wtorek, 24 czerwca 2008
Tenanga

W dwa lata od głośnego zaginięcia młodego Joachima Stankiewicza, do jego rodzinnego miasta przybywa agentka tajemniczej organizacji zwanej przez ludzi Strażą.

Bywalcy "Pubu Wiking" zarzekają się, jakoby jej największym zainteresowaniem cieszyło się miejsce, gdzie początek wzięła cała tragedia - mielizna, na której zatonął frachtowiec "Frygt", którego złowrogi wrak leży tuż pod powierzchnią fal.

Podobno w tym samym czasie w mieście pojawiła się również nieznana nikomu dziewczyna,  ukradkiem rozpytująca się o zaginionego.

Kim są dwie kobiety i do czego zmierzają?

I najważniejsze - co się stało z Joachimem?

PS. Do urlopu zostało mi już tylko 19 godzin, 5 umów, 3 cesje i jeden weksel. Hurra!

sobota, 21 czerwca 2008
Pomidorówka z ryżem

Skutki precedensowego, publicznego mordu na dziecku 14-latki z Lublina dały dotąd niespotykane w kraju nad Wisłą skutki. Mieliśmy oto pierwsze od niepamiętnych czasów tak wyraziste zajęcie postaw przez osoby publiczne i zwykłych ludzi, głos dzielących włos na czworo był tym razem zignorowany i kompletnie zagłuszony (co zresztą jest jedynie słuszną opcją wobec takiej postawy).

Tym, co powinno nas jednak najbardziej interesować, jest to co wydarzyło się w samym Kościele, będącym stroną sporu. Granatem wrzuconym w tłum okazała się inicjatywa Tomka Torquemady z Forum Frondy, który wpadł na pomysł by pisemnie zadać biskupowi Zimowskiemu proste pytanie: czy jego diecezjanka, min. Ewa Kopacz, w wiadomej sprawie zaciągnęła ekskomunikę latae sententiae łamiąc kanony 1398 oraz 1329 §2 Kodeksu Prawa Kanonicznego. Padła również prośba, by odpowiedź ogłosić publicznie, ponieważ cała historia również była nagłośniona.

Co się okazało – kwestia listu mocno skłóciła samą społeczność wiernych, których część mocno oburzyła się „mową nienawiści” i „nawoływaniem do ekskomuniki” (spuśćmy zasłonę milczenia na fakt, że żadnego nawoływania być nie mogło, ona ewentualnie nałożyła się „sama”). Także ze strony duchownych pojawiły się głosy, jakoby „zwolennicy życia powinni raczej skupić się na promowaniu życia” (sic!).

Krótko mówiąc: proste żądanie konsekwencji w swoich poczynaniach i wypowiedziach, skierowane do hierarchii i szeregowych wiernych, okazało się skandalem.

Co mogło być przyczyną?

Przyczyna takich a nie innych dyspozycji ludzi wobec konkretnych problemów leży w samym centrum ich światopoglądu i przekonań. W kwestii, którą poruszamy w tej krótkiej notce, nie jest inaczej. Sednem sporu między „chorymi z nienawiści” chrześcijanami a ich „empatycznymi” współwyznawcami jest postrzeganie Chrystusa, nie inaczej.

By lepiej zrozumieć, o co chodzi, dobrze jest przeczytać uważnie odpowiedź, jakiej Jan Paweł II (którym obóz nowoczesnych katolików lubi od czasu do czasu wytrzeć sobie twarz) udzielił na pytanie o to, czy aby „Kościół nie za często obawia się iść w ślady swojego Mistrza”. Kontekst dotyczył spotkania z Samarytanką, podczas którego Chrystus miał wskazać jej grzech, a jednocześnie „powierzyć jedno ze swych najpiękniejszych orędzi”, w tym sensie, że Prawo miałoby „ustępować miłości”.

W tym pytaniu dokładnie wyrażono to, co mówią i myślą krytycy Tomka T. Jest to głos Kościoła, który zapamiętał tylko Kazanie na Górze i Hymn o Miłości.

Co odpowiada papież na takie postawienie sprawy?

Odpowiada krótko: sprawy owe nie mają takiego związku, jaki został zasugerowany.

Mianowicie, Chrystus jeśli łamie zwyczaje, to żydowskie (rozmawia z kobietą, do tego Samarytanką itd.), lecz w odniesieniu do Prawa nie pomija żadnej joty.

Pytanie o Samarytankę zataja moment, w którym Chrystus powiada do niej: „Miałaś pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem”.

Podobnie w przypadku jawnogrzesznicy: do jej prześladowców mówi „kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień”, ale do niej samej -  „idź i nie grzesz więcej”.

Grzech zawsze zostaje nazwany po imieniu i dopiero po jego odrzuceniu przez człowieka (Samarytanka wyznaje Mu „wszystko, co popełniła”) następuje prawdziwa przemiana.

Jej podstawą jest skrucha i pokuta. Ani jedno przykazanie nie „ustępuje miłości” u Chrystusa.

Jak powiada Jan Paweł II: miłość jest wymagająca i nie ma innej drogi, a Kościół, jeśli nie dość podąża za swym Mistrzem, to tylko w tym, że ci, od których się wymaga, nie zawsze czują się dotknięci miłością.

Wnioski, jak sądzę, nasuwają się same.
piątek, 13 czerwca 2008
O fałszywym exodusie i nie tylko

Wydarzenia związane z najnowszą odsłoną wojny o prawo do legalnej aborcji na życzenie,  w szczególności zaś świadectwa dziewczyn, które zdecydowały się na zabieg, a które to wyznania przy okazji ujrzały światło dzienne, dają bardzo klarowny obraz współczesnej ludzkiej kondycji.

Okazuje się bowiem, że na samych stronach organizacji "pro-choice" znaleźć można wypowiedzi, które dowodzą niezbicie że sterylny, akademicki slang, posługujący się zawsze bardzo technicznymi określeniami typu „płód”, „zygota” itp., i mający za zadanie ustawiać odpowiedni kontekst sytuacyjny, według którego zabieg przerwania ciąży jest czymś w zasadzie pozostającym poza ramami etyki i moralności i przynależącym do sfery, nazwijmy to, technologii i czystego ratio, że cała ta otoczka jest po prostu fikcją. Kobiety, które zdecydowały się na zabieg, otwarcie mówią o „zabijaniu dziecka”, bólu łączącym się ze stratą i wyrzutach sumienia. Jednocześnie jednak mówią też, że uczyniły właściwie w sensie racjonalnych przesłanek oraz że mimo rozpaczy czują jednocześnie ulgę.

Wbrew zaklęciom postępowców z dobrych domów, osoby dotknięte aborcyjnym nieszczęściem nie zatracają naturalnych instynktów, które mówią im że stało się coś nienaturalnego i złego, i w większości przypadków potrafią dokładnie to opisać. Mimo to jednak, współczesny człowiek w macierzyństwie, które dla jego przodków było gwarancją przetrwania i dalszego życia rodziny, radością i swego rodzaju przedłużeniem własnej egzystencji o egzystencję potomstwa, dziś jest równoznaczne niemal ze śmiercią sensu stricto.

Pojawia się pytanie: czym jest to coś, co popycha nowoczesnego człowieka do obłędnej decyzji, by wbrew sobie czynić coś, co uważa za złe i jednocześnie w końcowym rozrachunku pozwala mu uznać, że owa decyzja niesie więcej korzyści i jest bardziej wartościowa niż cena, jaką przychodzi zapłacić, to jest niż rozpacz i wyrzuty sumienia?

Wydaje mi się, że centralnym punktem jest zeświecczone, a przez to karykaturalne poszukiwanie exodusu, który po odrzuceniu Boga staje się poszukiwaniem wyzwolenia od jak największej liczby ograniczeń, tu i teraz. Zmiany tak dla życia fundamentalne, jak np. małżeństwo, narodziny dziecka, czy nawet mniej istotne, jak choćby wybór studiów czy pierwszej pracy, stają się nieznośne, a odpowiedzialność, jaka się z nimi wiąże i konieczność przyjęcia ich konsekwencji, stają się czymś nie do pomyślenia.

Chrześcijanin swego exodusu upatruje w zjednoczeniu z Bogiem, które może mieć miejsce już w życiu doczesnym i w ten sposób antycypować to, co wydarzy się w eschatonie. W ten sposób chrześcijanin szczęście ma zawsze przed sobą i wykracza w przyszłość.

Człowiek współczesny ma do dyspozycji tylko doczesność, co oznacza, że nadzieja wiąże się z tym, co nadejdzie przed momentem fizycznej śmierci, a więc szczęście jest w zasięgu ręki jedynie dla młodych i odpowiednio przygotowanych, by je zdobywać. To dlatego tak wielką wagę przykłada się obecnie np. do takiego wykształcenia, by mieć później jak największe spektrum możliwości wyboru. Taki sposób myślenia, odpowiednio napędzany przesądami jakoby wszyscy byli równi i każdy, absolutnie, mógł dokonać wszystkiego, co mu się tylko zamarzy i, co więcej, że to mu się właściwie należy, prowadzi w efekcie do agresywnej negacji wszystkiego, co wiąże człowieka w jakikolwiek sposób i co wymaga przyjęcia pewnych stałych punktów odniesienia w życiu. Tym bardziej, jeśli pewne wydarzenia przychodzą z zewnątrz, jako w pewien sposób narzucone woli.

Kult „szczęśliwej doczesnej przyszłości” powoduje też m.in. brak zainteresowania starością. Życie starca bowiem nie przedstawia żadnej wartości w tym ujęciu, bo jedynym, czego się spodziewa, jest śmierć. Starość jest trucizną nadziei.

Tak oto wygląda fałszywy exodus, który jest udziałem współczesnych ludzi (teologów wyzwolenia też, tak przy okazji).

Skąd się bierze – na to pytanie, myślę, warto poszukać odpowiedzi. Na pewno będzie wielotorowa.

Mnie osobiście współczesność przypomina nieco oficjalną walkę człowieka o uznanie prawa do popełniania grzechu pierworodnego. Ale to już temat na osobny wpis.