wyżej dwie sprawy oraz wzajemna "wymiana" pewnych niuansów duchowości, właściwych obydwu Kościołom. To jednak wymaga metody modlitwenej, że tak powiem, która gwarantuje pojawienie się Pośrednika w pojednaniu.
Można sprowadzić to bardzo łatwo do banału, poprzez zignorowanie masy konkretnej roboty i przekonanie, że pojednanie dokona się samo przez się. Tak oczywiście nie będzie, jednak wydaje mi się, że wskazana w notce droga wiedzie we właściwym kierunku. Wciąga też w sprawę pojednania całe Kościoły, nie tylko dostojników.