niedziela, 27 maja 2007
Nihilistyczne teatrum życia

Ćwiczenie z wyobraźni. Spróbujcie, całkiem na poważnie, przypomnieć sobie mrowiące "pyknięcie", jakie wydaje odbiornik telewizyjny gdy ustaje dopływ prądu i mały biały punkcik, który pojawia się wówczas na ekranie na mgnienie oka. To stanie się w Waszej głowie, kiedy będziecie umierać.
Przypomnijcie sobie teraz jakikolwiek moment, gdy zdarzyło Wam się zemdleć lub nieświadomie zasnąć. Tak będziecie odchodzić - nagle się skończy, odjedziecie nawet nie zauwazycie kiedy. Gra dobiegnie końca. Nagle odetnie Was od książek, oddanych komuś na pożegnanie. Czy je przeczyta i czy będą się podobać, albo czy zostaniecie wspomniani podczas czytania fragmentu, który lubiliście - nie dowiecie się i straci to jakiekolwiek znaczenie.
Idźmy dalej. Rodzina, przyjaciele i miłości - to tylko reakcje organizmu. Relacje bez większego znaczenia, tworzące się w dużej mierze niezależnie od Was. Zdeterminowane przez przypadek.
I tak dalej, i tym podobne...

Namawiam teraz do przerwania lektury tego wpisu i próby faktycznego wmyślenia się w to, co zostało napisane powyżej. Nie jest to całkiem bez znaczenia, bo inaczej zaistnieje niebezpieczeństwo pozostania na czysto teoretycznej płaszczyźnie, która bywa zabójcą rozumienia.

Ktoś mógłby zapytać - po co? ten dość w sumie egzaltowany wstęp. Ano, aby zrozumieć nihilizm, trzeba go odczuć całym sobą. A dzisiejszy szkic chciałbym właśnie temu poświęcić.

Temat jest ciekawy, gdyż zanik myślenia religijnego we współczesnym świecie wydaje się ciążyć ku pewnemu podobieństwu z religiami wschodnimi. Po kolei jednak.
Konsekwentny, nihilistyczny ateizm jest mocno radykalną opcją, niemal z konieczności czyniącą ludzi jakąs formą mizoginów - normalna rzrcz wobec bezsensu życia. Kiedy wszystko jest poddane chaosowi, człowiek automatycznie staje się postacią tragiczną, poddaną siłom, nad którymi nigdy nie zapanuje, a które do niczego sensownego nie prowadzą. Ma wówczas, jeśli doprowadza sprawy do konkluzji, dwa wyjścia: palnąć sobie w łeb, albo rozpocząć grę.
Drugie wyjście w formie różnych , quasireligijnych rytuałów nowoczesności (i tu pojawia się podbieństwo do nihilizmu wschodu) czyni z egzystencji wielkie, tragiczne teatrum, w którym człowiek zmaga się z losem i - co właściwie bardzo ludzkie - wznosi swój życiowy gmach nawet wiedząc, że nie zostanie z niego kamień na kamieniu. To wersja hardcore.
Istenieje również wersja złagodzona, w której po prostu nicość zostaje uczyniona tabu, które znika z codziennej świadomości i wraca jedynie okazjonalnie, np. podczas nagłej śmierci kogoś z otoczenia, choć i to niekoniecznie.

Ale żeby nie wikłać się w arbitralne osądy co do tego, iż niewierzący mieliby, przykładowo, z założenia przetrącony kręgosłup moralny, albo żyli w wielkiej rozpaczy, łapczywie szukając sensu, chciałbym raczej skoncentrować się na popularnym zarzucie, jakoby ludzie religijni wymyślali swe rytuały po to, by obłaskawić śmierć, podczas gdy oświeceni niewierzący nie potrzebowali tego.

Ja sądzę całkowicie odmiennie. Właśnie odrzucenie religii wymaga tworzenia rytuałów i nieustannego przywdziewania masek sensu i trwałości. Często bywa to nieuświadomione, ale jednak tak jest. Maski owe są jednak nietrwałe, cechuje je pewna dowolność zmiany, a co za tym idzie życiowa scena jest podatna na rozpad. Mniej enigmatycznie mówiąc - przykładowo nihilistyczne odgrywanie sensu małżeństwa w swym założeniu posiada pewien bezsens. Miłość jest nietrwała, a tak samo nietrwałe mogą być wszystkie podejmowane gry.
Natomiast twierdzenie o teatrze wiary zawiera w sobie jej głębokie niezrozumienie. Skok wiary jest właśnie zerwaniem z grą. Gry zostają w nim odwołane i do egzystencji przyjęty zostaje sens. Wiara jest wyzwoleniem z gier, pozwalającym przyjąć wszystkie konsekwencje nietrwałości człowieka.

Rzecz jasna, natychmiast pojawi się zarzut, że to nadal są gry. Na niego odpowiedziałbym w ten sposób, że nie: istotą gry jest świadomość grania w nią. Świadomość ta zostaje unicestwiona w skoku wiary.
Sądzę, że to może być całkiem niezła propozycja chrześcijan wobec postnowoczesności. I dobry punkt wyjścia do dyskusji z nią.

sobota, 19 maja 2007
Łańcuszek Studycki

1. J. Ratzinger, Duch liturgii

Absolutny klasyk i musiszmieć. Wieczorną, zimową sobotnią mszę, na którą poszedłem w trakcie czytania, zapamiętam do końca życia. Wchodziłem do całkowicie innego świata niż ten, który dostrzegałem dotąd.

2. J. Ratzinger, W drodze do Jezusa Chrystusa

Kto chce szukać prawdziwego Chrystusa, będzie miał w tej książce drogowskaz. No i przeczyta ze zrozumieniem Ewangelię św. Mateusza ;>

3. J. Ratzinger, Wiara-prawda-tolerancja

Kolejny klasyk na kardynalskiej liście. Tekst uderzający we współczesność w takim stopniu, że Adam Michnik poczuł się w obowiązku zneutralizować go na łamach Wybiórczej. Z mizernym skutkiem, oczywiście.

4. S. Kierkegaard, Bojaźń i drżenie

Istota wiary zapisana na papierze. Była dla mnie mocnym szokiem.

5. S. Kierkegaard, Wprawki do chrześcijaństwa

Właściwie to samo co powyżej, bowiem myśliciel z Kopenhagi był bliżej teologii niż filozofii. Wprawki zawierają sporo rzeczy, które zapadają w pamięć i zmuszają do własnej refleksji. Na Kierkegaarda czas znajdę zawsze.

6. L. Wittgenstein, Traktat logiczno-filozoficzny i O pewności

Kto przeczytał, ten zrozumie ;)))

7. G. K. Chesterton, Wiekuisty człowiek

Zielony Zakątek istniał naprawdę i zostawił po sobie cenną spuściznę. Do Wiekuistego warto wracać choćby po to, żeby polubić ludzi na nowo.

8. Iz 44, 24-26
Tak mówi Pan, twój Odkupiciel, Twórca twój jeszcze w łonie matki: Jam jest Pan, uczyniłem wszystko, Sam rozpiąłem niebiosa, rozpostarłem ziemię; a któż był ze Mną? Jam jest ten, który niweczy znaki wróżów i wykazuje głupotę wieszczków, wstecz odrzuca mędrców i wiedzę ich czyni głupstwem, potwierdza mowę swojego sługi i spełnia radę swoich wysłanników.

Wytłuszczone słowa towarzyszą mi już od wielu lat, przypominając, że nic oprócz Boga nie ma nade mną władzy. Niezamierzony efekt uboczny jest taki, że - z grubsza rzecz biorąc - przekłada się to na często olewczy stosunek do twierdzeń o sidłach zastawianych przez złego. Z drugiej strony stanowią źródło pewności.

9. L. Kołakowski, Obecność mitu

10. Zew Cthulhu, podręcznik podstawowy

Ta kniga towarzyszy mi już od minimum 10 lat. Bez niej nie byłoby takiego Esthela, jakiego znacie!

poniedziałek, 07 maja 2007
O micie na marginesie

Wydawnictwo Znak jest w trakcie wypuszczania serii książek będących współczesnym przepisaniem najsłynniejszych mitów ludzkości. Otwiera ją mała książeczka autorstwa Karen Anderson, cieszącej się dość sporym autorytetem religioznawcy, pod tytułem Krótka historia mitu.

Mimo wszystko postanowiłem podzielić się z tutejszymi bywalcami kilkoma fragmentami, być może okażą się dla kogoś ciekawe.

Po pierwsze, autorka powiada, że istotne dla "obrego" mitu jest pięć spraw:
1. musi być zakorzeniony w doświadczeniu śmierci i unicestwienia;
2. musi być nierozdzielny z rytuałem;
3. nacisk musi stawiać przede wszystkim na sprawy związane z kresem ludzkiego żywota;
4. musi to być historia opowiadana dla samej historii, musi wyjaśniać, w jaki sposób należy żyć - ma ustawiać człowieka we własciwy duchowy i psychologiczny sposób, by mógł żyć właściwie;
5. zasadniczym tematem mitu musi być wreszcie świat istniejący równolegle do świata widzialnego - świat bogów i tajemnic, świat potężnej rzeczywistości przekraczającej ludzkie wyobrażenie.

Dzisiejsze pojęcie o świecie bogów jest zbyt uproszczone - niegdyś człowiek, bogowie i przyroda byli postrzegani jako jedna całość, podległa tym samym prawom, składając się z tej samej boskiej substancji. Każda rzecz ze świata widzialnego miała swój boski odpowiednik w tej całościowej, potężnej rzeczywistości. Świętość i istnienie archetypu była czymś oczywistym, doświadczanym dogłębnie.
Początkowo nie istniała najwyraźniej żadna ontologiczna różnica między ludźmi i bogami, a na pewno nie w dzisiejszym sensie.

Mit staje się prawdziwy, gdy jest skuteczny, nie zaś wtedy, gdy daje informację o faktach. Pierwsze monoteizmy upadły, gdyż ich Bóg - którego istnienie przepowiadały potęga i niedostępność nieba - stał się zbyt odległy.
Można powiedzieć, że Anderson już w czasach prehistorycznych zauważyła mechanizm, któremu sprzeciwił się Kościół negując filozofię chociażby Kanta, która Boga ustawia poza historią i czyni absolutnie niepoznawalnym, a więc po prostu wyrzuca Go poza ludzkie doświadczenie i życie.
To samo stało się już dawno temu i skończyło stopniową utratą jakiegokolwiek przywiązywania wagi do takiego Boga, i zaowocowało wymyśleniem bogów zastępczych.

Wrażliwość mitoligiczna (lub religijna) wiąże się mocno z istniejącym porządkiem społecznym i gospodarczym. Powstanie miast i gospodarka pozwalająca produkować i odtwarzać (! - ważny element) dobra i zasoby odrywa człowieka od poszukiwania świętości i absolutu, pozwala uniknąć pytania o śmierć. Co więcej, powoduje rozerwanie początkowo ściśle powiązanych mythosu i logosu, skłaniając się ku oddawaniu hołdu temu drugiemu.
Przykłady można znaleźć już w Babilonie, gdzie epos o Gilgameszu jest jakby zerwaniem z dotychczasowym przywiązaniem do bogów i pierwotnych koncepcji mitologicznych. Gilgamesz wyrusza po nieśmiertelność, ale jej nie otrzymuje, a gdy wraca godzi się ze śmiercią i żyje w nowy sposób, bardziej stoicki można by powiedzieć.
Karen Anderson w wierzeniach plemion zbierackich i łowieckich ważny element konfrontacji z doświadczeniem śmierci (początkowo związany prawdopodobnie z empatią wobec zabijanych zwierząt), które przygotowuje człowieka do tego, by przyjął wiadomość, iż rzeczywiste życie, życie w wywyższeniu, wymaga najpierw doświadczenia śmierci. Tę myśl, najpierw szczątkową, miało rozwinąć dopiero wprowadzenie rolnictwa, które przy okazji przyniosło też kult Bogini Matki, związany z ziemią.
Ziarno wrzucone w ziemię najpierw obumiera, by przynieść plony. Echo tego sposobu rozumowania znajdujemy w Ewangelii -Jezus używa tego porównania, gdy tłumaczy poganom, w jaki sposób da im się poznać: Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie samo jedno, ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity (J 12,24).
Nasze nowoczesne miasta są już u swych źródeł czystymi wytworami logosu. Studyta pisał u siebie o ludziach-hobbitach. To właśnie tolkienowscy kmiecie są przedstawicielami ludzi "starego typu", których egzystencja tak dalece zależała od ziemi i sił natury, że poczucie sacrum było w pewnym sensie ich sposobem na życie.
W Biblii również znajdujemy tę myśl - największym z proroków jest w Nowym Testamencie nazwany przez samego Jezusa Jan Chrzciciel, który żył na pustyni i wiódł życie ascety.

Zachodni chrześcijanie i początkowo islam zachłysnęły się w okolicach średniowiecza filozofią grecką, której główne dzieła zostały wówczas na nowo odkryte, wschód zaś wzruszył jedynie ramionami, gdyż wiedział czym to cuchnie. Islam w osobie al Gazalego dość szybko pozbył się filozofii, zachód zaś wyjaławiał się stopniowo.

Koncepcja grzechu pierworodnego by św. Augustyn, tj. związanego z winą, miała związek z upadkiem Rzymu, który był w antycznym świecie symbolem rozumu i zdrowego rozsądku. Ten upadek powiązał Augustyn z seksem, który po pierwsze pojawił się w obecnej formie jako skutek grzechu, po drugie zaś stanowi swego rodzaju skupienie się stworzenia na samym sobie.
Wschód chrześcijański ponownie wzruszył jednak ramionami, gdyż upadek Rzymu nie był dla niego niczym szczególnym, było to coś co miało nikły wpływ na wschód. Stąd koncepcja św. Augustyna nie znalazła tu podatnego gruntu by zakiełkować.

Wreszcie autorka twierdzi na koniec, że jakkolwiek nie ma szans na ponowny mariaż mythosu i logosu we współczesnym świecie, ciężar odpowiedzialności za przygotowanie ludzi do właściwego życia i inicjację może spocząć np. na literaturze.

To tyle, wpis jest jak najbardziej polemiczny.