sobota, 26 lipca 2008
Ci wspaniali mężczyźni w swoich bujanych fotelach

Fotel (koniecznie wygodny) to najbardziej rodzinna, ciepła rzecz, jaką wymyślono. Pierwsza, która przychodzi mi na myśl kiedy ktoś zapyta o skojarzenia ze słowem dom. W fotelu matka ceruje ubrania synom. Dzieci wdrapują się nań ukradkiem, żeby poczuć się na chwilę jak dorośli. Ale przede wszystkim ojciec rodziny w fotelu pyka fajkę, sprawdza dzienniczki, pisze wiersze o żonie i czytuje Pismo Święte, popijając herbatą.

Fotel to Shire – a człowiek w nim jest pogodny, nie bez pewnej dozy trosk, lecz zawsze spokojny i pogodzony z życiem. Taki też dawniej bywał mężczyzna.

A potem nastał Lepszy Świat i mężczyznę wygnali do Mordoru, każąc zarabiać na rodzinę, a nie ją utrzymywać, odnosić sukcesy, a nie przezwyciężać przeciwności, a w końcu postawić sobie pomnik, zamiast choć trochę wpłynąć na innych. Mówiąc krótko – posłali go na wyprawę, ale zapomnieli dać mu pierścień i nie powiedzieli, gdzie mógłby go zniszczyć, gdyby jednak go znalazł.

 

W ponowoczesności nie jest dobrze zbyt dużo czytać; jeszcze gorzej jest w coś do końca wierzyć. Największą zaś herezją jest dystans do dystansu i branie rzeczy na serio.

Ponowoczesny mężczyzna musi być skuteczny w realizowaniu narracji mężczyzny-realisty. Powinien wstydzić się Batmana, czytywać literaturę faktu, czy też czuć się zobligowanym do tłumaczenia się z ewentualnych dziecinnych (bo czy sen o nocnym locie na grzbiecie Falkora może być poważny) fantazji. I głośno ośmieszać własne marzenia, jeśli już się z jakimś zdradzi w towarzystwie, żeby broń Boże nikt nie pomyślał że pozwala sobie na oddawanie się bredniom.

Wpojono mu przesąd, że dojrzały znaczy to samo co nie posiadający złudzeń i nie wierzący w nic ponad to, czego może dotknąć tu i teraz.

A przecież powinien uwierzyć raczej Ojcom Pustyni, którzy zaświadczyli choćby o tym, że centaury i ich pobratymcy przybywali tłumnie by pytać o Nowinę. To, że nie przychodzą dziś, nie jest wcale dowodem na to, że byli wymyśleni. Po prostu nie ma dziś nikogo, kto mógłby udzielić im odpowiedzi. Niech ludzie znów zaczną widzieć świat takim, jaki naprawdę jest, a tamci wrócą.

 

Prawdziwy mężczyzna o tym wie. Widzi, gdzie leżą w życiu prawdziwe zmagania i po „walce” na rynku zaczyna wreszcie robić coś pożytecznego po powrocie do domu. Wie, kiedy powinien rzeczywiście udowadniać że jest coś wart – oraz że o wiele łatwiej jest zostać trzydziestoletnim dyrektorem, niż powiedzieć dziecku kilka zdań które sprawią, że nie pozwoli w życiu łatwo się złamać.

A tymczasem przesiaduje co trzeci wieczór (kiedy stare problemy już rozwiąże, a nowe jeszcze nie narosną) przez kilka chwil w fotelu  z książką i bawi go myśl, że przez resztę świata został desygnowany na nieszkodliwego dziwaka, którego cała życiowa mądrość bierze się z książek i dziecinnych bajek. Oczywiście, lubią go bo sympatyczny z niego gość; może nawet dzięki nim dojrzeje wreszcie i stanie twardo na ziemi.

Frajerzy.

- Ty bezmózgi, krokodyli, zębaty czerepie, ty lewicowy prawniku jedzący swoje kupy… jak pierwotniak cierpiący na zazdrość wobec Piotrusia Pana!

wtorek, 22 lipca 2008
poniedziałek, 21 lipca 2008
Kto próbował zamordować polską fantastykę?

Przed chwilą skończyłem czytać świetne "Galeony wojny" Jacka Komudy, któymi autor udowodnił niezbicie, że "Oprawca" nie był tylko jednorazową perełką i wypadkiem przy pracy. Widać też jego warsztat historyczny i masę odwalonej roboty - potwierdzi to każdy, kto choć raz w życiu, będąc na Kaszubach, spróbował wniknąć nieco głębiej w dzieje i charakter tego regionu. Tego się nie zapomina. Nie zapomniał i Komuda, dziękując w dedykacji Chrystemu Globusowi (czyli Augustynowi Neclowi) za jego kaszubskie bajania, które zaprowadziły tego pierwszego na pisarską drogę.

Okręty są tu prawdziwe, drewniany pokład kaleczy bose stopy, wiatr jest porywisty, fala krótka a ostrza robią krzywdę. Nawet zapachy się zgadzają. Ktokolwiek był nad dzikim polskim morzem, tego zmysły i pamięć zaświadczą za Komudą i jego prozą.

Ale nie o tym chciałem.

"Galeony", porównywane z "Opowieściami z Dzikich Pól", czy też "Wilczym gniazdem", a więc z najpierwszymi dziełami w literackim dorobku Komudy, dowodzą nie tylko jego rozwoju jako pisarza, ale obnażają też przykrą prawdę o polskiej literaturze fantastycznej, którą potwierdzają coraz to kolejne produkcje rodzimych autorów (z naprawdę nielicznymi wyjątkami). Konkretnie chodzi mi o manierę fabularną wprowadzoną bodajże przez Sapkowskiego już w pierwszych opowiadaniach o wiedźminie, polegającą na jednoczesnym odbrązowianiu mitów i wzorców, pokazywaniu że ludzie to w rzeczywistości szelmy, ale nade wszystko - na obsesji wywoływaniu u czytelnika rozdarcia i żalu, poprzez udowanianie że żadne cuda się nie dzieją, bohaterowie giną, ratunek nie nadchodzi, życie już takie jest że daje kopa w dupę zamiast zasłużonej zapłaty, etc., etc.

Wspomniane pierwsze dzieła Komudy też takie były. Nie ustrzegli się tego grzechu i inny autorzy. A grzechu dlatego, że w połączeniu z używanym przez nich fantastycznym sztafażem, zabiegi te są po prostu nużące i mocno nieautentyczne. Tragiczny heros - ok. Tragiczny heros, który, okazuje się, wcale nie jest herosem - po co to czytać?

W "Galeonach", trzymając się wciąż przykładu pana Jacka, jeszcze pobrzmiewają echa tej skrajnie realistycznej pokusy (w końcu powieść jest ogólnie rzecz biorąc historyczna), ale los nie zawsze jest okrutny. Polska szkoła fantastyki zostaje mocno złagodzona i w efekcie czytelnik dostaje coś naprawdę wartego uwagi.

W ogóle uważam, że wzorem balansu między brakiem złudzeń co do rzeczywistości, a ideałami, jest kapitam Alatriste Perez-Revertego. Stary wiarus, który nie wierzy w Boga i doskonale wie, że królowie i wielcy tego świata to skurwysyny, a jednak wciąż klęka do modlitwy, nie dlatego że wciąż poszukuje, co to to nie, ale doskonale wie że bez tych symboli egzystencja pogrążyłaby się w chaosie. To jest wiarygodny bohater. Szkoda, że Sapkowski i jego naśladowcy nie przerobili tej lekcji.