czwartek, 28 września 2006
Lord Bentham

środa, 27 września 2006
O pisaniu amatorskich uwag kilka

Chyba jeszcze się taki nie narodził, kto by przynajmniej w dzieciństwie nie pragnął napisać Wielkiego Dzieła Literackiego. Czy kiedykolwiek złapał za pióro - to już inna para kaloszy. No ale fakt pozostaje faktem: bywają faktycznie książki, które wciągają bez reszty od pierwszej strony, a inne ciągną się niemiłosiernie i czołgają człowieka po ziemi aż do końca. Spróbujmy zatem przyjrzeć się trickom, jakie stosują autorzy by czytelnik złapał przynętę, a które jako ci ostatni znamy i kochamy ;>

Martha Wells, Łowcy czarnoksiężników - od razu skok na głęboką wodę. Bohaterkę poznajemy tuż po kolejnej (jak się okazuje) próbie samobójstwa. Jeszcze w tym samym akapicie wiadomo już, że kobita ma dosyć ironiczne podejście do wszystkiego i natychmiast "łapie się" z nią kontakt jak z człowiekiem z krwi i kości. Szybki przeskok i Tremaine już pędzi samochodem pod obstrzałem wrogich sterowców nie-wiadomo-skąd do Instytutu, założonego przez jej tajemniczego ojca, który niedawno przepadł. Żadnych dłużyzn, opisy oszczędne, choć bardzo skondensowane i od razu czytelnik wciąga się w akcję na pełnych obrotach.

Marcin Mortka, Karaibska krucjata - żadnych niepotrzebnych wstępów, bohaterów poznajemy w trakcie trwania srogiej bitwy morskiej, przy okazji robiących świństwo dużego kalibru.

Ken Kesey, Lot nad kukułczym gniazdem - na samym początku następuje flashforward (lub flashback, zależnie od optyki). Przy okazji wyzyskany został znakomicie. Sposób, w jaki Wódz Bromden wspomina McMurphy`ego od razu ryzuje przed czytelnikiem obraz czegoś specjalnego, wielkiego, a jednocześnie jest nostalgiczny i melancholijny. Krajobraz po bitwie i wielkim bohaterze, który już odszedł.

Robert McLiam Wilson, Ulica marzycieli - pierwsze zdanie, "Wszystkie opowiadania traktują w gruncie rzeczy o miłości" + momentalny przeskok w samotny piątkowy wieczór w barze + lekki podryw kelnerki + soczysta, potoczysta i bogata narracja w pierwszej osobie = czytelnik od razu wciągnięty w nastrój dosyć luźnej i gawędziarskiej opowieści w gronie starych kumpli. Majstersztyk, powiadam Wam.

Neil Gaiman, Amerykańscy bogowie - bohatera poznajemy w momencie, kiedy już, już ma wyjść z pudła po trzyletniej odsiadce. Kilka stron dalej i dowiadujemy się, że jego żona zginęła tuż przed zwolnieniem w wypadku.

Edmund Niziurski - wiele znakomitych patentów, lecz najlepszy był ten, by wrzucać bohatera od razu w nowe miejsca po karnym przeniesieniu do nowej budy.

Zbigniew Nienacki, Wyspa złoczyńców (chyba) - pan Tomasz z przyjacielem siedzą w zapadniętym w bagnie samochodzie, na zewnąrz burza i leje. Zaczyna się robić niepewny nastrój.

Andrzej Sapkowski, właściwa Saga o wiedźminie - w akcję wkraczamy tuż po pierwszej zawierusze wojennej, pojawiają się motywy ataku na Jaskra, tudzież pod drzewem okazuje się, że wiedźmin jest sławny i coś się dzieje. A więc znowu natychmiastowy strzał z grubej rury i akcja.

Podsumowując - jeżeli nie ma się zamiaru pisać prozy w nurcie dickensowskim, czy stosować opisu bohatera przez opis samego jego otoczenia zanim jeszcze on sam się pojawi (czyli tworzyć literatury z samego założenia spokojniejszej, refleksyjnej i opisowej, w której tak właściwie istotny jest opis świata zewętrznego), dobrze jest od razu wrzucić czytelnika w sam środek wydarzeń, a głównego protagonistę przedstawić w sytuacji albo w trakcie, albo tuż przed Ważnym Wydarzeniem. Wtedy powinno zaskoczyć. Rzecz jasna dochodzi kwestia stylu, ale to temat na inne rozważania. W każdym razie istnieje pewna typowo polska metoda rozpoczynania opowieści, którą dobrze będzie napiętnować ;> O czem wkrótce.

czwartek, 21 września 2006
Filozofia i poznanie Boga

Inaugurację nowego sezonu rozważań w temacie filozofii i teologii ;> warto uświetnić spojrzeniem na pewien problem, który już od dość dawna zaprzątał umysły wiernych.
Chodzi o słowa Jezusa: (...)To jest życie wieczne: aby znali Ciebie(...) (J 17,3). Pomijając cały aspekt eschatologiczny, aż się samo prosi, by skonfrontować je z czymś, co w Piśmie wiadome jest od samego początku i poświadczane zarówno przez Proroków, jak i później przz Apostołów - że nie można oglądać Boga i dalej żyć. Zatem z jednej strony żyje tylko ten, kto zna Boga i Go ogląda (gdyż Bóg jest życiem), z drugiej jednak nikt nie może Go widzieć zachowując życie (gwoli wyjaśnienia - korzystam tu z rozumienia zbawienia jako relacji typu dialogicznego, między człowiekiem a Bogiem-Zbawcą, dzięki wejściu w którą człowiek wchodzi w rzeczywistość życia wiecznego już od zaraz, jeszcze na ziemi, która to rzeczywistość wykracza poza śmierć i trwa dalej - na razie pomijamy kwestię tzw. stanów pośrednich i tym podobne, by nie mieszać zbytnio niuansami).
Jezus daje odpowiedź na taką wątpliwość podczas Kazania na Górze: Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą (Mt 5,8).
W ten sposób człowiek jest w stanie poznać Pana i Go oglądać - poprzez serce, co zaś ten symbol oznacza - doskonale wiadomo. I jest to przeciwieństwo poznania dyskursywnego, czy raczej, ściślej mówiąc, coś jakościowo w stosunku do niego odmiennego. Nie ma zmiłuj.

poniedziałek, 18 września 2006
Myśl

"Chcąc cokolwiek pojąć, musisz rzucić na szalę swoją własną wizję rzeczywistości".
(Joseph Ratzinger)

Profetyzm komunistyczny

W celu odtrucia się po przeczytanych ostatnio przereklamowanych książek (wystrzegajcie się "Krainy traw") postanowiłem jednak dać sobie chwilowo spokój z beletrystyką i pozostać przy komiksach. Tymczasem w łapy wpadła mi "Śmierć i życie wieczne" kardynała Ratzingera, ostatnia z książek napisanych przed objęciem stolca biskupiego. Jestem jeszcze co prawda w lesie, jeśli chodzi o wspomniane tomiszcze, jednak jedno spostrzeżenie chciałbym wyrazić już teraz.

Od początku istnienia tego bloga przewijała się gdzieś w tle kwestia monarchii i władzy z nadania boskiego. No więc pociągnijmy nieco ten wątek i rzućmy okiem na postać Joachima z Fiore, a konkretnie jego wywód, który z trynitarnej natury Boga wyciągnął koncepcję trzech epok istnienia ludzkości: epoki Boga Ojca (której odpowiadają czasy Stargo Przymierza), Syna Bożego (czas obecny lub inaczej: dotychczasowy) i wreszcie epoki Ducha Świętego - która ma nadejść, i w której zrealizowane zostaną tezy Kazania na Górze.

Co od razu rzuca się w oczy - kardynał od samego początku wykładu bardzo silnie podkreśla, że w pierwotnym Kościele pojęcie "zbawienia" dotyczyło nie tylko dalekiej, wykraczającej poza życie doczesne przyszłości, ale miało konkretne przełożenie na teraźniejszą duchowość, na życie zbiorowości oraz życie jednostki jako takie.
W pewnym momencie jednak to się załamało i dążenie do doskonałości stało się postulatem przede wszystkim politycznym - stało się dążeniem do utopii, które coraz bardziej spychało kwestię zbawienia rozumianą w sensie zbawienia duszy w daleką przyszłość (w czas pośmiertny), skupiając się na aspekcie dzisiejszej egzystencji. Powstała konepcja utopii politycznej.
W ten sposób rozerwany został pierwotny związek pomiędzy wiarą i nadzieją na zbawienie duszy, a jego teraźniejszym wyrazem w postaci sposobu życia czy organizacji życia wspólnoty.

Konsekwencją tego rozdźwięku jest pokutujące do dzisiaj przeświadczenie, że "zbawienie" jest czymś rozłącznym w stosunku do "szczęścia" ziemskiego, które to spojrzenie nie ma podstaw w myśli wczesnego Kościoła. Zwulgaryzowało się przy tym rozumienie samego "szczęścia", które odtąd oznaczało jedynie dobrobyt materialny lub przyjemne doznania, ignorując rozumienie związane ze świadomością, że "już teraz jesteśmy zbawieni".

Ale wróćmy do kwestii utopii - kardynał rzuca tezę, że komunizm i jego pochodne dlatego tak silnie oddziaływały (i, jak nietrudno zauważyć, oddziałują także i dziś) na ludzką świadomość, że potrafiły - mimo swego wręcz wojującego ateizmu - przemawiać w sposób profetyczny i żądać nowego, "lepszego" ustroju, w którym ludzkość wreszcie mogłaby być szczęśliwa. Innymi słowy wykorzystywały i wykorzystują fakt istnienia luki, jaka wytworzyła się w wyniku oddzielenia pojęć "zbawienia duszy" i "szczęścia", to pierwsze pozostawiającego okresowi pośmiertnemu, a więc niepewnemu, koncentrującemu się natomiast na sprawach doczesnych. Komunizm oddał ludzkości ścisły związek między zbawieniem a teraźniejszością, choć uczynił to w sposób karykaturalny.

Tu dochodzimy do sedna - moim zdaniem wszelkie próby "ochrzczenia" demokracji są właśnie takim przywracaniem zbawienia do teraźniejszości (oczywiście - zorientowanego także w kierunku przyszłości, co należy podkreślić). Kwestią sporną jednak jest, czy ma to sens. Sposób konstrukcji ustroju demokratycznego z jednej strony bowiem promuje subiektywizm poznawczy, z drugiej zaś w praktyce zasadza się przede wszystkim na walce politycznej różnych grup, nie pozostawiając dużo miejsca namysłowi, nazwijmy go, ideologicznemu. Który zresztą i tak musi zmierzyć się ze wspomnianym już subiektywizmem.
To wszystko powoduje, że ustrój demokratyczny umacnia raczej podział między sprawą ducha - zbawieniem - a zyciem doczesnym i kategorią szczęścia, niż go likwiduje.

poniedziałek, 11 września 2006
Mity (niekoniecznie o Wielkim Cthulhu)

Z powodu chronicznego braku czasu na blogu zapanował zastój. Jest jednak jedna sprawa, którą chciałbym poruszyć przynajmniej w zarysie. Rzecz dotyczy mitologii. Jestem świeżo po lekturze "Wiekuistego człowieka" Chestertona, więc siłą rzeczy nie omieszkam skorzystać z tych jakże miłych memu sercu zasobów.

Piłka jest krótka. Jest nią teza, że mitologia służyła do opisu różnych Ideałów oraz wskazania, że oprócz tego, co widać, znajduje się także jeszcze jakaś rzeczywistość poza (rozumiał to, jak sądzę, profesor Tolkien, pragnący podarować Anglikom mity), tudzież że z kolei filozofia, mogąca bez szwanku istnieć równocześnie z mitologią, służyła do opisu świata takim, jaki on jest.
Jest to myśl, którą można odnaleźć na przykład w sztandarowym patencie fabularnym Neila Gaimana, wedle którego starzy bogowie istnieją tak długo i w takiej chwale, dopóki żyją ludzie chcący ich wyznawać.
I tych ludzi jest coraz mniej, zaś boska chwała, niegdyś przeogromna, dziś niszczeje jak zamki na piasku.

Tyle tytułem wstępu. Za chwilę muszę pędzić dalej do roboty, zatem szybko przechodzę do sedna. Jest nim pytanie: czy można faktycznie negować całe dziedzictwo antycznej Europy, jej bohaterów, artystów i myślicieli, głosząc, że teraz już tylko chrześcijaństwo i nic więcej nie trzeba?
Ja powiadam, że nie można. Powód jest bardzo prosty - wszystko musi mieć swój fundament i okoliczności. Aby coś wyznawać, należy wiedzieć, czego się szuka. Ale nie tylko. Odnalezienie konkretnej rzeczy potrzebuje zarówno kontrastu, jak i nierzadko umiłowania formy pośredniej w stosunku do doskonałości.
Inaczej można zostać z garścią żelastwa w ręku, ale nie będzie się umiało poznać na prawdziwym rapierze Drake`a.


I jeszcze jedno - skoro granice języka mają być "granicami świata" (a Wittgenstein nie pomylił się, wystarczy spojrzeć na Niemcy, kraj bardzo subtelnych odcieni znaczeniowych i jego dorobek intelektualny), to bez wątpienia przekłada się to także na liczbę znanych dzieł, należących do kanonu klasyki. Tak być musi - logical necessity.