wtorek, 29 sierpnia 2006
Jo ho ho - opowieść piracka (cz. 1)
Są noce gwiaździste, zdejmujące z kochanków przekleństwo niedobranych słów. Są noce czarne jak smoła, kiedy ciemność oblepia przechodniów, spowalniając ruchy i karmiąc tęsknotę za ciepłym domostwem. Są wreszcie noce po hulaszczych pijatykach u Kuternogi Gibbonsa w tawernie "Pod umrzykiem", gdy człowiek myśli tylko o dwóch sprawach: by nie zerzygać się na buty i ulżyć sobie w jakimś zacisznym zaułku.
To ostatnie przypadło w udziale Stevenowi Perkinsowi, dwudziestosześcioletniemu pierwszemu z "Santa Marii Magdaleny", który wytoczył się przez skrzypiące drzwi i - skierowawszy swe kroki w stronę ciasnej uliczki naprzeciwko, ściśniętej pomiędzy dwiema odrapanymi kamienicami - starał się popuścić pasa, obserwując równocześnie nierówny bruk pod stopami.
- Burrhurghgleee - rzekł, dotarłszy na miejsce. Otarł usta rękawem i, zachwiawszy się, oparł się spoconymi plecami o chłodny mur. Przymknął przekrwione oczy. Z tawerny dobiegały go śmiech wraz z okrzykami członków załogi, przemieszane z coraz bardziej fałszywymi dźwiękami skrzypiec. Podniósł powieki i spojrzał w niebo, widoczne pomiędzy podniszczonymi dachami. Ani jedna chmura nie przesłaniała gwiazd, rozsypanych w wielkiej granatowej przestrzeni. Odnalazł znajome konstelacje i nagle, w pijackim porywie, postanowił sprawdzić czy statek pilnowany jest jak należy.
Podciągnął pantalony i ruszył w stronę portowego nabrzeża, położonego kilka ulic dalej.
Tawerna starego Kuternogi mieściła się w południowo-wschodniej części Charlestown. By dotrzeć do portu należało skierować się na zachód. Maszerując chwiejnie mijał puste o tej porze kramy, słuchał nocnych kłótni, dobiegających zza pozatrzaskiwanych okiennic i wdychał dobrze znany zapach lądu - smród uryny i zepsutych ryb, zmieszany z aromatem niedalekiej dżungli oraz słoną wonią oceanu. Nagle jedna z okiennic otwarła się z trzaskiem.
- Uwaga! Szczyny! - i na ulicę chlusnęła lepka maź, zaś nozdrza pierwszego zaatakował straszliwy fetor.
- Kurrrrrwa! Niech Ci cycki uschną, dziwko Szatana. - usłyszał od strony pustych beczek po śledziach, na które spadła spora część ekskrementów. Jedna z nich zatrzęsła się z irytacją, po czym wynurzyła się zeń pomarszczona, zabrudzona twarz, okolona potarganą siwą brodą i takimiż włosami, obecnie nieco jakby mokrymi.
- Na co się gapisz, gównojadzie?! Zdzielić Cię lagą w pusty łeb? - warknął starszek kiedy spostrzegł, że Steven stoi chwiejnie na środku ulicy i przygląda mu się niewyraźnie, starając się zogniskować spojrzenie. - No?! Gadaj mi tu zaraz!
Kim jesteś, chłopie?

Dzisiejszy, raczej krótki i szkicowy wpis chciałbym poświęcić motywom Sama Gamgee, który - niewiele się namyślając - wyruszył z Panem Frodo na Mordor, pozostawiając za sobą nie tylko ukochane Shire, lecz przede wszystkim Rosie Cotton.
Jak sam był rzekł, "nie był z nią po słowie, a nie był po słowie, gdyż najpierw musiał zrobić swoje".
Coś w tym jest. Chłopaki od dziecka zaczytują się w książkach awanturniczych, walczą na strugane rapiery, zgłębiają poważne lektury i ogólnie robią dosyć dziwaczne rzeczy. To chyba jedynie w obecnych realiach tak modnym stało się podrywanie we wczesnych latach. Nie sądzę też, by można to było złożyć na karb niegdysiejszej dyscypliny i etyki, które bywały raczej regułą, niż wyjątkiem. Tak naprawdę każdy chłop musi wpierw znaleźć swoje własne elfy. Swoją Ideę, swój Sposób Życia i swoją Mądrość. Musi dokonać własnych Wielkich Rzeczy - nieistotne, czy będzie to coś widzialnego, czy też nie.
Człowiek musi najpierw stać się do końca samym sobą, przemyśleć pewne sprawy do końca i podjąć pewne decyzje, zmierzyć się z własnymi strachami, by mógł wyjść "do ludzi".

Przypominają się frazy Norwida:

"(...)Wtedy to próba jest, wtedy jest waga,
Ile? nad sobą wziąłeś panowania;
Wartość się twoja ci odsłania naga -
I oto widzisz, ktoś-ty?... bez pytania.

I ileś zwał się tym lub owym w Czasie?..
Lub byłeś zwany imieniem swych dziadów,
Widzisz - i ile? nabrałeś sam na się
Z tradycji? tonu? stylu? lub - przykładów?

Coraz to z Ciebie, jako z drzazgi smolnej,
Wokoło lecą szmaty zapalone;
Gorejąc, nie wiesz, czy? stawasz się wolny,
Czy to, co Twoje, ma być zatracone?

Czy popiół tylko zostanie i zamęt,
Co idzie w przepaść z burzą? - czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament,
Wiekuistego zwycięstwa zaranie!...(...)"

Poza wszystkim, są to słowa, które można odnieść właśnie do walki o samego siebie, wydanej różnym archetypom i sztancom. Również wiara musi się "uleżeć", zanim będzie się zdolnym do świadczenia o niej. To samo z poczuciem odpowiedzialności za swoich bliskich. Identycznie ze świadomością śmierci. Myślę, że dopiero po tym wszystkim człowiek jest gotów na wzięcie spraw we własne ręce i tworzenie czegoś swojego. Dlatego takie wzięcie mają fantastyka i książki przygodowe. Wszystkie przede wszystkim opowiadają o zmaganiach dla Czegoś Wielkiego. Czuć w nich, że to, co ważne, osiąga się w trudzie. Dobrze jest pielęgnować w sobie to poczucie, bo ma sporą wartość i chroni przed chodzeniem na skróty.

"(...)Red the port light
Starboard the green
How will she know of the devils I've seen
Cross in the sky, star of the sea
Under the moonlight

If I should die
And water's my grave
She'll never know if I'm damned or I'm saved
See the ghost fly over the sea
Under the moonlight, there she can safely go
Round the Cape Horn to Valparaiso(...)"

poniedziałek, 21 sierpnia 2006
Śmierć z Nieskończonych

Dzisiejszego wieczoru wreszcie udało mi się wyartykułować myśl, która chodziła mi po głowie od ponad roku, lecz nie dawała się uchwycić i zdefiniować. Zrozumiałem to, po raz n-ty czytając końcowe strony "Ulotnych żyć".
Człowiek rodzi się, mimo że obciążony grzechem pierworodnym, to jednak nie skażony podstępem i zdolnością krzywdzenia. Przynajmniej w jakimś stopniu. Dzieciństwo i młode lata mijają w szczęściu i można powiedzieć, że swoją egzystencję postrzega się od strony życia - radnośnie, na złamanie karku i z całej siły.
A jednak - nie jest ona przeżywana w sposób pełny. Przychodzi okres, kiedy jak pięść uderza świadomość śmierci, przemijania i braku możliwości odwołania pewnych słów, i odczynienia pewnych czynów. Człowiek zostaje jakby rozwłóczony na ziemi, bezbronny i zmiażdżony skończonością swoją i swych najbliższych. Świadomością, że każdy krok może być pechowy, każde wstanie z krzesła spowodować wylew, każde nieuważne słowo zadać rany nie do zabliźnienia oraz że podejmowane decyzje mają konsekwencje.
Dostrzega wymiar egzystencji, który można nazwać wymiarem śmierci. To jest właśnie ten punkt, w którym rozgrywa się "albo, albo" - można odepchnąć od siebie myśli, które mogą przyprawiać o szaleństwo i bezsenność, ale też i pójść z nimi na zderzenie czołowe, zostać zdruzgotanym i powoli się pozbierać, i zostać faktycznym właścicielem swojego życia, ze świadomością, że jego konsekwencje przyjmie się na stojąco, w postawie gotowości.

poniedziałek, 14 sierpnia 2006
Jeden z agentów - wersja pierwotna

niedziela, 13 sierpnia 2006
List

29 lipca 2006 roku rybacy wyłowili w okolicach Karwii zaplątaną w sieci plastikową butelkę po wodzie mineralnej "Żywiec". W środku znaleźli pomięte, zabrudzone i lekko nadplesniałe papiery, które - po przeczytaniu - szybko oddali w ręce policji.
Ekspertyza wykazała, że wspomniane brudne ślady to zaschnięta krew. Treści listu nigdy nie podano do wiadomości opinii publicznej, rybaków zaś zobowiązano do utrzymywania ścisłej tajemnicy.
Jak można się było domyślać, zawartość znalezionych kartek wkrótce trafiła na łamy gazet.

Oto ona:

26 (?) kwietnia, godz. 10.53

Nazywam się Jeremiasz Stankiewicz i mieszkam w Łebie, przy ulicy Szkolnej 5. Oto, gdy wstępny obowiązek kronikarski został dopełniony, można przejść do konkretów. A zatem: w nocy z 25 na 26 kwietnia 2006 roku, nie otrzymawszy umówionego sygnału od mojego przyjaciela Gwidona, zdecydowałem się wziąć odpowiedzialność na swoje barki i – wykroczywszy poza wcześniejsze ustalenia – wypłynąłem pod osłoną nocy na swym drogim „Smaugu” w kierunku przylądka Stilo. Kurs obrałem na wrak duńskiego frachtowca „Frygt” (zaiste, ta nazwa od początku jawiła mi się jako ironiczny ukłon Opatrzności w naszą stronę, tj. Gwidona i moją, zaś wypadki, jakie miały miejsce później i które skłoniły mnie do rozpoczęcia niniejszego para-dziennika, tylko utwierdziły mnie w tym odczuciu). Na pokładzie, oprócz mnie, znalazł się także mój ekwipunek, między innymi jego najistotniejsza część, to znaczy przyrządy do nurkowania, albowiem zamierzyłem sobie przeszukać wrak na własną rękę (w obliczu dziwnego, już ponad tygodniowego milczenia Gwidona – mam nadzieję, że jest cały i zdrów), a oprócz tego również przytroczony do plecaka niewielki namiot, gdyż miałem zamiar rozbić po skończonej akcji obóz kilka kilometrów za przylądkiem, a rano jak gdyby nigdy nic powrócić do Łeby. Nieprzypadkowo rejs miał odbyć się pod osłoną nocy – Urząd Morski w Słupsku, któremu mam zaszczyt podlegać, zastrzegł kategorycznie, iż wszelkie przedmioty wyławiane z morskiej toni mają być bezzwłocznie zwracane odpowiednim władzom. A więc wyruszyłem, w myślach kilkakrotnie powtarzając wszystkie szczegóły swego planu, a przede wszystkim zasady przeszukiwania podwodnych wraków, które przyswoiłem sobie jakieś pół roku wcześniej podczas specjalistycznego kursu, na który twardą walutę zdołał skądś wytrzasnąć Gwidon.
Z portu wyszedłem około godziny 21. W pobliże zatopionego frachtowca dotarłem po 1,5-godzinnym rejsie przy korzystnym wietrze z północnego zachodu. Postawiłem jacht w dryf i zanurkowałem. Nie chcę tu tracić czasu na szczegółowe opisy wnętrza wraku, jednak gwoli ścisłości muszę przyznać, że wrażenie uczynił na mnie jak najbardziej ponure. Nigdy wcześniej nie czułem się tak bardzo samotny, tak bardzo przytłoczony, tak bardzo zagrożony i kruchy. Cel wyprawy udało mi się osiągnąć, a po ok. 70 minutach od zejścia pod wodę na pokładzie mego jachtu spoczęła sporych rozmiarów (i takiej też wagi) miedziana puszka, ozdobiona żelaznymi okuciami. Zziębnięty, zawinąłem ją w koc i odłożyłem do plecaka pod pokładem, z zamiarem przyjrzenia się jej dokładniej w wolnej chwili, kiedy już znajdę się na brzegu. Zgodnie z wcześniejszym zamiarem obrałem kurs na wschód, jednakże morze, które od czasu, kiedy zszedłem pod wodę, stało się niespokojne, jeszcze bardziej się rozszalało. Tym sposobem kilka minut później, kiedy zdecydowałem, że najrozsądniej będzie opuścić żagle, spora fala z potężną siłą rzuciła jachtem. Niczego więcej z owej nocy nie pamiętam.
Nie mam pojęcia, co się ze mną dalej działo, gdyż ocknąłem się dopiero następnego dnia (jak mniemam) o godzinie 9.37 (tak przynajmniej wskazywał zegarek, szczęściem wodoszczelny) na mieliźnie. Wokół na wodzie unosiło się kilka ubrań, strzępy żagli oraz fragment poszycia dna jachtowego. Niedaleko mnie w piachu zaryły się nędzne resztki sterburty, a wśród nich poniewierał się mój rozpruty plecak wraz z na pierwszy rzut oka nienaruszonym pokrowcem z namiotem. Tak jakby kolejny uśmiech losu, rzekłbym, lecz tym razem nieco bardziej serdeczny niż poprzednio.
Tymczasem dotarło do mej świadomości, że coś jest srodze nie tak. Dopiero po chwili zdołałem otrząsnąć się z chwilowego oszołomienia, jakie mnie ogarnęło, gdy uzmysłowiłem sobie, co tu nie pasuje. Mielizna, na którą mnie wyrzuciło, znajdowała się daleko w morzu! Naokoło mnie horyzont był płaski – wszędzie woda. Przez dłuższy czas kręciłem się bezradnie w kółko, ale rzeczywistość była nieubłagana. Najwyraźniej nocny sztorm okazał się większy, niż na to wskazywało, zaś mnie zniosło w głąb morza. Tylko co w takim razie robiły wokół mnie te wszystkie rzeczy? Przecież naturalnym jest, że nie powinno być po nich śladu. Po namyśle zdecydowałem się nie zaprzątać tym sobie więcej głowy i przyjąć wersję zdarzeń, w której kluczową rolę odegrał szczęśliwy zbieg okoliczności. Nie tracąc czasu zabrałem się zatem za wyławianie swoich rzeczy z okolicznych wód, odkrywając przy okazji, iż „moją” mieliznę okala coś w rodzaju pierścienia dalszych mielizn, które dzieli od mojej pas wód o szerokości jakichś 10 metrów. Po zbadaniu zawartości plecaka udało mi się ustalić, iż oprócz kilku przemoczonych ubrań od katastrofy udało się ocalić nienaruszony namiot, dwie butelki z wodą i jedną toniku, kompletnie bezużyteczny aparat fotograficzny (woda wdarła się do środka - pechozol), pudełko z kanapkami, trzy flary (bo nie jestem idiotą, żeby trzymać je bezpośrednio na jachcie) oraz wyłowioną z „Frygta” tajemniczą puszkę, która chwilowo stanowiła najmniej cenne znalezisko, choć nie ukrywam, że miło mieć świadomość, że wyprawa i straty jednak nie poszły na marne…
Ah, zapomniałbym – w wewnętrznej kieszeni starej kurtki mundurowej, którą miałem na sobie tej feralnej nocy, znalazłem scyzoryk, zamoknięty notes, w którym miałem zamiar naszkicować zawartość swego znaleziska oraz długopis. Jak kronika - to porządna, bo czyż nie? Nie znoszę półśrodków.
Tak oto znalazłem się sam na środku Bałtyku, zadając sobie fundamentalne pytanie: gdzie ja właściwie wylądowałem? I jak? to się stało? Drugie pytanie, jakkolwiek niewątpliwie ważkie, wydało mi się jednak podejrzanie filozoficzne. Postanowiłem skupić się wobec tego przede wszystkim na pytaniu nr 1, którego rozwiązanie mogłoby dać mi szansę na obmyślenie sposobu uwolnienia się jakoś z tej idiotycznej sytuacji. Wokół nie ma jednak ani jednego punktu orientacyjnego, który pozwoliłby mi na określenie przynajmniej w przybliżeniu swojej pozycji. Zdecydowałem więc, że poczekam do zmroku i odczytam ją, kierując się rozkładem gwiazd, przy okazji mając nadzieję, że uda mi się dostrzec światła przepływających w okolicy statków (w końcu w tych okolicach, jeśli to w ogóle są „te” okolice, biegnie sporo szlaków handlowych), a w efekcie skorzystać z flar.

26 (?) kwietnia, godz. 14.09

Jak dotąd żadnych zmian. Statków nie zauważyłem, choć wypatruję ich praktycznie przez cały czas. Z nudów rozejrzałem się nieco po najbliższej okolicy i udało mi się ustalić, iż mieliznę, na którą mnie wyrzuciło, da się obejść niemal bez przeszkód po okręgu, w najgłębszym miejscu zanurzając się niemal po szyję. Co do zasady jednak woda sięga do kolan. Prawdziwie osobliwa sprawa. Z zakamarków pamięci nie udało mi się również przywołać żadnej historii, żadnego opowiadania, które wspominałoby o podobnym miejscu w okolicy, w której mieszkam. Myślę, że kiedy już wreszcie uda mi się wydostać z tego dziwacznego miejsca, trzeba będzie powrócić tu i dokładnie je zbadać.
Tymczasem w najpłytsze, centralne miejsce „swojej” mielizny przyciągnąłem fragment kadłuba, po czym rozbiłem namiot, gdzie schroniłem się przed coraz dotkliwiej palącym słońcem. Swoją drogą upał, jak na tą porę roku, jest prawdziwie niespodziewany. Wnętrze namiotu wyłożyłem pokrowcem, który musiałem niestety rozerwać kilku miejscach, by uzyskać jak największą powierzchnię. Ułożyłem się dokładnie na deskach kadłuba, na których wsparłem całą konstrukcję – mam nadzieję, że nie zapadnę się zbyt głęboko w piasek oraz że woda nie będzie się wdzierać zbyt szybko do środka.
Dokonałem też wstępnych oględzin znalezionej puszki – na oko sądząc, waży jakieś 5-6 kilogramów. Kiedy nią potrząsać, coś jakby przesuwało się wewnątrz – ma się uczucie podobne do poruszania grzechotką, w której przesuwa się piasek, z tą różnicą, że tutaj ruch ten jest zdecydowanie wolniejszy i ciężar jest o wiele większy. Okucia wyglądają na rzeźbione, jednak wzory są nieczytelne i zatarte. Zapewne jest to skutek oddziaływania prądów morskich, piasku i słonej wody.

26 (?) kwietnia, godz. 19.40

Wciąż żadnych statków na horyzoncie. Zaczynam się lekko niepokoić, ponieważ nie jest to sytuacja normalna, a na pewno nie w tej części Bałtyku. Co prawda rozważałem przez chwilę możliwość, że może to być wina szerokiego obszaru mielizn, wśród których utknąłem, lecz tą teorię obaliłem empirycznie – ledwie półtorej godziny temu odpłynąłem poza zewnętrzny pas, otaczający mój „obóz”, na odległość ponad kilometra, ale żadnych innych płycizn nie było. Gdzie ja do cholery jestem?

PS. Puszka nie daje się otworzyć nożem.

26 kwietnia, godz. 20.12

Niebo zasnuły chmury – wygląda na to, że szlag trafił wszelką nawigację, co raczej nie napawa mnie optymizmem. Nie ma też za bardzo co liczyć na zmiany w trakcie nocy – praktycznie ustał wszelki wiatr. Przynajmniej jest szansa, że nie zatopi mi doszczętnie namiotu i prześpię się trochę. Rzecz jasna nie za dużo, bo nadal mam zamiar wypatrywać statków.
Przez chwilę rozważałem użycie jednej flary w ciemno, jednak zarzucę ten pomysł. Są zbyt cenne.
Została mi już tylko jedna kanapka i półtorej butelki wody. Błąd. Trzeba było się tyle nie opychać, a ryb łowić nie mam jak. Trzeba będzie wykombinować jakąś pułapkę, jeśli tak dalej pójdzie.
Zapadł już niemal całkiem zmierzch, więc dalsze zapiski będę kontynuować jutro.

27 kwietnia, godz. 8.07

Obudził mnie szum fal i woda, która wdarła się do wnętrza i zmoczyła mi twarz. Do teraz trzęsę się z zimna i za bardzo nie mam ochoty wyściubiać nosa poza namiot, zanim się nie zagrzeję.
Chyba mam przekrwione oczy z wycieńczenia– czuję, jak pieką i łzawią. I tak mam szczęście, że udało mi się zasnąć przynajmniej na chwilę nad ranem. Całą noc wypatrywałem świateł na horyzoncie, ale niczego nie zauważyłem. Omal nie wpadłem w panikę, kiedy uświadomiłem sobie, że w kompletnej ciemności znajduję się gdzieś na pełnym morzu. Kiedy w końcu wpełzłem do środka namiotu, by nieco odpocząć, szum wody – dotąd zawsze tak ulubiony i uspokajający – przyprawiał mnie o dreszcze. Kilka razy zrywałem się przerażony, gdyż zdało mi się, że morze porywa mnie w czarną, zimną i wilgotną otchłań.
Mój Boże, co za ziąb.

godz. 14.20

Czy wycieńczony do cna i niewyspany człowiek szybko dostaje halucynacji? Mam nadzieję. Gdyż w przeciwnym wypadku miej mnie w opiece, dobry Boże.
Nie udało mi się zagrzać w namiocie. Po jakimś czasie, który próbowałem zabić majstrując nożem przy wyłowionej z wraku puszce, drgawki nasiliły się, a przemoczone stopy stały się lodowate. Poczułem pierwsze objawy przeziębienia. Zjadłem kawałek chleba, który popiłem ohydną, zimną wodą z butelki i zdecydowałem się wyjść na zewnątrz, by rozgrzać się jakimiś ćwiczeniami i podjąć przerwane poszukiwania statków na horyzoncie. Przed wyjściem sprawdziłem jeszcze flary – do teraz wydają się nienaruszone i całkowicie sprawne.
Kiedy tylko postawiłem stopę poza swój rozchybotany namiot, struchlałem, poczułem – choć zdaję sobie sprawę, jak bardzo pretensjonalnie to brzmi – jak krew ścina mi się lodem w żyłach i zakręciło mi się w głowie. Wśród szarego nieba, pośród cichego plusku wód naokoło, na okalającym me obozowisko pasie mielizn rozstawiło się dookoła mnie pięć postaci, częściowo zanurzonych w wodzie.
Ich wygląd jest przerażający i groteskowy – niby ludzie, ale oblepieni czymś oślizgłym, ich złe, wodniste oczy nie posiadają źrenic, zaś powykręcane ciała pokrywają obrzydliwe, ropiejące, głębokie rany, ich skóra zaś, barwy błota, wygląda jakby gniła. Wiatr niesie od nich okrutny fetor, który sprawił, że początkowo zwymiotowałem, zaś moje wymiociny jeszcze przez jakiś czas unosiły się na falach niedaleko mnie.
Natychmiast rzuciłem się z powrotem do środka po nóż, lecz tamci pozostali na swoich miejscach, wpatrując się we mnie swymi ohydnymi i przyprawiającymi o dreszcze ślepiami. Wiem, że się powtarzam, ale ich wzrok kojarzy mi się z czymś pierwotnym i brutalnym, okrutnym dla samej przyjemności krzywdzenia bez powodu.
Jeden z nich siedzi i kołysze się w przód i w tył, reszta co jakiś czas znika w wodzie i ponownie pojawia się na powierzchni. Nie zanurzają się jednak w pasie wód, który oddziela mnie od nich, lecz po zewnętrznej stronie.
Piszę te słowa praktycznie na kolanie, ciągle kręcąc się dookoła i pilnując, czy nie zaczęli się zbliżać. W obydwu kieszeniach spodni mam flary – w razie czego mam zamiar się bronić. Nie mam pojęcia, jak przetrwam kolejną noc. Modlę się, by wreszcie pojawił się jakiś statek i oby pojawił się szybko. Co chwila się rozglądam, ale w obecnej sytuacji wygląda to cokolwiek beznadziejnie. Umieram ze strachu i z głodu.
Pogoda jest umiarkowana, niebo jest szare, ale jest dosyć ciepło – nawet dreszcze stały się rzadsze. Morze jest spokojne. Oni nie wydają z siebie praktycznie żadnego dźwięku, poza lekkim sapaniem – słyszę więc dobrze, kiedy któryś z nich porusza się za moimi plecami.
Choć prawdę mówiąc, doprowadza mnie to do obłędu.
Czym oni mogą być?
Udało mi się ustalić tylko jedno – ich uwaga skupia się natychmiast, kiedy wyciągam znalezisko z „Frygta”. Przeraża mnie jednak ich reakcja, gdyż wyglądają wówczas jak zwierzęta, które wypatrzyły łup, lecz z jakichś powodów powstrzymują się, by się nań rzucić.

godz. 19.35

To chyba już koniec. Na horyzoncie wokół nie pojawiło się dosłownie nic. Zapada zmierzch.
Słaniam się z wycieńczenia, ale muszę zostać przytomny. Znów mam lodowate stopy i dłonie, a mym ciałem wstrząsają dreszcze – pewnie mam już i reumatyzm, tak jak mieli go przez stulecia tutejsi Słowińcy.
Odrażające istoty wpatrują się we mnie intensywnie od momentu, kiedy z całej siły naparłem na nóż, by podważyć wieko tej przeklętej puszki. Ostrze ujechało i wyciąłem sobie cały kawał mięsa z dłoni, już prawie nie jestem w stanie poruszać kciukiem. Na szczęście ominąłem nadgarstek.
Myślę, że tej nocy nie przetrwam – jestem zbyt słaby, by walczyć w razie czego, a zmrużyć oka nie zdołam. Czuję, że z zapadnięciem zmroku zaatakują. Trzymam flary i nóż w pogotowiu. To zabawne, ale jakoś specjalnie mi nie zależy. Szum morza.

Widzę ich jeszcze, ale coraz mniej wyraźnie. Wyglądają na spiętych. Pod ręką mam butelkę po wodzie.

R.... (ostatnie słowo było zbyt niewyraźne, by je odtworzyć)

Nieoficjalnie wiadomo, że grupa krwi, do jakiej należała krew pokrywająca znalezisko, pokrywa się z grupą krwi zaginionego Joachima Stankiewicza.

Straż - propozycje
czwartek, 10 sierpnia 2006
Pogrzeb marynarza

14 maja 2006 roku, 17 kilometrów na wschód od latarni morskiej na przylądku Stilo, straż wybrzeża natrafiła na unoszący się na falach materac, podarty, częściowo rozłożony namiot typu igloo, zaryty w morskie dno kilka metrów od brzegu, rozrzucone na plaży ubrania oraz rozpruty plecak 80-litrowy firmy Campus.
Na zachód od przylądka, w pobliżu wraku duńskiego frachtowca „Frygt”, odkryto z kolei szczątki jachtu, będącego - sądząc po rozmiarach połamanego grota oraz kształcie resztek kadłuba - około 7-metrowym Conradem 24.
Policji udało się ustalić, iż zniszczony jacht, jak również znaleziony ekwipunek, należały najprawdopodobniej do niejakiego Jeremiasza Stankiewicza, 22-letniego mieszkańca Łeby, który zaginął w nocy z 25 na 26 kwietnia 2006 roku wraz ze swoim jachtem „Smaug”.
Ciała jak dotąd nie odnaleziono.

wtorek, 08 sierpnia 2006
Kierkegaard vs. Kuby

Całkiem niedawno świat obiegła sensacyjna wieść, że kardynał Ratzinger jakoby dał zielone światło książce pani Gabrielle Kuby, w której obnaża ona rzekome zagrożenia w książkach o młodym wychowanku Hogwartu. Mowa oczywiście o Harrym Potterze.
Przytoczmy zatem kilka cytatów, tak chętnie powtarzanych przez potterożerców przy przeróżnych okazjach.
„Nie mam pragnienia widzieć i opisywać diabła gdzie go nie ma, ale jeśli widzę na własne oczy, kiedy moja inteligencja i serce informują mnie, że diabeł jest namalowany na ścianie, nawet wtedy, gdy prawie wszyscy inni na tej samej ścianie widzą tapetę z kwiatami, wtedy czuje się zobligowana dać świadectwo prawdzie(…)To jest jak pewnego rodzaju publiczne kłamstwo” - to sama Kuby. Główny zarzut stanowi fakt, iż cykl ma zniekształcać pojęcia Boga i diabła w rozumieniu dzieci i młodzieży, a nawet wręcz uniemożliwia ich prawidłowe rozumienie.
„Dobrze, że wylałaś światło i poinformowałaś nas o znaczeniu Harrego Pottera”, "One (dzieci) stają się odcięte od Boga, źródła miłości i nadziei, w smutnych warunkach życiowych są bez fundamentu, który je wspiera – tracą one ducha zdolności, rozróżniania między Bogiem a diabłem i nie będą miały niezbędnej siły i wiedzy, żeby przeciwstawiać się kuszeniu szatana” - tym razem kardynał Ratzinger.

W tym miejscu od razu pragnę zaznaczyć, że moim celem nie jest de facto polemika z jakimikolwiek "argumentami" o treści książek - szczerze mówiąc i tak nie wierzę, że to cokolwiek da. Chciałbym się natomiast zastanowić, co właściwie wynika z powyższych wypowiedzi, a co więcej śmiem twierdzić, że ich właściwa treść jest zgoła inna, niż mogło by się wydawać na pierwszy rzut oka. Trochę to wynika z moich własnych doświadczeń, a trochę nie.

Na początek warto mieć w pamięci treść jednej z poprzednich notek, tej, gdzie jest mowa o walce każdego kolejnego pokolenia chrześcijan o swoją wiarę i poszukiwanie Prawdy.
Z tym dokładnie i w sposób ścisły zgadza się kardynał, czemu dał wyraz bodaj w "Wierze - prawdzie - tolerancji" (choć mogła to być inna kniga - nie jestem na 100% pewien).
Brak związku? Tylko pozornie. Idźmy dalej.

Jest w Stanach pewien facet. Zwie się M. Scott Peck i jest metodystą, tudzież psychiatrą. Z własnej praktyki wyciąga jasny wniosek - przychodzą do niego ludzie pokaleczeni psychicznie. Powód? Rozdźwięk między wiarą rodziców, którą wynoszą z rodzinnego domu i w początkowych latach przyjmują jako własną, a nagłą konstatacją, że to nie ich własna wiara i tej ostatniej muszą "szukać" sami. Ściślej ujmując powiada on, że nie ma ucieczki przez trudem odpowiedzi samemu sobie na pytanie: "w co wierzysz?". Nie ma ucieczki przed trudem własnego, indywidualnego poszukiwania Boga.

Przypomnijmy sobie teraz, co miał na myśli K. kiedy głosił, że chrześcijaństwo w swym wymiarze egzystenclajnym, który polega na sytuacji współczesności z Chrystusem, nie może i nie powinno być głoszone dzieciom. Pokrywa się to ściśle z obserwacjami psychiatrycznymi, dokonanymi m.in. przez Pecka - dziecko nie jest w stanie zrozumieć wszystkich kategorii, na jakich opiera się całość Prawdy chrześcijańskiej. Może jedynie przyjąć wiarę rodziców, która opiera się przede wszystkim na sile autorytetu, a Bóg jawi się jako swego rodzaju nad-autorytet.

Wracając teraz do wypowiedzi kardynała Ratzingera - wydaje mi się, że w tym momencie widać jasno, że nie chodziło o potępienie obrazu HP, jaki został nakreślony w książce Kuby, jako "demolującego" wiarę, lecz raczej jako coś, co może zagrozić owemu wzrastaniu do objęcia umysłem chrześcijańskiego wymiaru egzystencji poprzez infantylizację.
A nawet jeżeli nie to miał na myśli kardynał, to sądzę, że jest to jedyny sensowny zarzut przeciw HP w tej mierze.

czwartek, 03 sierpnia 2006
Corto Maltese w Łebie

Jo ho ho, piętnastu jezuitów na Lefebvra w skrzyni!

Witam Towarzystwo po przerwie i to bynajmniej nie Jezusowe :>
Swój ostatni przed wyjazdem wpis poświęciłem Kierkegaardowi. Jako, że lubię w życiu ciągłość (to tradycyjne takie), zatem wpis po przyjeździe również krótka notka w temacie osoby mistrza.

Otóż 1800 lat po Chrystusie jednym z dowodów na Jego boskość był tzw. dowód ze skutków życia - uważano, że skoro tak długi okres utrzymuje się Jego nauka, oznacza to, że prawdziwie był on Bogiem-Człowiekiem. Kierkegaard zdecydowanie przeciwstawił się takiemu rozumowaniu na kartach "Wprawek do chrześcijaństwa" (stając przy okazji w jednym szeregu z krytykami historycyzmu, ale nie o tym ma być mowa).

Dlaczego akurat o tym piszę? Ano dlatego, że pojawia się tu kilka myśli, z którymi musi się uporać każde kolejne pokolenie chrześcijan i tak będzie aż do skończenia świata.

Kazanie rozpoczyna Kierkegaard od przytoczenia słów z rozdziału 11-go Ewangelii według świętego Mateusza: "Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy obciążeni i utrudzeni jesteście, a ja wam dam odpocznienie". Zwraca przy w toku swych rozważań tym uwagę na dwa - jego zdaniem - decydujące akcenty w tym zaproszeniu:
a) zaproszenie skierowane jest do KAŻDEGO Z OSOBNA; nie ma człowieka, który zostałby pominięty (jak sam mistrz Soeren powiada - każda, najdrobniejsza nawet charakterystyka, dodana do owego "wszyscy" tylko zawężyłaby krąg zaproszonych);
b) sposób, w jaki Jezus ofiarowuje "odpocznienie" - nie na sposób ziemski, chciało by się rzec, a poprzez odpuszczenie grzechów.

Ale to nie wszystko - właściwy rdzeń myśli Kierkegaarda znajduje się w bardzo radykalnym stwierdzeniu, że "przyjmowanie postawy szacunku wobec Chrystusa z powodu 1800 lat skutków Jego życia jest niczym innym, jak tylko bluźnierstwem.
Sroga teza. Natychmiast poparta stwierdzeniem, że relacja z Chrystusem może być jedynie relacją współczesności. Jak stwierdza filozof: życie współcześnie z Jezusem, oglądanie Jego cudów i słuchanie Jego słów - w sposób nieznośny zmuszają człowieka do posiadania opinii.
W ten sposób współczesny chrześcijanin zostaje znokautowany konstatacją, że być może faktycznie nigdy tak do końca nie zastanawiał się nad tym, czy ten facet, który 2006 lat temu chodził po Palestynie, był rzeczywiście Synem Bożym. A to jest klucz do istoty rzeczy, owej egzystencjalnej istoty chrześcijaństwa, jak ją nazywał Kierkegaard.

Do tego wszystkiego należy dodać jeszcze jeden aspekt, jakim jest przyjęcie chrześcijaństwa bez zgorszenia (przy okazji - według Kierkegaarda jedyną prawdziwą opozycją jest opozycja wiara-zgorszenie; opozycja wiara-niewiara wedle niego w sposób zupełnie niuprawniony stwarza wrażenie, że człowiek może sobie pozwolić na postawę obojętności wobec Chrystusa, co jest nieprawdą).
Jest to możliwe jedynie wtedy, kiedy człowiek uświadomi sobie i przyjmie swoją własną nędzę i grzeszność. Wówczas jedynie będzie mógł usłyszeć i zrozumieć Zaproszenie, a chrześcijaństwo będzie dla niego pełne miłości i miłosierdzia, a Chrystusowe jarzmo "słodkie". W przeciwnym razie będą mu się jawić albo jako coś pożałowania godnego i banalnego, albo jako nieludzka straszliwość.