czwartek, 02 sierpnia 2007
"Birkenhead Drill" - cała kupa poruczników Love

Wpis dedykowany Panu Dante

birkenhead

W XIX wieku brytyjski konstruktor, John Laird (nota bene starszy brat Macgregora, pioniera który wytyczył imperialne szlaki handlowe na rzece  Niger), był jednym z pierwszych, którzy dokonali rewolucji i rozpoczęli budowę okrętów z żelaza i stali.
Była to rzeczywiście nowatorska technologia, będąca logicznym następstwem przetrzebienia lasów Wielkiej Brytanii, która przecież floty nie wyczarowała z powietrza.

Jednym z cudeniek i oczek w głowie Lairda był HMS "Birkenhead" - kołowiec parowy na bazie brygantyny, jednostka o pięknej linii kadłuba, zwodowana w grudniu 1845 roku. Miał 64 metry długości i szerokość niecałych dwunastu.
Okręt został pomyślany jako pancernik, co więcej, pomysł ów spotkał się początkowo z żywym zainteresowaniem i przychylnością admiralicji - i nic dziwnego, bowiem okręty "żelazne" górują nad drewnianymi z powodu komór oddzielonych grodziami, co daje lepsze parametry jeśli chodzi o pływanie.
Niestety, w tamtych czasach pismaki już byli tym, czym są zawsze i doprowadzili kilkoma mocno prześmiewczymi artykułami do sytuacji, w wyniku której dział na okręt jednak nie załadowano, a ten ostatni pozostał w doku na dalsze 1,5 roku.
Ostatecznie HMS "Birkenhead" został oddelegowany do transportu wojska. I w tym miejscu wydarzyło się coś, co przenigdy nie powinno mieć miejsca - w celu zapewnienia bardziej komfortowych warunków pasażerom, wycięto bez zgody konstruktora drzwi w grodziach wodoszczelnych. Tak "ulepszony" "Birkenhead" zaczął chodzić w morze.

Aż do 7 stycznia 1852 roku, gdy wypłynął z Cork w Irlandii. Portem przeznaczenia był Port Elisabeth w Afryce Południowej. Źródła podają, że podczas tego rejsu na pokładzie znajdowało się 500 żołnierzy (którzy mieli wesprzeć kolonie brytyjskie w toczonych podówczas walkach) oraz 190 pasażerów i członków załogi.

Już od samego początku rejsu widać było, że Neptun nie sprzyja wyprawie. Najpierw HMS "Birkenhead" dopadł zimowy sztorm, który przez bitych dziesięć dni i nocy rzucał okrętem jak łupinką orzecha. Ludzie opowiadający tę historię twierdzą, że w tym czasie ludzie nie opuszczali hamaków po pokładem, walcząc z chorobą morską i wydając z siebie odgłosy przerażenia, święcie przekonani, że zaraz pójdą na dno. Sztorm wywołał sześć przedwczesnych porodów.

Po wydostaniu się ze strefy złej pogody okręt zdołał nadrobić nieco straconego czasu i już 23 lutego rzucił kotwicę w okolicy Kapsztadu, w zatoce Simon. Już tylko dwa dni rejsu w górę wybrzeża dzieliły do od Port Elisabeth.
Przed wyjściem z zatoki Simon na pokład zaokrętowano jeszcze kilku pasażerów, w tym oficerów, konie, tych zaś, którzy nadal chorowali po sztormach - oddano w ręce lekarzy, zostawiając w szpitalu.

HMS "Birkenhead" stanął pod parą i wyszedł w morze wieczorem, 25 lutego 1952 roku. Teraz liczyła się każda godzina - wszak na pokładzie podróżowali przede wszystkim żołnierze, a ci nie przypłynęli tu na wakacje. Dlatego też kapitan "Birkenheada", Robert Salmond, dokładał wszelkich starań, by dotrzeć do celu najszybciej, jak tylko się da. Nikomu zresztą nie czynił w ten sposób żadnej łaski, miał bowiem w szufladzie stosowne rozkazy.

Najkrótszy kurs szedł blisko skalistej linii brzegowej. Nawigator sprawdził mapy - wszystko wydawało się w najlepszym porządku. Salmond, stary wilk morski z rodziny z tradycjami, pozostał jednak nieufny i dla większego bezpieczeństwa okrętu i załogi postawił na dziobie jeszcze trzech ludzi. Dwóch, aby wypatrywali niebezpieczeństwa czającego się pod powierzchnią wody i trzeciego, mierzącego głębokość ciężarkiem.

Tak mijały godziny aż do zmroku. Wówczas załoga mogła dostrzec na tle rozgwieżdzonego nieba ognie sygnałowe na pobliskich wzgórzach. Kapitan, zadowolony, zszedł do swej kabiny. Wszyscy na pokładzie znali swoje zadania, okręt był bezpieczny. I właśnie wtedy, na wysokości Danger Point, 110 km od zatoki Simon, na wodzie głębokiej ledwie na 30 metrów, "Birkenhead" wszedł na skałę, której nie było na mapach.

Kapitan Salmond momentalnie znalazł się na pokładzie. Natychmiast wydał rozkazy oszacowania zniszczeń, jak również umieszczenia w szalupach kobiet i dzieci.

W tym miejscu oddajmy głos Henry`emu Brookowi, który przestudiował źródła i sfabularyzował je:

Kiedy major Seton wyszedł na główny pokład, wydał oddziałom ogólny rozkaz zebrania się w szyku i spokojnie rozmawiał z oficerami. Był zaskakującą postacią w tym ogromnym chaosie, jaki ogarnął okręt.
Ubrany w mundur, z szablą oficerską u boku, zadziwiał pewnością siebie i opanowaniem. Miał wówczas 38 lat i pochodził z rodziny szkockich górali. Kochali go zarówno oficerowie, jak i prości żołnierze. Był bardzo wykształcony i płynnie mówił kilkunastoma językami, ale przede wszystkim był żołnierzem. Okiem profesjonalisty przyjrzał się temu, co się wokół działo, i zadziałał szybko, żeby przywrócić porządek.

Seton wyznaczył po kilku żołnierzy do każdej szalupy, po czym przystąpił do opanowania paniki wśród przerażonych, wyrwanych ze snu rekrutów, ustawiając ich w ordynku.
Chciał, żeby przestali się bać i uznał, że najlepiej pomoże im w tym dyscyplina musztry. Cały czas zastanawiał się również, jak ich uratować. To on wydał rozkaz oddania salwy z dział okrętowych, co z pewnością zaalarmowałoby ludzi na brzegu, zawiadamiając o katastrofie okrętu. Niestety, amunicja zamokła, ale udało się znaleźć trochę rakiet, które odpalono z pokładu.
Poszybowały w ciemne niebo, oświetlając szokującą scenerię katastrofy.

Żołnierze próbujący spuścić na wodę szalupy odkryli, że bolce mocujące są albo przerdzewiałe, albo zamalowane farbą i nie dają się ruszyć. Desperacko usiłowali je wybić, ale na rozkołysanym pokładzie było to niemożliwe.
Tylko trzy szalupy znalazły się na wodzie i major Seton szybko przejął nadzór nad ewakuacją przerażonych kobiet i dzieci.

(Henry Brook, "Przygody na morzach").

Wróćmy na chwilę do sprawy okrętu. Wspomniane wycięcie drzwi w grodziach przyniosło w momencie katastrofy opłakane skutki, gdyż znacznie je osłabiło. Dodatkowo kapitan Salmond, chcąc ratować okręt, wydał rozkaz "cała wstecz", który okazał się błędem i wyorał w kadłubie kolejną dziurę, zalewając m.in. maszynownię. Wiadomym się stało, że okręt jest stracony na dobre. Ludzie ginęli w hamakach, we śnie, zalewani wodą.

W ciągu kwadransa od katastrofy dziób "Birkenheada" powoli zaczął się odłamywać. Komin runął na pokład. Seton rozkazał ustawić się swym żołnierzom na pokładzie sterowym.
Do ostatecznej katastrofy brakowało już tylko jakichś pięciu minut. Major pozwolił swym żołnierzom dokonać wyboru - płynąć do szalup, których przeciążenie mogło zagrozić życiu pozostałych pasażerów, kobiet i dzieci, lub też pozostać na miejscu do końca.

I wówczas stało się coś, co zdecydowało o miejscu opisywanego wydarzenia w historii. Z szeregów nie wyłamał się nikt. Jak podaje Brook - gdy ster zniknął pod wodą, żołnierze schwycili się za ręce i w ciszy, w równym szyku spoglądali, jak fale wdzierają się na pokład. Zginęło ich wówczas ponad dwustu.

Wtedy to właśnie powstało najsłynniejsze chyba morskie zawołanie, jakie można usłyszeć podczas katastrof - "Najpierw kobiety i dzieci!". Powstał również tak zwany "Birkenhead Drill", synonim bohaterstwa w sytuacji beznadziejnej, o którym Rudyard Kipling napisał:

To stand and be still
to the Birken’ead Drill
is a damn tough bullet to chew.

Nie był to zresztą jedyny wyraz bohaterstwa. Takie historie działy się również w szalupach. Oto w jednej z nich młody żołnierz Ensing Russell, którego przydzielono do załogi szalupy, widząc, że w wodzie obok płynie chłopiec, natychmiast ustąpił mu miejsca i sam zaczął płynąć obok. Niestety, padł ofiarą drugiej plagi owej feralnej nocy - opadły go rekiny.

W katastrofie HMS "Birkenhead" zginęło łącznie 445 osób, ok. 190 ocalało.
Dziś upamiętniają ich nazwy kilku miejsc oraz skromna tablica u stóp latarni morskiej na Danger Point.

Istnieje również legenda, która głosi że na pokładzie okrętu w momencie katastrofy znajdował się żołd w wysokoći 240 tys. funtów w złocie, które miały być w tajemnicy ukryte w prochowni. Jaka jest prawda - nikt tego nie wie. Faktem jest jednak, iż z wraku wydobyto jak dotąd kilkaset złotych monet.

Ahoj!

nagrobek