sobota, 22 listopada 2008
Josepha Ratzingera teologia urlopu

„Polowanie, kąpiel, zabawa i śmiech – to jest życie”. Oto słowa, jakie archeologowie z XIX wieku znaleźli wydrapane na placu targowym w Timgad, rzymskiej kolonii w Algierii.

Od ich uwiecznienia minęło już ponad siedemnaście stuleci – można to sprawdzić – a jednak, tak bardzo współczesne, także dziś otwierają w sercu czytającego drzwi do jakiejś bliżej nieokreślonej tęsknoty. Kto czyta te słowa wie, że są prawdziwe.

 Człowiek XXI wieku ma spory kłopot. Kłopot ze swoją wolnością – przyzwyczajony do automatyzmu pracy, standaryzowanych relacji z klientem, traktowania jego ciała przez medycynę jako po prostu kolejnego mechanizmu, wychowywania dzieci według książek, ciągłego pilnowania czasu, doktryny zarządzania zmianą i trzymania języka za zębami, człowiek współczesny panicznie boi się zostawać sam na sam ze sobą. W czasie wolnym jedni popełniają samobójstwa (wykazano, że najwyższy wskaźnik przypada na soboty i niedziele), drudzy snują się po ulicach jak zombie.

 Jednym ze znaków czasu jest neonomadyzm w krajach wysokorozwiniętych – w piątkowe i niedzielne wieczory na ulicach robi się tłoczno od samochodów, całe rodziny przenoszą się z miejsca w miejsce zamiast w spokoju pobyć we własnym mieszkaniu. Dom nie jest dla człowieka wytchnieniem, gdzie odczuwa, że wreszcie żyje, lecz stanowi jeden z elementów nieprawdziwej codzienności.

Współcześni uciekają z domu na ulice i jeszcze dalej, wyruszają w świat popychani tym samym niepokojem, który św. Augustynowi kazał bezustannie szukać „czegoś”.

 Współcześni nomadzi pakują plecaki, walizy i śpiwory, szykują kanapki i przeciwdeszczowe kurtki, i wyjeżdżają na urlop, by żyć. Nawet samochód staje się poważnym elementem tego rytuału, bowiem słowo „auto” po grecku oznacza „sam” – samochód jest jak rumak, na którym galopuje się przez lasy i wzgórza, wokół mając tylko wiatr. Jest wyrazem rodzinnej autonomii.

 Jest tu unaoczniona głębsza prawda o człowieku, prawda, która uzewnętrzniania jest całkowicie nieświadomie – chodzi o tęsknotę ludzkiej natury za czymś więcej, za Stworzeniem nie skażonym, za uwolnieniem się od ciężaru własnych dzieł, wreszcie – za przestrzenią, w której można dać sobie chwilę wytchnienia i ciszy, właściwych ludzkiej naturze.

 Pośpiech jest bowiem sprzeczny z obrazem człowieka w Nowym Testamencie. Każdy, kto sądzi, że bez niego świat się zawali, że jest w czymś niezastąpiony lub że kilka godzin zwłoki będzie tragiczne w skutkach – ten się przecenia i goni za zjawami.

Powinien raczej przypomnieć sobie historię z Ewangelii (Mk 6,30-34), kiedy to Apostołowie, wróciwszy z pierwszej misji, nieustannie opowiadali o swych sukcesach i głosili do upadłego, odmawiając sobie nawet jedzenia, a serca w nich płonęły. Chrystus jednak każde im pójść w miejsce odosobnienia i wypocząć. Bóg-Człowiek, który wie, co dla człowieka dobre, pokazuje właściwy porządek rzeczy.

 W katalogu cnót gorliwe działanie ustępuje miejsca ciszy, skupieniu i modlitwie.