wtorek, 31 marca 2009
Chrześcijaństwo w historii religii cz. I

Już wkrótce w Kościele zachodnim jak co roku wierni wysłuchają podczas Wielkiej Soboty historii zbawienia. Czytania z tego dnia, mimo że bardzo długie, są dla mnie, jeśli można tak powiedzieć, sensem całego roku. Jednak w rozmowach z innymi dostrzegam od jakiegoś czasu pewien rodzaj znużenia. Dobra Nowina przestaje być czymś, co jest w stanie nadać dynamikę ludzkiemu życiu, a zaczyna przekształcać się w przyzwyczajenie. W coś, co zostało współczesnym przekazane przez przodków, a co jest jedynie elementem zastanej kultury.

Sytuacji nie poprawia bynajmniej zestawienie królów i proroków Izraela, czy też świętych, z wielkimi postaciami innych religii. Izrael ze Starego Testamentu i jego porywczy przywódcy bardziej pasują, ze swoimi matactwami, skłonnością do nierządu, chytrością czy też przemocą, do gabisiowego opisu Żydów z Monologu błazna niż, powiedzmy Buddy, Al-Gazalego czy nawet Ghandiego. Zresztą, już św. Augustyn, po lekturze Hortensiusa, miał rzec iż Biblii „nie godzi się zestawiać z godnością tuliańską”, zaś np. św. Ambroży stawał na głowie by ukazać króla Dawida w jak najlepszym świetle.

Współcześni wyznawcy Chrystusa znajdują się pod ciągłym ostrzałem, wspieranym przez psychologów i świeckich historyków religii, a także „teologów”, pielęgnując coraz silniejsze przeświadczenie, że chrześcijaństwo na mapie religijnej świata stanowi tylko jeden z wielu równorzędnych elementów, zaś roszczenie do posiadania prawdy jest w najlepszym wypadku przejawem ignorancji, w najgorszym – świadomej arogancji. W świecie, w którym w każdej chwili można za pośrednictwem różnego rodzaju przekaźników spotkać się z odmiennością kulturową, bardziej niż kiedykolwiek nasuwa się natarczywa myśl, że w rzeczywistości wszystkie religie stanowią różne drogi do tego samego. Jasne staje się, że przeżycia mistyczne w gruncie rzeczy wszystkich religii sprowadzają się do tego samego, zaś wynikające stąd tradycje religijne posługują się po prostu różną symboliką, tak jak różne są języki. W tym ujęciu np. jogini, derwisze, szamani czy też mnisi z góry Atos uczestniczą po prostu we wspólnym religijnym doświadczeniu ludzkości, będąc (nawet nieświadomie) posiadaczami religii „z pierwszej ręki”, podczas gdy masy wyznawców, nie będących mistykami, poruszają się w obrębie narzuconej tradycji, nie dotykając istoty rzeczy oraz trwoniąc czas na wzajemne przepychanki o to, kto posiada prawdę. W powszechnej świadomości to właśnie mistyka jest kołem zamachowym duchowości, pochodząc niejako „z pierwszej ręki”, podczas gdy religie (w sensie uporządkowanych systemów) są czymś drugorzędnym, i w tym sensie można dowolnie zmieniać wyznania w zależności od potrzeb, lub też trwać przy religii ojców, jednak ze świadomością że równie dobrze można by uczestniczyć w każdej innej formie religijności z jednakowym skutkiem.

W takim ujęciu, słuchane słowa Pisma na temat stworzenia, przymierza z Noem, wyprowadzenia z Egiptu itd. nie są niczym innym, jak pewną formą baśni, przeżyciem mistycznym ubranym w literacki opis i symbole, charakterystyczne akurat dla ludzi żyjących w tym a nie innym punkcie globu. Co więcej – badania biblistów do pewnego stopnia zdają się jak najbardziej potwierdzać tę tezę. Wierny na liturgii zostaje z niej w ten sposób wyrwany, podejrzewając iż uczestniczy w jakiejś wielkim przedstawieniu, wydarzeniu o zabarwieniu bardziej psychologicznym niż dotykającym Boskiej rzeczywistości.

Jak wobec tego jest naprawdę? Jest li chrześcijaństwo jedynie jedną z form przebrania pierwotnego przeżycia mistycznego, wspólnego wszystkim religiom, w kulturę, czy też przeciwnie, jest prawdziwym głosem Boga, zasadniczo odmiennym od innych tradycji religijnych? Wszystkim, którzy zadają sobie czasem podobne pytania, dedykuję ten wpis.

 Pierwszą rzeczą, jaką uzmysławia sobie badacz religii, jest – tu posiłkuję się jednym z wykładów Josepha Ratzingera z lat `60 – „moment historyczności” religii, polegający na istnieniu pewnego dającego się zauważyć procesu ich stawania się i dalszego rozwoju, jak również istnienie nieredukowalnych różnic.

W sensie schematycznym, mamy do czynienia z taką oto strukturą:

Prymitywne doświadczenia religijne -> Religie mityczne -> Wyjście z mitu

Pierwotne doświadczenia religijne najpierw zostają usystematyzowane w dającą się ogarnąć strukturę mitologiczną. Nie ma tu jeszcze mowy o mistyce sensu stricto – dopiero przełamanie mitu, będące próbą zdarcia przez człowieka zasłony przesłaniającej istotę rzeczy, otwiera drogę do Absolutu i pozwala się do niego ustosunkować w sposób prawidłowy.

Wyjście z mitu przebiega w trojaki sposób, i jest to: wejście w mistykę, rewolucja monoteistyczna lub też oświecenie (pojmowane jako ściśle racjonalny ogląd rzeczywistości). Właściwe zrozumienie tego ostatniego jest warunkiem, od którego zależy udzielenie odpowiedzi na pytanie zadane na początku.

Pierwsze wielkie oświecenie w znaczeniu, jakie nadaliśmy temu pojęciu powyżej, dokonało się w Grecji. Wszystko, co przednaukowe (a więc także mit) zostaje tu odrzucone na rzecz poznania racjonalnego. Religie tracą znaczenie jako narzędzie trafnego opisu rzeczywistości, zaś ich jedynym celem staje się dostarczenie ceremoniału, który pozwoli lepiej organizować i scalać społeczność. Element absolutny, charakterystyczny dla religii, tutaj występuje pod postacią niekwestionowanego prymatu racjonalnego poznania (dziś właśnie oświecenie dominuje jako wybierana przez ludzi opcja). W tym miejscu pojawia się najistotniejszy punkt – wymóg czystej racjonalności powoduje, że oświecenie nie wyjaśnia rzeczywistości w tym samym sensie, w jakim robią to religie, pojawiają się w nim również pewne nieprzezwyciężalne paradoksy. Odpowiedź na mit, jakiej udziela oświecenie, nie dotyczy nigdy tzw. pytania ontologicznego, ponieważ odpowiedź na nie leży poza obszarem, jaki jest dostępny metodzie naukowej. Jak pisał Popper, nauka nie ma dostępu do episteme ani nawet prawdopodobieństwa, nigdy nie będzie mieć, zaś naukowy Absolut to nieskończona zmienność teorii. Jednocześnie proces naukowy jest bardzo platoniczny, oparty na metafizycznym przeświadczeniu że świat to rzeczywiście kosmos (w pierwotnym znaczeniu słowa, tj. coś uporządkowanego) i to, co da się pomyśleć, znajduje swoje potwierdzenie w obserwacjach.

Nasuwają się wobec tego dwa oczywiste wnioski: po pierwsze, oświecenie nie jest w stanie zaspokoić umysłowości teistycznej ani tym bardziej wprawić jej w zakłopotanie, oferuje bowiem odpowiedzi które teizm już w sobie zawarł wcześniej. Po drugie, daleko ważniejsze – specyfika oświecenia, polegająca na wyłączeniu Absolutu i episteme z obszaru swoich zainteresowań i odmowie tym pojęciom posiadania jakiegokolwiek sensu powoduje, że nie można w sposób racjonalny dokonać sensownego i rzeczywistego wyboru między mistyką i monoteizmem, ani nawet pomiędzy różnymi drogami w obrębie tych dwóch wielkich nurtów. Nie można zatem mówić o rzeczywistej tożsamości różnych religii, ponieważ w sposób racjonalny nie można mieć teoretycznego wglądu w proponowany przez owe religie kontakt z Absolutem (droga racjonalna, jak pokazaliśmy, samodzielnie neguje swoją własną absolutność). Jedyną drogą jest droga wiary, czego konsekwencją jest konieczność uznania, że różnice między religiami nie tylko istnieją, ale mają one – ponieważ dotyczą relacji między człowiekiem i Bogiem oraz sposobu, w jaki taka relacja się strukturalizuje - charakter zasadniczy.

Mając na uwadze powyższe, przyjrzyjmy się teraz dwu pozostałym możliwościom wyjścia poza obręb mitu.
Chrześcijaństwo w historii religii cz. II

Pierwszą z nich, w powszechnej świadomości wspólną dla wszystkich tradycji religijnych, jest mistyka. Mit zostaje w niej usunięty na rzecz „spiritual experience”, wspólnej, podskórnej rzeczywistości wszystkich religii. Pierwiastek absolutny jest tu związany z wymykającym się opisowi przeżyciem, dla którego wszelkie historyczne formy religijne stanowią jedynie próbę symbolicznego opisu; opisu, który nigdy nie jest w stanie wyczerpać tego, co nienazywalne. W ten sposób wszystkie drogi religijne rozumie się jako opcje kulturowe, w których wspomniane przeżycie zostaje ujęte w formę opisową, zawsze jedynie metaforyczną.

Dla mistyki nie ma miejsca na jakąkolwiek zwierzchność, która ograniczałaby mistyka. Doświadczenia mistyczne są w ostatecznym rozrachunku tajemnicze i bezkształtne. Nie jest w tym znaczeniu w gruncie rzeczy istotne, czy następuje tu negacja wszystkiego, czy też przeciwnie, stopienie się z całością rzeczywistości w wielkiej wszechjedni – sens jest ten sam i sprowadza się do powiedzenia „Ja to Ty” w stosunku do bóstwa. Religie są w tym znaczeniu zasłoną, odgradzającą od jedynej prawdy, tj. doświadczenia tożsamości wszystkich rzeczy. Do owej tożsamości dostęp mają właśnie mistycy jako ci, którym dane było wejrzeć w istotę rzeczy. Bóg jest tu pasywny, aby doznać mistycznego oświecenia należy podjąć samemu odpowiednie kroki. Koncepcja wszechogarniającej tożsamości jest jednocześnie zabójcą pojęcia osoby jako takiej.

Droga mistyczna, jak można wyraźnie dostrzec, analizując współczesną teologię, doktryny polityczne oraz opinię panującą wśród społeczeństw Zachodu, została niejako zdogmatyzowana, okazując się bardzo podatna na mariaż z zachodnim demokratyzmem i użyteczna jako fundament dla prób konstruowania przez kastę polityków ładu społecznego.

Druga możliwość to rewolucja monoteistyczna, której typiczna postać miała miejsce w Izraelu, odrzucająca mitologię jako nieuprawnioną samowolę człowieka. W rewolucji monoteistycznej miejsce mistyka zajmuje prorok, który nie utożsamia się z istotą wszechrzeczy, lecz staje wobec powołującego Boga (przy czym należy w tym miejscu podkreślić rewolucyjny charakter monoteizmu Izraela, w odróżnieniu od np. ewolucyjnego monoteizmu Indii, który w rzeczywistości wcale nie zerwał z mistyką). Prorocy obalają bożki i przekazują Słowo Boga, od podporządkowania się któremu zależy zbawienie. W mistyce chodziło o samodzielne zanurzenie się w Boga, stopniowe dążenie do zjednoczenia po ruchu człowiek->Bóg, podczas gdy w monoteizmie droga prowadzi od Boga do człowieka – to Bóg pierwszy wyciąga rękę i objawia się człowiekowi, dzięki czemu ten ostatni może dostąpić zbawienia (przez co, w odróżnieniu od ahistorycznej mistyki, monoteizm jest historią w dosłownym znaczeniu). Perspektywa zbawienia otwiera się dla chrześcijanina nie dlatego, że stapia się on z Bogiem w jedność w bezkształtnym przeżyciu, lecz z powodu działania samego Boga, którego wezwanie zostaje skierowane do ludzi. Aktywność chrześcijanina jest zawsze co najwyżej pochodną pierwotnej aktywności Boga, nigdy na odwrót.

Nie ma tu więc rozróżnienia między religią „z pierwszej” i „z drugiej ręki”, tak podstawowego dla mistyki, ponieważ nie istnieje podział na religię rzeczywistą oraz religijność nabytą. Święty i grzesznik podlegają temu samemu wezwaniu i otrzymują tę samą możliwość zbawienia oraz dostępu do Boga, wobec czego na pozór istotne różnice między nimi mają charakter drugorzędny. Mistyka w chrześcijaństwie ma również istotne miejsce, nigdy jednak nie zaistnieje tu, co podkreślał stanowczo m.in. W. Łosski, ścisły podział na mistykę (rzeczywistość) i dogmat (wtórny symbol) – zawsze będą one ze sobą nierozdzielnie związane, dzięki czemu każdy wierny ma, jak wierzymy, dostęp do zjednoczenia z Bogiem.

Nie mogę sobie przy tej okazji odmówić niewielkiego komentarza na temat prawosławia, wygłaszanego z pozycji zachodnich. Mianowicie, mając w pamięci wszystko, co dotychczas powiedzieliśmy, trzeba przyznać że dla łacinnika teologia mistyczna prawosławia oraz np. modlitwa Jezusowa to, na pierwszy rzut oka, czysty odlot przynależący do sfery mistyki w znaczeniu, jakie nadałem jej w tym wpisie. Dopiero po bardziej wnikliwej lekturze okazuje się, że radykalny apofatyzm sprowadza się w gruncie rzeczy do takiego ogołocenia się modlącego, by uzyskać pewność iż zjednoczenie, kiedy już nastąpi, będzie właśnie niczym innym jak tylko działaniem podjętym przez samego Boga, nie zaś ułudą i fałszem wytworzonym przez umysł ascety. Ciekawe1, co na to tutejsi wschodniacy.

Tak więc Ty, który czytasz te słowa, kiedy po raz kolejny w Wielką Sobotę przekroczysz mury kościoła i wsłuchasz się w słowa Pisma, pamiętaj że słuchasz czegoś wyjątkowego. I że kołaczcie, a otworzą wam.

środa, 25 marca 2009
Św. Augustyn na Wielki Post

O Prawdo, Światło serca mego, niechże słucham Ciebie, a nie podszeptów z pory ciemności, w którą niegdyś tak się pogrążyłem, że czarna noc mnie ogarnęła - lecz nawet tam, na dnie, kochałem przecież Ciebie! Zbłądziłem i przypomniałem sobie, że istniejesz, usłyszałem, jak za mną wołasz, abym wrócił - a ledwie dosłyszeć zdołałem Twoje wołanie, taka się wokół mnie kłębiła wrzawa głosów niespokojnych. Powracam stamtąd, ciężko dysząc. Moje usta szukają żarliwie Twego zdroju. Niechże mnie teraz nikt nie próbuje od niego odrywać. Do tego zdroju przybliżę wargi i nim żyć będę. Czyż mogę sam ożywić siebie? Będąc sam, żyłem źle, byłem dla siebie śmiercią. Dopiero w Tobie odżywam. Ty do mnie mów. Ty mnie pouczaj. Zawierzyłem Twoim Księgom. A słowa ich jakże tajemnicze.

(Św. Augustyn, Wyznania, Księga XII)

wtorek, 24 marca 2009
Diabeł i jego roboty instalują nam cichaczem rząd światowy

Wracając dziś z miasta taryfą do domu zagaiłem kierowcę o sączący się z głośników, całkiem przyjemny ambient.

- Płyta czy radio?

- Zwróciłeś uwagę? Tego nie dostaniesz w sklepach, to moja płyta (w tym miejscu chciałem uprzejmie zainteresować się, czy to oznacza że sam coś tworzy w wolnych chwilach). Zgrywałem z komputera, tylko parę dwuminutowych kawałków, całe utwory trwają po kilkadziesiąt. 

Słucham dalej, domyślając się zę będzie to odświeżająca rozmowa - nie pomyliłem się.

- To nie jest zwykła muzyka, to oddziałuje dużo głębiej, aż na poziomie komórkowych struktur molekularnych.

Stajemy na światłach, a tu nagle facet wyciąga spod fotela grube tomiszcze: "Pokażę ci coś"! Tomiszcze owo okazało się zbindowanym wydrukiem ze strony internetowej. Po powrocie do chałupy zapuściłem komputer i wstukałem w wyszukiwarkę zalecony adres, jako zdeklarowany poszukiwacz przeróżnych dziwactw, wierząc, że natrafiłem być może na żyłę złota.

Oto w skrócie wszystko, czego jak dotąd zdążyłem się dowiedzieć:

W 1972 roku w Nowym Meksyku pewna grupa ludzi miała odkryć w jednym z kanionów przedmioty nieznanego pochodzenia oraz dziwaczne piktogramy. Dowiedziawszy się o wszystkim, federalni (obowiązkowo!) zabezpieczyli teren i po dalszych poszukiwaniach odkryli system jaskiń, w których znaleziono dalsze rysunki, malowidła i wytwory prawdopodobnie obcej technologii.

O co chodzi: otóż ta rasa z gatunku ludzkiego, która została stworzona przez Praźródło jako pierwsza i do tego jeszcze przed kreacją Ziemi, próbuje się z nami skontaktować, nadając z roku ok. 2500. Każą nam się spieszyć, inaczej w 2012 roku będziemy udupieni - Lucyfer i jego sługi, będące hybrydami człowieka i androida, mają swoich agentów we wszystkich ważniejszych instytucjach światowych i dążą do stworzenia jednego, wielkiego rządu światowego, który pozwoli im zawładnąć ludzkością i generalnie urządzić tu jesień średniowiecza. Bronią przeciw tym sukinkotom jest - uwaga - rząd światowy! Ludzkość musi ekspresowo dokonać globalizacji, porzucić wszelkie różnice klasowe, płciowe, wyzbyć się poczucia dobra i zła, i zastąpić je pojęciami wiedzy/niewiedzy. Jeśli się uda, w 2012 nie będzie bajzlu ale powszechny przeskok do wyższej formy świadomości.

- Jak pan do tego dotarł?

- Och, to efekt moich własnych poszukiwań. W każdym razie, żyjemy w naprawdę ciekawych czasach...

poniedziałek, 09 marca 2009
Siedem (łańcuszek studycki II)

1. Pearl Jam - Vitalogy

Zmęczony Nirvaną i ciągłym biadoleniem małolatów, czy Kurt był wielki i niekomercyjny, pożyczyłem od koleżanki kasetę PJ. Głos Eddiego Veddera i melancholijne, przybrudzone dźwięki oczarowały mnie w momencie. Nirvany nie zapuściłem ani razu już chyba przez 8 lat, za to PJ słucham często i chętnie. "Vitalogy" było również pożegnaniem z poszukiwaniem muzyki gitarowej według gatunków, na rzecz szukania po prostu dobrych wykonawców.

2. Led Zeppelin - In Through the Outdoor

Pożyczony od przyjaciela album zamiótł mną podłogę całkowicie. Z powodu tej płyty przestałem się na jakiś interesować współczesnymi kapelami rockowymi i zacząłem grzebać w klasykach.

3. Clannad - Legend

Kiedy miałem 10 lat lubiłem sobie wyobrażać, że potrafię zagrać motyw z "Robin Hooda" na gitarze. Dopiero 8 lat później, kiedy ucząc się do ustnej matury zauważyłem że w tv idzie właśnie powtórka serialu, wpadłem na to żeby sprawdzić w creditsach kto właściwie popełnił ścieżkę dźwiękową. Tak wpadłem na kapelnię o nic nie mówiącej nazwie Clannad, która jak się potem okazało wydała mnóstwo płyt. Zamiłowanie do muzyki Loreeny McKennit itp. to jedynie naturalna konsekwencja tej pierwszej fascynacji.

4. Beirut - Gulag Orkestar

Po raz pierwszy usłyszałem tę płytę rok temu i jedyne, co mam na jej temat do powiedzenia, to że bardzo rzadko się zdarza aby u jakiegoś wykonawcy słychać było radość z muzyki dla samej muzyki. Zack Condon ma właśnie ten dar.

5. Dżem - Najemnik

6. Fish - ?

W trzeciej liceum wpadło mi w ręce wydawnictwo koncertowe Fisha, niestety poza faktem że były na nim m.in. "Dear Friend" i "Warm Wet Circles" nie jestem w tej chwili odtworzyć, która to była dokładnie płyta. W każdym razie właśnie wtedy, kiedy już pozbierałem kłapaczkę z podłogi otworzył się przede mną świat Marillionu z epoki Fisha, w którym chętnie przebywam do dziś. Do dzisiaj również tekst pierwszego z wymienionych kawałków jest jednym z moich ulubionych i ciągle mnie wzrusza.

7. Big Cyc - Miłość, Muzyka, Mordobicie

Prawdopodobnie jedyna płyta Big Cyca, która jest naprawdę niezła, zabawna i broni się mimo upływu lat. Zacząłem tego słuchać w momencie, kiedy kuzynostwo wytłumaczyło mi że NKotB jest obciachowe. Nie bolałem zbytnio nad tą zamianą, szczególnie że kawałki w rodzaju "Twoich glanów" pasowały mi świetnie do poczucia humoru wyrobionego na Niziurskim. To były w ogóle piękne czasy; czasy, w których wychowawczyni po niemal każdej powakacyjnej pracy domowej pt. "opisz swoje wakacje" wzywała moich rodziców do budy, nie wierząc w ani jedno słowo które wypisuję ;-) Niestety - kasetę zajeździłem do cna i w końcu się zerwała.

Trzy istotne wyróżnienia - intro "Wyspy Skarbów", outro serialowych "Wielkich nadziei" i "Clair de Lune" Claude`a Debussy`ego.

niedziela, 08 marca 2009
Who watches the Watchmen?

Będąc na świeżo po najnowszej produkcji Zacka Snydera, niniejszym otwieram ankietę z takim oto pytaniem: Czy Twoim zdaniem Rorschach jest gościem, który żwawo rąbie głowy tasakiem?

I to w zasadzie cała recenzja, jaka w tej chwili przychodzi mi do głowy.

wtorek, 03 marca 2009
Strony klubowe

Jakiś czas temu sporo zamieszania w pewnych kręgach narobił komiks pt. "Corto Maltese na Mazowszu", do dziś przez wielu znawców uważany za legendarny. Komiks nigdy nie doczekał się publikacji, funkcjonując w drugim (a nawet trzecim i dalszych) obiegu w postaci scenariusza, przekazywanego sobie z rąk do rąk przez kolekcjonerów. Autor nigdy nie podpisał się imieniem i nazwiskiem pod żadną z oficjalnych kopii, jednak niektórzy nazywają go "Prattem z Choszczna", co być może stanowi pewien trop pozwalający przybliżyć się do rozwiązania zagadki autorstwa opowieści (nota bene, kilkoro fanów rzeczywiście podjęło choszczneński wątek - nigdy jednak nie zdecydowali się oni ujawnić wyników swoich poszukiwań, zaś jeden z nich, niejaki Andrzej F., zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach podczas wydarzeń znanych wśród miejscowych jako "bitwa o Lipę Siedmiu Braci").

Od ponad trzech lat światła dziennego nie ujrzały żadne nowe fakty mające związek z kultowym komiksem, stąd wydawać by się mogło że osoba autora (jak i sama opowieść) powoli odejdą w zapomnienie, zaś pamięć o "Corto Maltese na Mazowszu" przetrwa jedynie w zakurzonych rękopisach, spoczywających na regałach bibliotek w rezydencjach nieprzyzwoicie bogatych łowców białych kruków literatury. "Pratt z Choszczna" nieoczekiwanie postanowił jednak przerwać milczenie, zaś wśród komiksiarzy gruchnęła wieść o przygotowywanym przezeń w tajemnicy przez kilka lat majstersztyku, który wkrótce ma przyćmić wszystko, co ów dotychczas stworzył.

Poniżej publikuję zdjęcia fragmentu planszy komiksu oraz próbny szkic postaci jednej z bohaterek, za ciężkie pieniądze odkupione od faceta podającego się za przyjaciela "Pratta z Choszczna", któremu Mistrz rzekomo zdecydował się pokazać część swych prac.

Stay tuned.