sobota, 16 czerwca 2007
Steampunk marynistyczny

Mniej więcej rok temu usłyszałem o facecie nazwiskiem Mieville. Jest to pisarz steampunkowy z Anglii, niezwykle popularny - jego książki cieszą się sławą prawdziwie nowatorskich i, zwyczajnie, znakomitych (sam Jacek Dukaj powiada z okładki, iż "tędy wiedzie droga do fantastyki XXI wieku").
Początkowy rekonesans utknął w martwym punkcie, okazało się bowiem, że China Mieville to czynny politycznie marksista. Co powieściom rokowało nie najlepiej, gdyż każdy wie, że postrzeganie świata przez literatów ma ogromny wpływ na ich twórczość. I w ten sposób stopniowo zapomniałem o całej sprawie, aż do kwietnia tego roku, kiedy to na półce wypatrzyłem "Bliznę", drugą powieść z cyklu o Bas-Lag, świecie wykreowanym przez Mieville`a.

Od razu muszę się przyznać ze wstydem, że bardzo chciałem przeczytać książkę z wyższością wobec lewaka wypromowanego w świecie na tej samej zasadzie, co Masłowska i podobni tu w kraju. I, na szczęście, już po pierwszych stronach zrobiłem się czerwony ze wstydu jak burak. Bo Mieville wielkim pisarzem jest!

Mając już jako tako obraz twórczości Chiny, z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jego twórczość chyba najlepiej zacząć poznawać od "Blizny" właśnie. Jest po temu kilka powodów, z których najważniejszy to Armada - miasto na Wezbranym Oceanie, stworzone z połączenia setek statków, od wielkich liniowców po zwykłe kutry i starodawne galeony. Miasto wyrzutków, niewolników i piratów, żyjące z handlu i grabieży, braki w mieszkańcach i zaopatrzeniu uzupełniające za pomocą porwań samotnych jednostek. I tak też trafia doń główna bohaterka, uciekająca ze swego miasta, Nowego Crobuzon, na pokładzie niewielkiej "Terpsychorii" do jednej z crobuzońskich kolonii karnych.
Opowiadane na sucho brzmi to niezbyt zgrabnie, Mieville jednak jest pisarzem fantastyki z krwi i kości, rozmachem dorównującym MacLeodowi - opowieść prowadzi niespiesznie, drobiazgowo i bardzo, bardzo sugestywnie. Kiedy opisuje nocne nabrzeże, to faktycznie słychać plusk fal rozbijających się o burty, słychać skrzypienie metalu, czuć zapach wody morskiej i plam ropy, widać cienie rzucane przez maszty oświetlone przez księżyc. Równie pełne życia są opisy zdarzeń typowo fantatycznych.
I w każdym momencie niemal czuje się ogrom oceanu pod miastem i napór wody - a osiągnąc podobny efekt jest trudno, o czym wie każdy, kto choć próbował cokolwiek napisać.

Fabuła książek Mieville`a opiera się głównie na wyrzutkach i degeneratach. Nie inaczej jest z "Blizną". Mamy tu: ściganą przez prawo uciekinierkę, crobuzońskiego szpiega, prze-tworzonego byłego więźnia, naukowca-kolaboranta, wampira (!) i tym podobne osobistości. Wampirzy motyw jest zresztą charakterystyczny, bo autor sięga po różne typowe motywy bez żadnej żenady i przerabia je po swojemu (mnie szczególnie spodobał się pomysł z młodą wiedźmą-bibliotekarką, która swego czasu wygrała w swej ojczyźnie konkurs na galion i płynęła przed statkiem, sypiąc do wody płatki kwiatów). Są więc także ludzie-kaktusy, ludzie-raki i ich podwodny Salkrikaltor, ogromne miasto, którego większość istnieje jedynie pod wodą, obrzydliwi ludzie-moskity czy strupodzieje, których krew zasycha natychmiast twarda jak kamień.
Są wreszcie prze-tworzeni, czyli ludzie karnie zdeformowani w fabrkach przez taumaturgów (mieville`owski odpowiednik magii) - np. jeden z głównych bohaterów, Tanner Sack, ma na piersiach doprawione macki. Kochanka innego z bohaterów z kolei ma nogi obcięte do ud, resztę stanowią zaś gąsienice i silnik na węgiel.

Ostatni motyw przynależy ściśle do charakteru twórczości Chiny, która nie jest bynajmniej pogodna ani sentymentalna, jak to było właśnie u np. MacLeoda. Tu jest raczej bez złudzeń i momentami brutalnie. Zresztą, epitet "brutalny" to ulubione słowo autora. Daje to momentami niezamierzony komiczny efekt, jest jednak konsekwencją marksistowskiego światopoglądu. Autorowi nerwy czasem puszczają i wrzuca ględzenie o zależnościach w społeczeństwie i ewolucji, lecz na szczęście jest tego bardzo niewiele. Ciekawe jest również, że te dekonstruktorskie wstawki, w zamierzeniu uderzające w tradycyjną fantasy, są tak skrajnie dziwaczne, że stają się ślepakami wystrzelonymi zupełnie na próżno (zresztą stają się też i czasem nabojami wystrzelonymi we własny czerep, znalazłem bowiem pewien wywiad, w którym Mieville tłumaczy się i przeprasza ewentualnych urażonych dokonaną przez siebie redefinicją gwałtu w "Dworcu Perdido").
Tak więc spokojnie można czytać te książki, bez obaw o jakieś niestworzone manipulacje - to są po prostu wspaniałe opowieści, w większości napisane w starym, epickim stylu.

Jest wszelakoż pewien nowoczesny dodatek - autor, obok misternych i robiących wrażenie opisów świata, wplata też w fabułę wątki mające w założeniu trzymać w napięciu. Dzięki takim zabiegom chce się czytać ciągle więcej.

Samej fabuły nie zdradzam, bo nawet najmniejszy spoiler może zepsuć przyjemność czytania. A jest ona (fabuła) skonstruowana w taki sposób, że wciąż odkrywa nowe punkty widzenia. Dlatego zostaje mi jedynie stwierdzenie, że przynajmniej "Bliznę" powinno się choć spróbować przeczytać.

Dobra, tyle jeśli chodzi o zachwyty nad Mievillem. Na zakończenie jeszcze tylko słówko o innej książce. Zbliża się pora letnich upałów i wypadów wakacyjnych, co - przynajmniej dla mnie - zawsze prędzej czy później musi skojarzyć się z morskimi wyprawami i podobnymi rzeczami. Dla tych, którzy czują podobnie, znajdzie się też i odpowiednia kniga. Mianowicie, "Zagadka piaszczystych ławic" Erskine Childersa. Jako zajawkę powiem tylko tyle, że jest to, jak powiadają, pierwsza powieść szpiegowska XX wieku (wydana w 1903), której angielscy czytelnicy wyprawiali się na Bałtyk i Morze Północne celem sprawdzenia zawartych weń hipotez, by zostać wyłapanymi i wsadzonymi do niemieckich więzień pod zarzutem szpiegostwa :-)