wtorek, 21 lipca 2009
Agenda Heretycka rozdział trzeci, ostatni

5. Całość dotychczasowych rozważań można chyba streścić za pomocą, jak nazwałem ją roboczo, osi eschatologicznej ;-)

Wygląda ona następująco:

 Zbiór po lewej obejmuje teologię tradycjonalistyczną, silnie związaną z konserwatyzmem i monarchizmem. Ów mix prowadzi co do zasady do negacji współczesności i skupienia się na tym, co było, trwając przy rzeczach uznawanych za niezmienne.

Po prawej mamy z kolei teologiczny modernizm, któremu w niniejszym cyklu nie poświęciłem uwagi ponieważ był już demolowany przez innych na wszelkie możliwe sposoby. Jego jednak jedna jego cecha, na którą imho warto zwrócić uwagę – jest to rewizja/odrzucenie dotychczasowej teologii, niejednokrotnie za pomocą pism Ojców, która rodzi dwojakiego rodzaju efekty: z jednej strony daje wspaniałe traktaty, w pełni zgodne z ortodoksją, a przy tym bardzo żywe w porównaniu z teologią scholastyków, a z drugiej – generuje jednocześnie bełkotliwą a`la-teologię. Często u jednego autora obydwa wspomniane typy teologii sąsiadują ze sobą w jednej książce, obejmującej jeden i ten sam temat.

Jako przyczynę takiego stanu rzeczy należy wskazać m.in. wspomnianą w części pierwszej mentalność, wspólną z tradi-konserwatyzmem, polegającą na odrzuceniu form zastanych, a która jest dla tej teologii nie tylko immanentną cechą, ale wręcz stanowi jej fundamentalny aspekt.

Obydwie postawy (obydwa zbiory), oprócz odrzucania zastanych form religijnych, są ze sobą podobne w pewnym zakresie pogardy - czasem mniejszej, czasem większej – wobec „niedouczonych” i „letnich” mas „zwykłych wiernych”.

Część wspólną obydwu zbiorów stanowią „katolicy kościółkowi”, mający największe możliwości jeżeli chodzi o rozwój duchowy. Nie odrzucają oni form zastanych, z tradycjonalizmu posiadają pewność prawdziwości otrzymywanej chrystusowej nauki i poczucie jej niezmienności, z „posoborowia” z kolei mają poczucie żywotności wiary i dynamiki drogi duchowej. Podobnie, jak ofiara Chrystusa objęła całość czasu i pozwala już po tej stronie uczestniczyć w przyszłej Bożej rzeczywistości, tak i „kościółkowi katolicy”, korzystając z niezmiennej nauki i sakramentów, są w stanie podążać za nimi i dzięki temu wzrastać w wierze i coraz pełniej pojmować Boga i jednoczyć się z Nim. Dynamika zakorzeniona w niezmienności, nie narażona na wyparcie się ani na skostnienie, ale żywa.

 6. Jeżeli prawdą jest, że właściwie rozumiana dynamika jest czymś naturalnym dla człowieka i jego egzystencji, wówczas częściowo dałoby się (chyba) wyjaśnić żywotność idei lewicowych i rewolucyjnych, oraz praktycznie pełny odwrót konserwatyzmu – rewolucja i lewica są dynamiczne, a przez to bardziej do przyjęcia. Nieistotne, że są błędne w sensie Joachima z Fiore. Walka z pozycji konserwatywnego monarchizmu jest skazana na przegraną.

7. Dla „zwykłego” wiernego najlepsza byłaby w takim razie postawa całkowicie (lub niemal całkowicie) apolityczna (moja micha i moje podwórko, władcy niech robią co chcą byle dali spokój). Mentalność polityczna w każdym wydaniu (monarchizm, demokratyzm, lewica, prawica itd.) ma bowiem tendencję do wchłaniania w siebie całej reszty postaw i idei w charakterze narzędzi, a co za tym idzie – rodzi poważne zagrożenie, że przeważy nad kwestiami religijnymi i je wypaczy.

8. Na zakończenie coś z zupełnie innej beczki – rzecz dotyczy konwersji z katolicyzmu na prawosławie i na odwrót. Jest to krok, którego nie jestem w stanie pojąć. Chodzi bowiem o to, że – mając w pamięci, że chrześcijaństwo cechuje silny apofatyzm oraz że zarówno na Wschodzie, jak i Zachodzie sakramenty są ważne a sukcesja apostolska ma swoją ciągłość – wymagałoby to tak wielkiego roszczenia odnośnie posiadania pewności w sprawach Bożych, że w zasadzie nie potrafię sobie wyobrazić, że ktoś, posiadający już wiarę, byłby w stanie odważyć się świadomie zanegować swoją tradycję jako na pewno błędną. Inaczej mówiąc: skąd się bierze prozelityzm? Od razu podkreślam, że nie kupuję za bardzo wersji związanych ze statusem społecznym itp.

Być może ktoś z czytelników będzie miał ochotę i zaproponuje satysfakcjonujące rozwiązanie. Ale to tylko zadanie z dedukcji na marginesie, przypominam.
niedziela, 19 lipca 2009
Agenda Heretycka rozdział drugi

Przypominając, że rozważania tyczą się głównie perspektywy wiernych świeckich, poniżej serwuję dalszą ich część. Voilla:

2. U Ojców Kościoła można zauważyć dwutorowe podejście do ludzkiej egzystencji jako takiej: z jednej strony życie jest ciągiem odrębnych zdarzeń, z których każde wymaga dokonania przez człowieka wyboru pomiędzy życiem i śmiercią (stosowny namiar biblijny), pomiędzy grzechem i postępowaniem zgodnie z wolą Boga; z drugiej zaś strony życie jest całością i dzięki dokonywanym wyborom ludzkie serce (stanowiące istotny symbol) może ulegać zmianom – w kierunku dobra lub zła.

Ludzka egzystencja ma w tym spojrzeniu swoją dynamikę i ta dynamika jest dla niej czymś konstytutywnym. Współgra ona z chrześcijańskim apofatyzmem, w którym zjednoczenie z Bogiem odbywa się nie w drodze jednorazowego zdobycia pełnej wiedzy o Nim, lecz jest stopniowym wstępowaniem – jest procesem, wchłaniającym w siebie całą osobę ludzką, a nie tylko władze rozumu.

Jeżeli przyjąć podobną perspektywę, pamiętając przy tym, że mistyka i dogmat nie są czymś rozbieżnym, lecz wzajemnie dopełniającym się, nie jest w konsekwencji czymś nadzwyczajnym uznanie, że Objawienie jako takie jest czymś więcej niż tylko jego zapis w Piśmie, że w swojej strukturze zawiera nie tylko objawiającego Boga, lecz także słuchającego Go człowieka, oraz że istnieje tu element napięcia i wspomnianej dynamiki – moim zdaniem wszystkie owe elementy powodują, że rzeczywiście można mówić sensownie o zmianach w rozumieniu dogmatów i nie będzie to równoznaczne z uznaniem, że można manipulować ich wewnętrznym sensem. Po prostu będzie to oznaczało stopniowe pogłębianie pojmowania Boga i oczyszczanie własnej i kościelnej ortopraksji.

3. Podobne podejście jest jednak traktowane w środowiskach tradycyjnych z najwyższą podejrzliwością. Weźmy na przykład pismo „Zawsze Wierni” – podobne koncepcje określane są tam jako niebezpieczny modernizm i subiektywizm, wypaczający wiarę i powodujący relatywizację nauki Chrystusa. Jest to błędne podejście. W tej chwili jednak chciałbym zwrócić uwagę na aspekt w zasadzie poboczny, jednak dobrze ilustrujący naturę tej kontrowersji. Mianowicie, rozumienie Tradycji o Objawienia w środowiskach związanych z tradycją katolicką jest w dużej mierze statyczne. Są one rozumiane jako coś, co zostało dane raz, w całości – Duch Święty nie pomaga w tym ujęciu Kościołowi na drodze rozwoju, lecz raczej „przypomina” treści już posiadane bez pogłębiania ich rozumienia. Jest to podejście, które cechuje pełna zachowawczość, na próby teologii uwzględniającej proces reagujące często bardzo agresywnie.

4. Przyczyn takiego, a nie innego stanu rzeczy jest imho kilka, z których dwa wydają mi się najważniejsze.

Po pierwsze, jeżeli wspominani obrońcy Tradycji o ludziach współczesnych powiadają czasem, że mają „chore umysły”, to ich samych należałoby określić „umysłami postsuarezjańskimi”.

Ciekawostka – znienawidzony przez tradycjonalistów Rahner jest jednym z prominentnych przedstawicielem nurtu teologii, który uprawia ją na filozoficzny sposób Suareza.

 Akwinata w swym dziele dokonał nie tylko syntezy teologicznej i odnosił się do Ojców, ale przede wszystkim jego dzieło należy czytać jako całość, by rozumieć jego teologię właściwie. Niestety, jego mniej zdolni intelektualnie następcy, uwiedzeni stosowaniem przez św. Tomasza ścisłych definicji i precyzyjnego języka, rozebrali jego teologię na różne działy i kierunki, i stworzyli system podobny do nauk przyrodniczych, gdzie każda dziedzina studiowana jest częstokroć sama w sobie, w mniejszym lub większym oderwaniu od reszty.

Akwinata został przez swych następców wyrwany z patrystycznych i apofatycznych korzeni, a jego teologią zaczęto posługiwać się jak filozofią. Bóg w Trójcy Jedyny i Jego Objawienie szybko podzielili los Boga filozofów i stali się konieczną Pierwszą Zasadą, niezmienną i którą w zasadzie nie trzeba sobie zaprzątać głowy z racji faktu, że wszystko jest tu raz na zawsze ustalone z żelazną logiką, tylko jedzie się dalej z teologicznym koksem.

Ponownie – statyczność.

 Po drugie, tradycjonalizm katolicki przeważnie historycznie ściśle wiąże się z monarchizmem, stanowiąc metafizyczne zaplecze monarchii. Z tym większą siłą dzieje się to współcześnie, gdy monarchizm i konserwatyzm są ukierunkowane historycznie i nie odgrywają większej roli, odrzucając współczesność w sposób czasem niemal histeryczny („szaleństwo rewolucji”, „szaleństwo współczesnego naukowego rozumi” itd.). Wiara i teologia łatwo mogą stać się w takich warunkach więźniem naukowych analiz, w których króluje zasada sprzeczności.

W konsekwencji twierdzenia teologii „przedsoborowej” nie są analizowane całościowo, uwzględniając kontekst historyczny, teologiczny i co właściwie chciano w nich powiedzieć, ale w ruch idzie wspomniana zasada sprzeczności i jeśli jakieś zdanie pozornie przeczy jakiemuś innemu zdaniu, to uznaje się iż jedno musi być heretyckie, a drugie prawowierne.

Teologia i wiara rozumiane są w tych warunkach na sposób wyraźnie prawno-karny (efekt prawa rzymskiego i zachodniej koncepcji grzechu pierworodnego?), statyczny i służą raczej walce ze znienawidzonym demokratycznym wrogiem, jako kolejne narzędzie służące dowodzeniu jego wynaturzenia. Konserwatyzm, a konkretnie jego postać odrzucająca „romantyzm” jako herezję, buduje sztywny system, równie mechaniczny jak systemy Suareza i jego kolegów, który w swoich analizach wydaje się być bardzo bezradnym, kiedy trzeba spojrzeć na sprawy wiary w sposób obejmujący całość egzystencji i w zanadrzu oferuje głównie negację.

 C.D.N.

wtorek, 14 lipca 2009
Agenda Heretycka rozdział pierwszy

Dzisiejsza moja notka jest wynikiem mocnego myślowego offtopikowania, jakie przydarzyło mi się przy okazji poirytowania kolejnym, napotkanym w sieci, flejmem pomiędzy tzw. tradsami i novusowcami. Wiele wątków wymaga jeszcze dalszego uściślenia, stąd będzie to raczej coś w rodzaju agendy z wyznaczonymi kierunkami, gdzie w tegoroczne wakacje pobłądzą badania esthelowskie, niemniej jednak powstał już pewien szkic który mam zamiar właśnie przedstawić.

1. Obydwie strony, zwalczające się namiętnie na okoliczność stosunku do dziedzictwa Vaticanum Secundum (w szczególności na tle zaistniałych po soborze zmian liturgicznych), w kwestii argumentów na rzecz własnej opcji (oraz służących zdyskredytowaniu oponenta) przelały już prawdziwe morze atramentu i generalnie wieje tu przeraźliwą nudą dla postronnego obserwatora. Daje się zauważyć pewien kanoniczny zestaw zarzutów, pretensji i dowodów, który przewija się praktycznie przy każdej okazji i nie zanosi się, by w najbliższej przyszłości którakolwiek ze stron przedstawiła jakieś świeże spojrzenie.

Tym, co naprawdę interesujące, jest istnienie w tej materii pewnego klinczu, którego teoretycznie nie powinno wcale być – można by się raczej spodziewać, że ostatecznie jedna ze stron ostatecznie przeważy, ponieważ ich argumentacje są na pierwszy rzut oka wystarczająco rozbieżne, aby o jakiejś ich wzajemnej syntezie nie było mowy. Krótko mówiąc – jedna ze stron powinna w końcu zaliczyć nokaut, przynajmniej techniczny.

Nic takiego jednak nie ma miejsca; wspomniany klincz rzeczywiście istnieje i, mimo płomiennych wystąpień zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie, głoszących rychłe ostateczne zwycięstwo, wcale nie zanosi się na to, by został rozwiązany.

Przyczyn tego stanu rzeczy należy szukać w Nowym Testamencie, a konkretnie studiując zachowanie i mentalność Apostołów oraz tych ludzi w Izraelu, którzy podążyli za Chrystusem. Natychmiast uwidoczni się różnica pomiędzy nimi a zwalczającymi się wzajemnie tradsami i novusowcami: polega ona na stosunku do zastanych form religijnych. U Apostołów i uczniów brak było przeświadczenia, że są one nieadekwatne i należy je zmieniać – byli jednak otwarci na ich oczyszczanie i pogłębianie ich rozumienia, dzięki czemu byli w stanie przyjąć Chrystusa jako Mesjasza (istnienie takiego podejścia wśród ludzi jest zresztą koniecznym warunkiem sensowności jakichkolwiek misji). Dziś powszechne jest raczej podkreślanie nowości chrystusowego orędzia, głównie dla celów apologetycznych (ma to dowodzić, że Chrustus naprawdę żył i nie mogli  wymyślić galilejscy rybacy); zapomina się jednak przy tym często, że Chrystus samym sobą wypełnił to, co zapisano w Starym Testamencie, nie zaś znosząc go w sensie diametralnej odmiany.

Inaczej jest u wspomnianych zwaśnionych stron. Jedni odrzucają to, co wydarzyło się w Kościele po soborze, drudzy – to, co było przed nim. I jedni, i drudzy bardzo często używają też specyficznego wyrażenia, opisując swój stan przed świadomym przystąpieniem do którejś z opcji słowami: „dawniej, gdy byłem zwykłym, nieświadomym wiernym…”, lub za pomocą czegoś pokrewnego. Pomijając fakt, że takie podejście to prosta droga do acedii, taka forma negacji rzeczywistości, w której się funkcjonuje, a więc nie dążąca do pogłębiania swojej wiary w przeświadczeniu że to, co proponuje w danej chwili Kościół, daje pełnię środków służących zjednoczeniu z Bogiem (które mogłoby być w konsekwencji realizowane zarówno na drodze „tradycjonalizmu”, jak i nowych ruchów), lecz zasadzająca się w dużej mierze na przekonaniu o konieczności zmiany kursu, w jakim podąża Kościół, a także grzebania w zastanych formach religijnych, nie ma zbytniego poparcia w Piśmie Świętym, jest również sprzeczna z zaleceniami Ojców odnośnie cnoty pokory. Jest po prostu w sensie duchowym bardzo niebezpieczna.

Uprzedzając spodziewany zarzut związany z rzekomym odrzuceniem zastanych form przez Apostołów po Zmartwychwstaniu (rezygnacja z obrzezania itp.) – nie było to odrzucanie form w ten sposób, w jak dokonują go tzw. tradsi i novusowcy, lecz właśnie ich wypełnianie w związku z pogłębionych rozumieniem, wynikającym z dialogicznego charakteru Objawienia – po prostu, było to nic innego, jak tylko osławiony organiczny rozwój. O tych kwestiach więcej jednak w następnej notce.

Z powyższego dysonansu wynika moim zdaniem podskórna niechęć „kościółkowych  katolików” (wspaniały termin, ukuty swego czasu przez Szczepana Twardocha – mam nadzieję, że nie obrazi się że go sobie tutaj pożyczyłem ;) ) do dwóch zwaśnionych stron. „Kościółkowi katolicy” są bowiem przeświadczeni o stosowności form zastanych i szukają po prostu uświęcenia, bez ciągłego ustawiania się w opozycji do „czegoś” bądź „kogoś”. Wyczuwają, co jest w wiadomym sporze nie tak, choć zazwyczaj nie są tego w stanie sprecyzować.

Niestety, przez fighterów tradycji tudzież holy rollersów są przeważnie postrzegani jedynie jako poczciwa, swojska, ciemna masa (w mocno zawoalowanej formie przejawia się tu fałszywy, choć kuszący podział na wtajemniczonych mistyków, którzy pojęli istotę rzeczy i korzystający z przepisów, działający be głębszej refleksji lud).

C.D.N.