czwartek, 20 lipca 2006
Kaznodzieja z Kopenhagi

Wyjazd w najbliższą sobotę nasunął mi pewną myśl. Oto nigdy nie wiadomo, co wydarzy się w drodze. Kiedyś ludzie przemieszczali się dużo wolniej i przypuszczam, że nawet zdarzało im się do tego podchodzić trochę głębiej. Chodzi mi o ten stary gest, który zachował się jeszcze w niektórych miejscach, niektórych domach: znak krzyża, uczyniony wodą święconą na czole tego, który opuszcza dom i wyrusza, nieważne dokąd. A że jestem człowiekiem o wielokrotnych skokach myślowych, skojarzyły mi się tu dwie rzeczy.
Po pierwsze, na drodze napotyka się rozstaje. A o rozstajach Kierkegaard napisał kiedyś piękne słowa.
Po drugie,pozostającym na miejscu też należy się jakieś pożegnanie. Dlatego pozwoliłem sobie w ostatniej notce przytoczyć te słowa Kierkegaarda. Być może ktoś odnajdzie w nich coś dla siebie.
No, to jedziemy.

Zaproszenie stoi u rozstaju dróg, tam gdzie droga grzechu odchodzi od gaju niewinności – o, przyjdźcie, wy, którzy tak blisko Niego jesteście; jeden jedyny krok na innej drodze, a będziecie od Niego nieskończenie daleko. Być może nie doświadczacie jeszcze potrzeby odpoczynku, być może nie rozumiecie, co to znaczy; ale mimo to idźcie za zaproszeniem, aby Zapraszający mógł was wybawić od tego, od czego tak trudno i niebezpiecznie być zbawionym, abyście jako zbawieni mogli pozostawać z Nim, który jest Zbawicielem wszystkiego, również niewinności. Ponieważ gdyby było możliwe, aby gdzieś niewinność była doskonale czysta, to nie potrzebowałaby zbawiciela, który potrafiłby ocalić ją od zła!

Zaproszenie stoi na rozstaju dróg, tam gdzie droga grzechu coraz głębiej wiedzie do grzechu. Przyjdźcie do Mnie wy wszyscy zagubieni i poplątani, jakiekolwiek byłoby wasze zagubienie i wasz grzech, najbardziej wybaczalne w oczach ludzi, a mimo to być może najbardziej straszne lub najbardziej straszne w oczach ludzi, a mimo to być może najbardziej wybaczalne; te, które zostały ujawnione tu na ziemi, lub te, które pozostały ukryte, a mimo to znane w Niebie. A gdybyście znaleźli na ziemi przebaczenie, jednak bez pokoju w waszym wnętrzu, lub nie znaleźlibyście przebaczenia, bo go nie szukaliście, lub szukaliście go na próżno: powróćcie, przyjdźcie do Mnie, tu jest spoczynek!

Zaproszenie stoi na rozstaju dróg, tam, gdzie droga grzechu skręca po raz ostatni i znika z oczu w zatraceniu. Powróćcie, powróćcie, przyjdźcie do Mnie; nie bójcie się trudów powrotu, bez względu na to jak trudny on jest; nie bójcie się trudnej drogi nawrócenia, bez względu na to jak mozolnie prowadziłaby do zbawienia; podczas gdy grzech w uskrzydlonym locie, z coraz większą szybkością pędziłby do przodu, lub w dół, tak łatwo, tak nie do opisania łatwo: tak łatwo, podobnie jak koń, całkowicie uwolniony od ciągnienia, nawet całą swoją mocą nie mógłby zatrzymać wozu, który pędzi ku przepaści. Nie rozpaczajcie nad każdym nowym upadkiem, który Bóg cierpliwości ma cierpliwość przebaczać, byleby grzesznik potrafił się wobec Boga ukorzyć. Nie, nie bójcie się niczego i nie rozpaczajcie. Ten, który mówi: „Przyjdźcie”, On wam towarzyszy w drodze, od Niego jest pomoc i przebaczenie na drodze nawrócenia, która prowadzi do Niego, i u Niego jest odpoczynek.

Przyjdźcie wszyscy! U Niego jest odpoczynek; On nie czyni trudności, On czyni tylko jedno: otwiera swoje ramiona. On cię wpierw nie zapyta, ciebie, który cierpisz, jak, niestety, czynią to sprawiedliwi ludzie, nawet gdy chcą pomóc: ty sam nie jesteś może winnym swojego nieszczęścia, nie masz nic do zarzucenia sobie? To takie łatwe, takie ludzkie, sądzić wedle tego, co zewnętrzne, na podstawie rezultatu: sądzić, gdy ktoś jest kaleką, jest zdeformowany, ma niekorzystną powierzchowność, że ergo jest złym człowiekiem; sądzić, gdy ktoś jest wystarczająco nieszczęśliwy, by cierpieć w świecie zło, gdy staje się niczym, lub powodzi mu się coraz gorzej, ergo, to jest zły człowiek. Właśnie na tym polega wyszukany rodzaj okrutnej rozkoszy, [płynącej z] chęci odczuwania wobec cierpiącego swojej własnej sprawiedliwości, z wyjaśniania jego cierpienia karą Bożą nad nim (J 9,2). W ten sposób nawet nie ośmiela się mu pomóc, albo zadaje mu owo sądzące pytanie, które pochlebia własnej sprawiedliwości, gdy się udziela pomocy.

Ale On nie zapyta cię w ten sposób, nie chce być w okrutny sposób twoim dobroczyńcą. I jako grzesznik, świadom jesteś, że On nie zapyta cię o to; nie złamie trzciny nadłamanej (Mt 12,20), lecz podniesie cię, gdy się z Nim zjednoczysz; nie naznaczy cię przeciwieństwami, pozostawiając cię samego, tak by grzech twój był jeszcze bardziej straszny. On da ci u siebie schronienie, i ukryje w sobie, ukryje twoje grzechy. Bo On jest przyjacielem grzeszników (Mt 11,19). Wobec grzesznika nie tylko zatrzymuje się, lecz otwiera ramiona i mówi „Przyjdź!”. On nie stoi i czeka jak ojciec, który oczekiwał syna marnotrawnego (Łk 15,11-32), On jak pasterz idzie szukać zagubionej owcy, podobnie jak kobieta zgubionej drachmy (Łk 15,8). On idzie, więcej, On już poszedł, poszedł nieskończenie długą drogą: od bycia Bogiem do stania się człowiekiem, poszedł, by szukać grzeszników!

środa, 19 lipca 2006
Słowińcy wkraczają do akcji

Ciało nieszczęsnego Gwidona znaleziono na zachód-południowy zachód od Góry Łąckiej - najwyższej wydmy, leżącej w udostępnionej dla turystów części Słowińskiego Parku Narodowego. Jej wysokość zmienia się w zależności od kierunku i natężenia wiatrów, i wynosi ponad 40 metrów nad poziomem morza.

Uważny obserwator zauważy, że kilkanaście kilometrów dalej, dokładnie w linii prostej w kierunku południowo-zachodnim, spośród wydm, bagien i lasów wyrasta Rowokół, ok. 155 metrowe wzniesienie, zwane też czasem "Świętą Górą Słowińców".

W czasach średniowiecznych i jeszcze wcześniej, gdy w okolicy nie było jeszcze latarni morskich, Rowokół, z racji dogodnego położenia (9 km od plaży) często spełniał rolę punktu orientacyjnego dla przepływających okrętów.

W czasach pogańskich z kolei, w miejscu tym sprawowano dawne kulty, prawdopodobnie poświęcone Swarożycowi. Po przyjęciu przez Mieszka I chrześcijaństwa świątynię starych bogów spalono do gołej ziemi, stawiając w jej miejscu kaplicę z obrazem Najświętszej Maryi Panny, który szybko stał się celem licznych pielgrzymek, jakie docierały doń z całej ówczesnej Europy. W czasach reformacji w XVI wieku kaplicę opuszczono, zaś kosztowności w niej się znajdujące rozkradziono.

W tym okresie na Rowokole, jak podają annały, zagnieździli się zbójcy i obrali to miejsce jako bazę wypadową.

Do dziś na wzgórzu zachowała się jedynie kapliczna wieża, ta sama, która ułatwiała swego czasu nawigację żeglarzom. Resztki zburzonej kaplicy wykorzystano do budowy kościoła w Smołdzinie.
Na wschodznim zboczu wzniesienia znajduje się stanowisko archeologiczne z wczesnośredniowiecznym grodziskiem pierścieniowatym z IX-XI wieku, obwiedzionym wałem obronnym.
Dokładnie dwa lata przed tragicznymi wydarzeniami miał miejsce ponury skandal, albowiem jeden z archeologów próbował wykraść znalezione na miejscu przedmioty dawnego kultu pogańskiego. W tym celu ciężko ranił koleżankę po fachu i uciekł z łupem. Złapano go pól roku później w Amsterdamie, gdzie zamknięto go w zakładzie dla obłąkanych. Skradzionych przedmiotów nie odnaleziono.

Wunderwaffe?

W czasie II wojny światowej Niemcy hitlerowskie bardzo szybko opanowały obecne polskie wybrzeże. Niemal natychmiast wykorzystano fakt, iż ziemie te były jeszcze bardzo słabo rozpoznane przez wojska alianckie i przystąpiono do budowy tajnych poligonów, gdzie testowano nowe bronie.

Jeden z takich poligonów miał należeć do Luftwaffe, której inżynierowie nie zdołali przeprowadzić do końca swych sekretnych badań przed wybuchem wojny. W tym czasie istniały już wielorakie projekty militarne, zajmujące tereny od Zatoki Lubeckiej aż po Mierzeję Kurońską. Uruchomione były również: obszar doświadczalny Peenemuende Wschód i Zachód, strzelnica przeciwlotnicza Wustrow, jak i strzelnica wojskowa Ruegenwalde. Obszar wokół Gdańska i Gdyni był miejscem nazbyt uczęszczanym, jeszcze dalej na wschód osiadły natomiast wojska marynarki wojennej.
Z tego powodu wybór padł na niewielki pas wybrzeża przy małej miejscowości Łeba, gdzie przybywali ci, którzy nie szukali luksusów i wygody, lecz raczej pięknych i dzikich terenów, nie skażonych ludzką obecnością.

Budowę poligonu doświadczalnego rozpoczęto w styczniu 1941 roku. Do tego celu oddelegowano na miejsce prac przedstawiciela firmy Rheinmetall-Borsig z Dusseldorfu, zajmującej się badaniami dotyczącymi rakiet na potrzeby Rzeszy, Herr Heinricha Huppertza. Objął on funkcję kierownika.

Początkowo obiekty budowano w rejonie Starej Łeby, później jednak prace przenoszono stopniowo na zachód. W efekcie powstał kompleks obejmujący obszar ciągnący się na przestrzeni ok. 5 kilometrów wzdłuż wybrzeża, w zakres którego wchodziły budowle o różnym przeznaczeniu, z dzisiejszej perspektywy nie zawsze klarownym.
W zakres owego kompleksu wchodziła tzw. wyrzutnia główna, na której tuż po ukończeniu budowy hitlerowcy rozpoczęli eksperymenty z rakietami, które miały zostać elementami wielostopniowego pocisku balistycznego ziemia-ziemia o kryptonimie „Rheinbote”, co oznacza „Posłaniec Renu”. Równolegle do opisanych działań prowadzono już próby z różnymi rodzajami prototypów bomb, zrzucanych do jeziora Łebsko.

Sytuacja uległa zmianie w roku 1942, kiedy to firma Rhenmetall-Borsig otrzymała zlecenie na opracowanie całkowicie nowego typu rakiety przeciwlotniczej. Rakieta otrzymała kryptonim „Rheintochter” („Córka Renu”). W celu wykonania zadania rozbudowano dotychczasowy, istniejący kompleks wyrzutni o nowe, specjalne stanowisko, które umiejscowiono na ówczesnym zachodnim jego krańcu.
Doraźnie wykorzystano również przebudowaną lawetę działa przeciwlotniczego, kaliber 88 mm.

Pierwszą próbę rakiety „Rheintochter” naziści przeprowadzili w maju 1943 roku. Dalszych 50 sztuk przetestowano do listopada roku 1944. Ówczesny model nazwano w skrócie R1 i do budowy wykorzystywano silniki na paliwo stałe. Ostatnie wystrzelenie rakiety „Rheintochter” zanotowano w Łebie dnia 18 stycznia 1945 roku.

Co istotne, Niemcy nie zdołali dotrzeć do decydującej fazy prowadzonych badań, którą zwieńczyć miało skonstruowanie tajemniczego modelu R3. Nie zachowały się żadne konkretne dane, które byłyby w stanie wytłumaczyć ogromne podniecenie, jakie da się wyczuć w notatkach hitlerowskich inżynierów, jakie dotrwały do dnia dzisiejszego. Wiadomo jedynie, iż model R3 miał wykorzystywać napęd mieszany – startować przy wykorzystaniu silników na paliwo stałe, lot zaś miał się odbywać przy pomocy silnika na paliwo ciekłe.

„Rheintochter” nie był jedynym projektem, realizowanym przez nazistów w wybudowanym kompleksie. Pracowano tu również nad rakietą przeciwlotniczą o nazwie „Feuerlilie” („Lilia”). W tym celu dokonano dalszej rozbudowy kompleksu. Istotą programu było rozpoznanie zalet i wad różnego rodzaju systemów sterowania oraz czynników, jakie wpływają na mechanikę lotu rakiety.

Usiłowano również skonstruować działo rakietowe o kalibrze 600 mm. Miało ono posłużyć do ostrzelania Londynu. Jak można się domyślić, wymagało to kolejnej rozbudowy wyrzutni, również w kierunku zachodnim. Wybudowano zatem betonową platformę, na której zamontowano ogromna lufę o wadze przekraczającej 100 ton. Nie zdołano jednak rozpocząć prób z działem przed zakończeniem wojny.

Dnia 25 stycznia 1945 roku zostaje wydany rozkaz ewakuacji poligonu. Większość sprzętu zostaje wywieziona koleją, w kilkudziesięciu wagonach towarowych. Wykorzystany został również transport drogą morską.
Celem ewakuacji było dotarcie do miejscowości Karlshagen, leżącej na wyspie Uznam. Plan spalił jednak na panewce, hitlerowcy zaś zmuszeni byli kontynuować ucieczkę dalej na zachód, tym razem na poligon w pobliżu miasta Wismar, należący do Luftwaffe. Tutaj ślad się urywa.
Ostatnia grupa opuściła poligon w Łebie 6 marca 1946 roku, ratując się ucieczką do Gdyni, stamtąd zaś drogą morską na zachód. Do tego czasu porzucone wcześniej zabudowania były już wykorzystywane przez wycofujące się niemieckie wojska frontowe.

Krótko przez wkroczeniem na teren Łeby Armii Czerwonej (które – nota bene – nastąpiło 10 marca) część obiektów i pozostałego na terenie kompleksu wyposażenia wylatuje w powietrze.

W następnych latach teren zostaje objęty ścisłym państwowym nadzorem.

wtorek, 18 lipca 2006
Herzlich wilkommen, Herr Kommandant!

Mniej więcej na rok przed tragicznymi wydarzeniami, pan Gwidon Derewecki zatrzymał się na kilka dni w hotelu "Neptun" w Łebie. W rozmowie z pracownikami udało się ustalić, iż szczególnie zainteresowany był historią tego miejsca. Zdołali zapamiętać owego jegomościa głównie dlatego, że praktycznie bez przerwy indagował ich w związku z tematem.

Co wobec tego można powiedzieć o tej budowli, skoro wzbudziła w zamordowanym tak żywe emocje?

Gmach hotelu wnosi się tuż przy samej plaży, na wschód od kanału przecinającego miasto, niemal 400 metrów na prawo od wejścia na plażę "A". Jego budowę rozpoczęto w roku 1903, nie bacząc na niebezpieczeństwo sztormów, zaś do użytku został oddany, jak wspominają archiwa, dnia 24 września 1907 roku.

I rzeczywiście - "Niedźwiedzia Fala", potężny sztorm, który szalał w okolicy od 9 do 11 stycznia 1914 roku, niemal do szczętu wypłukał skarpę wydmy, na której mieści się hotel. W efekcie pierwszy właściciel już nazajutrz po sztormie wystawił budynek na sprzedaż.

O należyte zabezpieczenie zadbał dopiero następny właściciel "Neptuna", pan Maximilian Nitschke. Ów na równi majętny jak i wpływowy człowiek wyłożył na stół twardą walutę, za którą zakupiono nasiona i zasadzono mnóstwo drzew wokół gmachu. Efekty widać do dzisiejszego dnia, albowiem hotel otacza piękny sosnowy las. Herr Nitschke zapewniał również pracę tubylcom - każdego roku na wiosnę kilkaset rąk dokonywało refulacji plaży.

W owych czasach hotel cieszył się uznaniem niemieckich wyższych sfer, wśród których zwany był potocznie "Kurhausem". Dzięki temu udało się zdobyć dodatkowe fundusze, by na plaży przed budynkiem wybudować solidną, betonową zaporę. Stopniowo jednak owiewała go zła sława, gdyż zaczęli doń zjeżdżać oficjele NSDAP, a później SS, w tym sam Hermannn Goering.

Jak udało się ustalić, właśnie okresowi, gdy do "Neptuna" nader często zjeżdżali hitlerowcy, zmarły pan Gwidon poświęcał najwięcej atencji. Czym jednak mogła być ona spowodowana?

Tego nie wiadomo.

poniedziałek, 17 lipca 2006
Tajemnica piasków

11 stycznia 1558 roku potężny sztorm niemal całkowicie zmiótł z powierzchni ziemi Starą Łebę. W ciągu kilku kolejnych lat reszty dokonały przemieszczające się wydmy. Dla ówczesnych mieszkańców osady było jasne, że siły natury są nieubłagane i trzeba zacząć wszystko od nowa w innym miejscu. Osiedlili się zatem 2 kilometry na południowy wschód od swych poprzednich domostw. W nowym miejscu ich prawnuki żyją do dziś.

447 lat później, jakieś 7 kilometrów na zachód od dzisiejszego miasta Łeba, znaleziono nienaturalnie zmasakrowane zwłoki mężczyzny. Na podstawie uzębienia ustalono, iż był to niejaki Gwidon Derewecki, podróżnik i himalaista z Tychów. Policji udało się ustalić, że dnia 22 kwietnia 2006 roku opuścił pole namiotowe i udał się w kierunku słynnych na całą Europę ruchomych wydm, gdzie najwyraźniej rozbił nielegalny obóz w miejscu, gdzie turyści nie mają wstępu. Nie doczekał świtu.

Przy zamordowanym nie znaleziono wiele. Manierkę z wodą, małą piersiówkę z koniakiem, rozszarpany czymś, co wyglądało na pazury śpiwór, podstawowy sprzęt polowy oraz koc. Odnaleziono również niewielką tulejkę na listy. Niestety, ta również była do cna zniszczona. Jedynym, co zdołało się zachować, to oddarty fragment zapisanej pismem odręcznym kartki.

Treść rzeczonego fragmentu, jak nietrudno się domyślić, natychmiast przedrukowała lokalna gazeta. Brzmiał on następująco: "(...) myśl, że budowla, o której Pan pisze, mogła być wzniesiona przez zakon Krzyżacki w średniowieczu. Nie wydaje się to jednak prawdziwe, gdyż o ile mi wiadomo - a zaznaczam, że swego czasu bardzo interesowałem się historią tych stron - oficjalne archiwa milczą na ten temat. Gdyby jednak to przypuszczenie okazało się trafionym, oznaczałoby to, iż tutejsze tereny musiały cieszyć się wśród Zakonu nielichą sympatią, by wznosić tu coś równie okazałego. Jednak, jak już wspominałem, osobiście podchodzę do tej koncepcji sceptycznie.
Tutaj chciałbym się zapytać, czy jest Pan pewien, czy rzeczywiście to, co Pan odnalazł, było kościołem i czy widział Pan jakiekolwiek sym
(...)"

Oczywiście nie mogło chodzić o ruiny dawnego kościoła, jedyną pozostałość po Starej Łebie. Swoją drogą warto zwrócić uwagę, iż miasto rozrosło się na tyle, by na powrót dotrzeć do wcześniej opuszczonych terenów.

Istnieje również lokalna legenda, która mówi, że zatopiony w morzu dzwon z wieży starego kościoła bije za każdym razem, gdy ma przydarzyć się jakieś nieszczęście. Są tacy, którzy zarzekają się, jakoby owej koszmarnej nocy z 22 na 23 kwietnia gdzieś, jakby w oddali, rozlegało się szaleńcze "bim bom".

sobota, 15 lipca 2006
Daisho

W końcu dane było mi przeczytać swój pierwszy w życiu tom Usagiego Yojimbo. Szef katowickiego "Imago", sam wyznawcą owego dzieła będąc, namówił mnie na rozpoczęcie od "Daisho". Załatwił mnie tym na amen.

Po lekturze nasunęło mi się kilka spostrzeżeń (poza tym najważniejszym, tzn.: "żądam więcej!" ;>). Oto one:

1. Wreszcie zrozumiałem, z czego tak naprawdę nabijał się Terry Pratchett w "Muzyce duszy", kiedy Śmierć mówił o dźwięku, jaki wydaje jedna klaszcząca dłoń.

2. Pojedynki. Japcy na ogół przegrywali z szermierzami europejskimi. Z prostego powodu, który doskonale widać w "Usagim" - nie znali w zasadzie technik obronnych. Potyczki trwały krótko, znawcy tematu potwierdzają, że najprawdopodobniej były szybsze, niż dzisiaj jesteśmy sobie to w stanie wyobrazić, a opierały się głównie na tym, kto pierwszy skutecznie uderzy przeciwnika. Swoją drogą ta świadomość możliwości nagłej śmierci i pogodzenie z nią wyjaśniają, skąd u samurajów brało się zamiłowanie do poezji.

3. Wiedźmiński trick ze strzałą :>

4. Wrażenie, że tłumacz co nieco zawalił sprawę - miałem przed oczami kilka oryginalnych plansz i styl angielszczyzny Stana Sakai jakoś nie pozwala mi wierzyć, że w oryginale występują takie zwroty, jak np. "z buta go".

5. Dwie wspaniałe kwestie:

- "Świat jest pełen głupców. Wziąć uprzejmość za słabość".

- "Przyszedłem po moją duszę, Fuji".

Szczególnie to drugie zapadło mi w pamięć. To jakby kwintesencja tego, co dzieje się z nami na ziemi - nieustanna walka o to, by nie zatracić tego, kim się naprawdę jest i zdecydowane "nie" dla tych, którzy starają się rozmienić nam życie na drobne.

Podsumowując: chylę czoła przed panem Sakai.

czwartek, 13 lipca 2006
Symbolika sandała - krótko i ku pamięci

Przed zbliżeniem się do gorejącego krzewu, Mojżesz został wezwany do ściągnięcia sandałów. Dlaczego? Otóż sandał, uczyniony ze skóry martwych zwierząt, jest tu symbolem tego, co śmiertelne i ziemskie. I czego należy się wyrzec, obcując z Tym, który jest samym Życiem. Należy rozumieć to dwojako: jedynie ten, kto się straci, zyska siebie. Również nadmiar martwych rzeczy, to znaczy dobytku, jest balastem na drodze.

I jeszcze krótka uwaga w kwestii celibatu - jest to najbardziej dobitny z możliwych dowód, że kapłan zatraca siebie i swoje indywidualne, ziemskie zapatrywania, a staje się rzecznikiem Kogoś innego.

Sacrificium intellectus

Porządna kontrowersja jest jednak najlepszym generatorem notek :>

Tym razem myśl o rozumie i głoszeniu, i rzut oka na istotę formacji kapłańskiej. Na czym ona polega? Otóż na niczym innym, jak staniu się narzędziem. Na staniu się "żywym kamieniem", którego Bóg użyje do budowania Swej świątyni (luknijta no do 1 P 2,5). Ważna tu jest wyraźna forma bierna - to nie ja buduję dla, ale jestem używany przez Tego, do którego wszystko należy.

Jak to się przekłada na głoszenie? Otóż chodzi o to, by Słowo, dane człowiekowi od Boga, stało się jego własnym. By jego doświadczenie wiary uczyniło go kimś, kto całym sobą "czuje" sens i treść owego Słowa.

W związku z tym właściwa kolejność wygląda następująco: najpierw jest wiara, później rozum. Nigdy odwrotnie. Nie jest tak, że człowiek znajduje myśl, którą potem jakoś wyraża. Najpierw jest wiara i Słowo, a dopiero później przychodzi myśl. Rozum jest narzędziem Słowa i w Jego dyspozycji pozostaje, nie działa zaś samodzielnie.

Tutaj warto przytoczyć słowa ojca P.H. Kolvenbacha, który wspomniane podporządkowanie nazywa sacrificium intellectus. Według niego "zdolność przepowiadania zależy w pierwszym rzędzie nie od wiedzy, lecz od osobistego wejścia kapłana w Ciało Chrystusa i od wczucia się naszego rozumienia w przekazywane Słowo Boże".

środa, 12 lipca 2006
Pokuta c.d.

Widzę, że wpis w kwestii pokuty wywołał kontrowersje. Co oznacza, że problem jest faktycznie palący. Zatem dorzucam kilka dodatkowych uwag. Panie i Panowie, jedziemy.

Na początek może przyjrzyjmy się, czym jest wymiar indywidualny pokuty. Niech pomocą będą tutaj słowa, jakie jeszcze przed reformą liturgiczną wypowiadał kapłan przed przyjęciem Komunii (dzisiaj została ona nieco zmieniona i de facto zatracił się w dużej części jej sens). Oto kapłan powiadał: "Panie, nie patrz na grzechy MOJE, lecz na wiarę TWOJEGO Kościoła".

Dwie kwestie mają tu szczególne znaczenie. Po pierwsze, bardzo ważny jest indywidualny aspekt wyznania, że jest się świadomym swojej grzeszności. Nie rozmywa się to w jakiejś nieokreślonej wspólnocie, lecz odnosi do konkretnej osoby, z jej konkretnym życiem i konkretnymi czynami. Ukazuje się tu istota związku człowieka z Bogiem, którą dosadnie wyraził Kierkegaard, dając odpór Heglowi. Powiedział on mianowicie, że "co prawda społeczeństwo jest sumą jednostek, jednak jednostka, z racji swej relacji z Bogiem, wyrasta ponad społeczność i staje się od nie większa i ważniejsza". To mamy na myśli, mówiąc o jednostkowym nawróceniu i jednostkowej pokucie.

Druga rzecz, jaką należy tu na marginesie zauważyć, to to, że Kościół jako Corpus Christi wykracza poza i jest czymś więcej niż sama wspólnota ludzi. Dlatego należy dobrze zastanowić się nad słowami "wiara Twojego Kościoła". Chodzi generalnie o to, że zatraca się gdzieś sens, kiedy wiarę zaczyna się traktować jako coś osobistego, do czego dochodzi się jedynie samemu i czego treść ustala się jednostkowo. Łatwo przy takim podejściu zapomnieć, że w rzeczywistości treść wiary Kościoła została nam tak samo objawiona i dana "z góry", jak dana "z góry" została nam liturgia (o czym wiedza demoluje całkowicie wszelkie, nawet najbardziej huczne, próby tworzenia jej przy tzw. biurku).

Ale do rzeczy. Powróćmy z kolei do wymiaru wspólnotowego pokuty. Kardynał Ratzinger przypomina w tym miejscu słowa Jezusa, który rzekł (Mt 12,39): "To plemię żąda znaku. Ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza".

Co zatem działo się z Jonaszem? Kardynał zwraca uwagę na jedną rzecz. Oto gdy Jonasz dociera do Niniwy, zapowiada miastu zagładę i nawołuje do pokuty. Dla jej mieszkańców sens jest jasny: przywdzianie szat pokutnych, modlitwa, post.

To jest właśnie istota pokuty wspólnotowej. Bierze ona początek od indywidualnego uświadomienia sobie grzechów jej członków, ale jako wyznawcy Pana dają wspólnie i publicznie wyraz temu, że to Jego przebaczenie jest dla nich priorytetem, że są Jego ludem i Jemu w pierwszej kolejności poświęcają swe życie, a nie tzw. mamonie i sprawom tego świata.

Gdy się nad tym uważnie zastanowić, wówczas pozorna antynomia między wymiarami indywidualnym i wspólnotowym znika.

Na koniec dygresyjka (oczywiście zainicjowana przez kardynała :>): Jonasz niniwitów, a i Jezus żydów, czy Apostołowie pogan, nie nawracali w głównej mierze przez fechtunek na argumenty, ale świadczyli z całą mocą i odwagą, i poprzez wstrząs. Jak pisze kardynał: wstrząśnięty wiarą świadek swój wstrząs komunikuje innym.

Swoją drogą pamiętajmy też o triadzie, która od początku drogi Izraela służy ludziom w dotarciu do spraw Pana: poście, jałmużnie i modlitwie.

wtorek, 11 lipca 2006
Krótka uwaga w temacie pokuty
Dziś dane było mi dowiedzieć się, co właściwie nie klapuje w życiu ludzi naokoło, a co można wyczuć niemal podświadomie, ale trudno nazwać wprost. Znów potwierdziło się, że warto czytać kard. Ratzingera.

Może na początek należałoby wyjść od tego, co jest tak charakterystyczne dla wyznawców innych religii. Najlepiej od krajów islamu, gdyż tam interesujący nas aspekt widać aż nadto wyraźnie. Chodzi konkretnie o wielkie, powszechne tam czynności pokutne (wiadomo, co co chodzi - między innymi o chlastanie się po czerepie nożami i takie tam historie). Bardzo rzucają się w oczy dwie sprawy. Po pierwsze, zwrot "czynić pokutę" jest tam bardzo wyraźnie zrozumiały i od razu wiadomo, do czego konkretnie się odnosi. Po drugie - pokuta owa ma charakter ogólnospołeczny. Innymi słowy ma ona konkretne przełożenie na życie wspólnoty muzułmańskiej.

Kiedy to sobie uświadomić, wówczas boleśnie rzuca się w oczy fakt, że my w zasadzie nie tylko nie do końca już rozumiemy, czym pokuta właściwie jest, ale i traktujemy ją jako coś prywatnego.

To bardzo przypomina zapędy tych, którzy swego czasu próbowali zawłaszczyć sobie Sobór Watykański Drugi, aby wprowadzić w życie swoje przekonania, tudzież zrewidować co tylko się da i oczyścić katolicyzm od tego, co "przestarzałe i pochodzące nie od Boga, a od instytucji".

Generalnie chodziło o to, by spowiedź odbywała się publicznie (co wynikało z niezrozumienia istoty publicznego wyznawania grzechów, którego ślady można napotkać w Listach Apostolskich, a które de facto zachowywało jak najgłębszy wymiar indywidualny, odnosząc się stricte do nawrócenia konkretnej osoby), zaś pokuta była czymś indywidualnym. Zanegowano w ten sposób wszystko to, co Kościół od swgo początku uznawał za oczywiste. Zresztą, wystarczy spojrzeć na Wschód by dostrzec, że również i tam zachowała się wierność właściwemu rozumieniu tych dwóch podstawowych dla chrześcijaństwa aspektów.

Podsumowując, to wyznanie grzechów winno mieć charakter indywidualny, pokuta także wspólnotowy. Czynienie pokuty przez całą społeczność chrześcijan ma przygotować nas i wychowywać do życia w przyszłym, odnowinym Jeruzalem.

Tutaj narzuca się moja refleksja, że jednak udało się stłamsić pokutę i wtłoczyć w te skrajnie indywidualistyczne ramy. A to się potem odbija na całym podejściu do tego, czym właściwie jest życie wiarą. Efekt jest taki, że w Kościele człowiek modli się i wyznaje wiarę żarliwie, a kiedy na forum publicznym (np. na jakiejś imprezie) powie "ja wierzę i Kościół w tej a tej sytuacji naucza od zawsze, że...", to zaczyna się czuć skrajnie dziwacznie.

Moja teza jest taka, że jesteśmy co do zasady zindoktrynowani rozdziałem religii od państwa. I generalnie pozwalamy swoją wiarę tłamsić w sobie samych. A bez wychowania, jakim są właśnie świadomość grzeszności i podejmowanie pokuty, wiara nasza nie ma się na czym opierać i zanika, coraz głębiej chowając się do szuflady z napisem "sprawy prywatne i prywatniejsze".

Na koniec chciałbym jeszcze dodać pewną myśl, jaka bardzo pasuje do poprzedniego wpisu w temacie proroków. Prorok, jako ktoś, kto wyjaśnia wolę Boga, jest jakby twórcą ikony, który przekazuje innym właściwe Światło.

To mi przypomina myśl arabskiego mistyka, Al-Gazalego (który nota bene rzekomo uśmiercił w islamie zasadę sprzeczności), który napisał w "Niszy Świateł", że Boga należy szukać nawet w najmniejszych Jego odbiciach. Porównał to do światła słońca, które odbija księżyc, które następnie wpada do pokoju, załamuje się w lustrze, pada na ścianę i dopiero jako delikatna aura oświetla śpiących. Szukajmy zatem tej aury gdzie tylko się da.

 
1 , 2