czwartek, 28 grudnia 2006
Konkludując w pewnych kwestiach

Artykuł polemiczny Adama Michnika w stosunku do kardynała Ratzingera w świątecznej "Gazecie" spowodował, że postanowiłem uporządkować kilka spraw. Robięto nie bez kozery, bo redaktor pokazał właściwie przekrojowo, w czym liberalny demokrata nie ma szans porozumieć się z katolickim kardynałem, bo de facto nie do końca zauważa, o czym mówi ten drugi. Czy inaczej - źle wyłapuje akcenty w wypowiedzi swego rozmówcy.

Michnik w tekście przybiera miano "demokraty-sceptyka" i z takiej pozycji broni demokracji liberalnej. Zarysujmy więc prawidłowy schemat, wokół którego powinien toczyć się rzeczywisty spór. Odbiega on zasadniczo od zaprezentowanego we wspomnianym artykule (którego jako takiego nie będę tu omawiał dosłownie).

Na jakie zarzuty winien wobec tego odpowiedzieć liberalny "demokrata-sceptyk"?

1. Katolik swe zasady wywodzi z pierwszej tablicy Dekalogu. To skierowanie spojrzenia przede wszystkim na Boga powoduje, że nakazy takie jak "nie zabijaj" zostają bezwzględnie uświęcone, a szacunek dla godności człowieka (powołanego przez Boga) jest zrozumiały sam przez się.
"Demokrata-sceptyk" człowieka traktuje przede wszystkim - konsekwentnie - jako zbiór funkcji, które składają się na pojęcie osoby ludzkiej. W ten sposób człowiek jako taki staje się podatny na ścisłe modelowanie, co więcej - jego tzw. prawa są przez to nieoczywiste i zależne przede wszystkim od dominującego aktualnie spojrzenia i oparte w dużej mierze nie na racjonalnych przesłankach, lecz sentymentach.

2. Katolik broni nieugięcie poglądu, że człowiek to nie tylko materia, ale i duch, wnętrze. I sprzeciwia się kategorycznie narzucaniu człowiekowi jedynie materialnej strony życia jako bezwzględnie dominującej.
"Demokrata-sceptyk" w najlepszym wypadku nie potrafi wypowiedzieć się odnośnie owej duchowej sfery, bo - będąc konsekwentnym - nic o niej powiedzieć nie potrafi.

3. Katolik, wychodząc od triadologii, zwraca uwagę na komunitarny charakter człowieka i powiada, że zrywając więzy z innymi ludźmi zrywa ze swoim człowieczeństwem.
Wiąże się z tym również inny aspekt, mianowicie: przekonanie o jedyności prawdy. Stąd katolik nigdy nie pozwoli człowiekowi na zwrócenie się przeciw innym, ani na kierowanie się egoizmem.
"Demokrata-sceptyk" nie zna pojęcia jedynej prawdy. Jest raczej agnostykiem. Hołduje przede wszystkim zasadzie prawa do szukania szczęścia i prawdy na własną rękę. To skądinąd pozytywne, jednak odrzucając z zasady jedyność prawdy nie potrafi skonstruować jednoznacznej listy czynów dobrych i złych, uzależniając je znów od sentymentów i aktualnie panujących trendów. Moralność staje się dla niego fakultatywnym wyborem.
Co więcej, zerwanie z jedynością prawdy ściśle koresponduje z silnym zindywidualizowaniem poszczególnych jednostek ludzkich - człowiek żyje przede wszystkim sam dla siebie i reaguje agresywnie wobec każdego, kto choćby delikatnie naruszy jego sferę własnej prawdy.

4. Katolik człowieka traktuje zawsze z szacunkiem, nie przekreśla nikogo.
"Demokrata-sceptyk" może pozwolić sobie na luksus przekreślenia danej osoby.

To jedynie podstawy.

Do listy zarzutów należy też dodać m.in.:
- konieczność manipulacji informacją przez instytucje demokratyczne, działająca destruktywnie na osobowość i fałszująca odbiór rzeczywistości;
- kumulacja kapitału na wielką skalę;
- demokratyczne wojny totalne (a propos - ten kamyczek Michnik chętnie wrzuciłby do kościelnego ogródka. A figę!);
- destrukcyjny wpływ na kulturę.

czwartek, 21 grudnia 2006
Co prawda czasy dumnych żaglowców odeszły w niepamięć...

...Ale niepoprawni maryniści zawsze mogą znaleźć coś dla siebie. Jedną z takich możliwości jest nurkowanie na starych wrakach. Czasem uda się wyłowić nieco dublonów, innym razem butelkę whiskey, a znów jeszcze innym razem w ogóle nie wiadomo, co się uda zagarnąć, bo wiele wraków nie zostało jeszcze nawet namierzonych, a te namierzone - nie wszystkie zostały spenetrowane (jak np. Arandora Star).

Jest więc nadzieja! Harrrr.

poniedziałek, 18 grudnia 2006
Myśl

Pewien mnich z klasztoru Iviron oświadczył mi kiedyś: Czcimy Matkę Bożą i pokładamy w Niej całą naszą nadzieję, ponieważ wiemy, że może Ona wszystko. - A czy wiecie, dlaczego może Ona wszystko? - Jej Syn nie pozostawia żadnego Jej życzenia niespełnionym, ponieważ nigdy nie zwrócił tego, co od Niej otrzymał. A otrzymał od Niej ciało, które wprawdzie przebóstwił, ale go już nie zwrócił. To jest przyczyna, dla której w ogrodzie Matki Bożej tak pewnie się czujemy.
(Stylianos Harkianakis)

sobota, 16 grudnia 2006
Kim jest Bóg?

W ostatnim tygodniu Adwentu warto ponownie uzmysłowić sobie kilka spraw, a przede wszystkim - Kto? przychodzi.
Kiedy czynimy znak krzyża wspominamy formułę, jaką nas ochrzczono W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. To właśnie Trójjedyny jest Bogiem chrześcijan, On objawia nam swe imię. On mówi Ja jestem i przedstawia się jako Osoba.

A właściwie trzy Osoby. Totalne zakłócenie obrazu Boga w czasach obecnych, chęć odrzucenia dogmatów i spekulacja na ich temat, uprawiana w sposób czysto rozumowy, a więc w gruncie rzeczy niechrześcijański, apologetyka, czy wreszcie żądanie skupienia się na samym Bogu i braterstwie między ludźmi, są konsekwencją - lub powodem, trudno jednoznacznie orzec, w którym kierunku działa to zjawisko wobec ludzi żyjących A.D. 2006 - wypaczenia rozumienia Boga jako w Trójcy Jedynego.
A to wypaczenie wiąże się z unicestwieniem tradycyjnego rozumienia ojcostwa.

Dla chrześcijanina ważnych jest kilka nieusuwalnych podstaw, z których wypływa cła reszta. Są to:
1. Upadek pierwszych rodziców, mający wpływ na całą (nie tylko duchową) kondycję ludzką.
2. Objawienie się Boga jako Tego, Który jest.
3. Dopełnienie powyższego poprzez Syna i Ducha Świętego.

Adam imię otrzymał od ziemi, adama. Jest to symbol tego, że człowiek nie tylko był chciany jako ten, kto jest osobiście znany "po imieniu", lecz także jako ktoś specjalny, łącznik między Bogiem a stworzeniem. Jest też uczyniony na obraz Boga i słowo "obraz" ma tu ścisłe pretensje do realizmu.
Co więcej, Bóg także ma imię. Z kolei będąc w Trójcy Jedynym, jest też relacją. To znów oddziałuje na człowieka, w którego naturze leży wchodzenie w relację z Bogiem, jak i drugim człowiekiem. Dlatego też człowiek zbawia się nie tylko poprzez stosunek do Boga, ale i w Kościele.
W Starym i Nowym Testamencie jest też Bóg nazywany Ojcem. Ojcostwo rozumiane jest tu jako uznające wolność swego potomstwa, ale i nie zadowalające się tylko akceptacją - ojciec także wymaga, by przywieść dziecko na drogę zbawienia.

Taki jest też Bóg. Oznacza to, że dla człowieka, będącego Jego obrazem w ścisłym znaczeniu, ojcostwo, macierzyństwo, ale i dziecięctwo są czymś immanentnie związanym z jego człowieczeństwem. Ich spaczenie powoduje spaczenie osoby ludzkiej, a także - w dalszej kolejności - niezrozumienie doniosłości dogmatu o Trójcy.

Można to zauważyć obecnie, kiedy ojcostwo/macierzyństwo sąw dużej mierze traktowane jako zło konieczne, lub nawet unikane, czy też są sprowadzane do samego aktu biologicznego, bez skupienia się na ich relacyjnym charakterze, który wymaga od człowieka bardzo wiele, ale też i wiele daje w zamian.

Pamiętajmy o tym, idąc o północy na pasterkę.

PS. Na zakończenie jedna uwaga. Chesterton w "Ortodoksji" pisał, że wyrażające wszystko w sposó doskonale zmatematyzowany modele człowieka i świata co prawda są czasem nie do podważenia pod względem konstrukcyjnym, ale uderzają w samą istotę bycia człowiekiem, demolując człowieka i czyniąc go niewolnikiem wzorów.
Podobną uwagę (za jednym ze swych uczniów) czyni kard. Ratzinger, kiedy wskazuje, że o ile Bóg posiada imię, o tyle Antychryst jest bezosobową liczbą.
niedziela, 10 grudnia 2006
Szabat + niedziela = weekend

"Ten, kto od życia w dawnych porządkach doszedł do nowego, do nadziei, nie jest już świętującym szabat, lecz żyje zachowując dzień Pański", jak powiedział św. Ignacy Antiocheński.
Nietrudno zauważyć, że obydwie kwestie zostały tu ukazane jako przeciwstawne sposoby egzystencji. To echo postawy samego Chrystusa, którego konflikty na tym tle z władzami znane są chyba każdemu, choćby pobieżnie orientującemu się w Ewangeliach. Ganił on współczesnych za niezrozumienie samej istoty obchodzenia szabatu, co znalazło kontynuację w staraniach św. Pawła o wyzwolenie od obrzędów starego Prawa.

Co jednak zadecydowało o ostatecznym kształcie, jaki znamy dziś, tj. o świętowaniu dnia Pańskiego a porzuceniu szabatu? Aby to zrozumieć, należy zdać sobie sprawę z dwóch rzeczy.
Po pierwsze, szabat miał znaczenie kultowe. Owo znaczenie przejęte zostało przez niedzielę, "dzień Pański" (Ap 1,10), w którym chrześcijanie spotykają Zmartwychwstałego, który znów "łamie chleb" i daje im do spożywania, dzień, w którym uobecnia się ofiara Krzyża. Przejście od szabatu do świętowania niedzieli jest więc w tym znaczeniu zrozumiałe, ponieważ jest ukierunkowaniem na właściwy, miły Bogu kult, którego ostatecznej formy poszukiwali wszyscy prorocy i lud Izraela (warto zauważyć, że gromy rzucane przez proroków na Izraelitów dotyczą przede wszystkim niewłaściwego kultu Boga). Odkąd sam Bóg, wcześniej nauczający ludzi, w jaki sposób powinni oddawać Mu cześć wskazując, jak powinni budować świątynię, ustanowił właściwy i ostateczny sposób, w jaki winien być czczony "w duchu i prawdzie" i w Eucharystii, problem sam się rozwiązał - szabat stracił swe znaczenie na rzecz niedzieli.

Sam szabat miał znaczenie trojakie:
1. Należy on do historii stworzenia. W tym dniu ustanowione zostało Przymierze, więc miał on ścisły związek z relacją, jaka łączy Boga ze stworzeniem. Powiadał, że świat nie jest przypadkowy - od początku miał być miejscem, gdzie zawarte zostanie Przymierze;
2. Szabat to dzień odpoczynku Boga, dzień wolności, w której uczestniczy także i człowiek. Nieprzypadkowo dzień ten wiązał się ściśle z kwestią uwolnienia Izraela z "domu niewoli". Jako taki wymagał też powstrzymania się od pracy, by człowiek nie tylko symbolicznie, ale i rzeczywiście ćwiczył się w oderwaniu się od spraw świata, a kierował na prawdziwy sens swej egzystencji, to jest na swój związek z Bogiem. Tu także zawieszone były relacje "pan-sługa" między ludźmi;
3. Trzeci wymiar był wymiarem eschatologicznym, bo związanym z oczekiwaniem na Mesjasza, a więc także na przyszłe życie.

Już samo to wyliczenie sporo mówi w rozpatrywanej kwestii. Idźmy jednak dalej

Po drugie z kolei, niedziela jest pierwszym dniem tygodnia. Mając na uwadze, że ich numeracja w Piśmie ma zasadnicze znaczenie, można przywołać List do Kolosan, gdzie Chrystus nazwany został "Pierworodnym wobec każdego stworzenia" oraz "Pierworodnym wśród umarłych" (1,15 i 1,18). Przez Chrystusa nastąpiło pojednanie Boga i człowieka (można również przypomnieć, że Bóg kilkakrotnie wskazywał na swój szczególny związek i szczególne prawo do pierwocin łona, antycypując przy tym ofiarę "prawdziwego Baranka", podczas śmierci pierworodnych w Egipcie oraz ofiary Abrahama). Niedziela stała się nie tylko dniem pierwszym, ale i ósmym, w którym antycypowana jest liturgia niebiańska.
Stąd niedziela mogła przejąć całe teologiczne znaczenie szabatu, podkreslając przy tym jednoczesną ciągłość i nowość chrześcijaństwa.

W Konstytucjach Apostolskich z kolei czytamy: "Spędzajcie szabat i dzień Pański w świątecznej radości, pierwszy bowiem jest pamiątką stworzenia, drugi zaś Zmartwychwstania" (KA, VII,23,3). Kładziono przy tym nacisk na rezygnację z wypoczynku ciała w szabat, traktując ten czas w sposób duchowy.
Nie jest więc prawdą początkowe wrażenie, że Chrystus i św. Paweł atakowali sam szabat jako taki. Właściwe rozumienie to takie, że chcieli oni w rzeczywistości go ratować przed zatopieniem w otchłani niezrozumienia i pustych obrzędów. Dążenie to znalazło swój wyraz w świętowaniu niedzieli, która przejęła w swej teologii prawdziwą teologię szabatu i ukazała ją w świetle prawdy o Chrystusie, który dokonał dzieła odkupienia człowieka.
Świętowanie niedzieli zachowuje zatem nie tylko pierwotny wzorzec i związek ze stworzeniem, jaki znajduje wyraz w strukturze tygodnia, ale i nadaje mu pełny wyraz poprzez ukierunkowanie na Chrystusa.

poniedziałek, 04 grudnia 2006
Gnoza oraz synowie Adama i córki Ewy

Podczas radosnego malowania chałupy, radio mej przezacnej archidiecezji zaatakowało mnie takimi oto dwoma spostrzeżeniami:

1. Przewijający się tu na blogu i w dyskusjach okołoblogowych temat odrzucenia przez współczesną filozofię samej idei zadawania pytania ontologicznego i konstrukcji takiego modelu rzeczywistości, który nie potrzebuje Stwórcy, można potraktować jako przedłużenie grzechu pierwszych rodziców - wolę człowieka by postawić się w miejscu Boga.

2. Eksplozja zainteresowania ezoteryką, ale i także - wśród chrześcijan - paranoja dopatrywania się w niemal każdym zdarzeniu ingerencji duchów/demonów/innych istot jest dowodem na to, że gnoza znów podnosi swój plugawy łeb. Stan ten jest echem starej gnostycznej koncepcji, że z bytu doskonałego - Boga - stopniowo "wypluwane" były byty coraz mniej doskonałe, zaś na końcu pojawiła się materia, między którą a Bogiem istnieje praktycznie nieskończona ilość bytów pośrednich, które można zjednać, wypytać o sprawy tajemne, lub zaprząc do roboty.