czwartek, 11 grudnia 2008
Rzeczy najpierwsze

Ponad dwadzieścia lat temu po raz pierwszy w życiu usłyszałem o smokach, które na szyi noszą termosy pełne zupy ogórkowej i od razu zrozumiałem, że żadne inne smoki nie istnieją.

W mojej głowie mijały się i pozdrawiały serdecznie małych Piotrusia i Urszulkę, którzy stracili brata i ze wszystkich sił starali się wypełniać dobrze słowa Drugiego Listu do Tymoteusza (bo byli małymi łacinnikami, a to zobowiązuje).

Potem oni wszyscy natknęli się na Nieumiałka i resztę chłopaków, Ajejka i Ojejka, i równie żarłocznego co poczciwego Cukierka Soczkowskiego. Chodziłem z nimi wszystkimi i pudełkiem plasteliny do budy, w szare, mgliste, jesienne dni.

Już sam nie pamiętam, czy najpierw jeździłem nad jeziora, czy może jednak przeczytałem „Wyspę złoczyńców”. Ale czy to takie ważne? Grunt, że chciałem być historykiem sztuki (dzięki Bogu nie ormowcem).

Tomaszów Sawyera i Żabnego, gdybym o nich wcześniej nie usłyszał, chyba sam bym wymyślił. A były to czasy, gdy me talenta były niepowstrzymane, pierwszy horror już dawno napisany, a jedno niewieście oko niemal wyłupione (w pierwszej klasie przysłali do nas jakieś zołzy z szóstej, żeby pouczały jak się rysuje).

 A potem była Pierwsza Komunia i skompromitowałem się przed kumplami długą modlitwą, i nakręciłem pierwszy film sprezentowaną kamerą, znany do dziś w rodzinie jako „Potworek SpidaDil – Krwawy Horror” – kanibalizm, mnóstwo krwi, mięsa, suspensu, przedśmiertnych drgawek i mordowania ofiar ciosami damskiego obuwia (mam tu na myśli o rany kłute zadawane obcasem). Jestem dumny z tej produkcji, w szczególności z efektów specjalnych i budżetu, wynoszącego równowartość kilku plastrów surowej szynki, szminki i butelki ketchupu.

 W klasach 4-8 odkryłem, że są dwie najbardziej życiowe książki: „Żaba, pozbieraj się!” i „Osobliwe przypadki Cymeona Maksymalnego”. Pierwsza służy człowiekowi niemal od zaraz, drugą docenia dopiero wówczas, gdy poznaje swoją własną Nelkę Szyperską.

Albo uwalnia się od Gigi i goryla Tubki.

 Przez cały ten czas podobały mi się rude chłopczyce (lecz czytania Montgomery się wypieram).

 A teraz jeszcze kilkanaście stron i to się wydarzy – zakończę lekturę „Modlitwy według Tradycji chrześcijańskiego Wschodu” Tomasa Spidlika, czując się znowu jakbym w kieszeni niósł pudełko plasteliny. I o to tak naprawdę w tym wpisie chodzi – że to wszystko się łączy w logiczną całość. Jestem tego diablo pewien.

 Tak samo jak tego, że następna książka, po którą muszę sięgnąć, bo tego wymaga pisany mi los, najprawdopodobniej zaczyna się tak:

 Laurids Madsen był w niebie, ale wrócił stamtąd dzięki swoim butom.

Nie wzbił się aż po jabłko masztu, ledwie na wysokość grotrei na pełnorejowcu. Ale stał u wrót raju i widział świętego Piotra, chociaż strażnik zaświatów pokazał mu jedynie swój zadek.

Laurids Madsen powinien nie żyć. Śmierć go jednak nie chciała, a przez to się zmienił.

 Ale to nigdy nie wiadomo. Nieprawdaż?

sobota, 06 grudnia 2008
Rosyjscy hobbici

Całe dnie, idąc, modliliśmy się do Boga, całymi dniami rozmawialiśmy o Bogu i o królestwie niebieskim. Nasze dusze były szczęśliwe. Całą przyroda świętowała wespół z nami. Ja czułem się szczególnie uszczęśliwiony, gdy wypadło iść przez pola i lasy. Moja dusza cieszyła się skowronkami, słowikami, kosami, szczygłami, żurawiami i w ogóle wszelkim ptactwem, zwierzętami, drzewami, trawami i nocami z rozgwieżdżonym niebem. Wędrowaliśmy tak przez dwadzieścia dni.

(archimandryta Spirydion, pielgrzym w drodze do Królestwa)

poniedziałek, 01 grudnia 2008
Cztery myśli na rozpoczęcie Adwentu

1. W Kościele starożytnym powszechnym zachowaniem było unikanie przez mnichów wszelkimi możliwymi sposobami święceń kapłańskich - wielu z nich bowiem służbę kapłańską otaczało tak wielkim szacunkiem i czcią, że samych siebie uznawali za niegodnych jej pełnienia. Przykładem może być casus Abby Izaaka, który w tajemnicy zbiegł przed święceniami. Na szczęście został przyłapany, jednak "zmiękł" dopiero gdy skrępowano go powrozem. Do podobnych sytuacji nawiązuje obrzęd, jaki przez długi czas zachował się w Kościele Koptyjskim: przyszły patriarcha był skuwany łańcuchami aż do chwili wyświęcenia.

2. Inaczej u Syryjczyków i Maronitów - u nich celebracja święceń kapłańskich przypada na koniec anafory eucharystycznej, gdy, jeszcze przed nałożeniem rąk, kapłan dokonujący konsekracji  trzykrotnie dotyka Świętych Darów. Zwyczaj ten ma za zadanie podkreślić, że łaska przekazywana nowo wyświęcanemu pochodzi od Chrystusa.

3. Co zaś mówią nam legendy o św. Mikołaju z Miry? Tropy wskazują nam Włodzimierz Łosski oraz kard. Joseph Ratzinger, obecny papież Benedykt XVI. Pierwszy wyjaśnia, że rzeczywistym celem dogmatów jest obrona prawdziwego powołania człowieka, tj. możliwości zjednoczenia z Bogiem, którą to możliwość różne herezje poddają w wątpliwość (do tego bowiem sprowadza się ich istota). Drugi z kolei zwraca uwagę, że postać św. Mikołaja w tradycji utożsamiana była z tym biskupem Mikołajem, który w Nicei wziął udział w soborze, podczas którego sformułowano wyznanie wiary w bóstwo Chrystusa. Jeden z pierwszych świętych nie będących męczennikami, utożsamiany z wielką miłością bliźniego i dobrocią, jest zatem dla nas żywą nauką, wyjaśniającą czym tak naprawdę jest żywot człowieka, który zjednoczył się z Chrystusem.

4. Sens dnia świętego wykracza poza zwykłe czas i historię, pozwalając człowiekowi po części uczestniczyć już tu na ziemi w chwale niebieskiego Jeruzalem. Jakże wdzięczni zatem powinni być łacinnicy za dar, jakim jest zwyczaj nocnej "pasterki" - głowy do snu układają bowiem w doczesności, lecz budzą się już w wieczności.