piątek, 27 lutego 2009
Axis mundi

1. 25 lutego w Kościele Zachodnim rozpoczął się okres Wielkiego Postu. Czterdzieści dni, które dzielą wiernych od Wielkanocy, stanowi symboliczne podwyższenie liczby cztery, będącej znakiem czterech krańców ziemi, tego, co doczesne, skończone i niepełne. W języku Starego Testamentu liczba czterdzieści jest liczbą czasu tego świata, czasu który ogranicza człowieka zmagającego się z trudami doczesnego życia.

 Z drugiej strony, oktawa Wielkiej Nocy trwa siedem razy po siedem dni – Kościół od wieków świętował swe największe święta w oktawie, tj. przez siedem dni i jeszcze jeden dzień, co symbolizuje całość ziemskiego czasu wraz z wyjściem o krok naprzód, poza to, co ziemskie, w Boże czas i rzeczywistość. Oktawę Wielkiej Nocy wieńczy święto Zesłania Ducha Świętego - pięćdziesiąty dzień stanowi tu wyjście poza ograniczenia tego świata, prosto w prawdziwe przeznaczenie człowieka którym jest zjednoczenie z Bogiem. Myślę, że jest to również właściwa perspektywa, pozwalająca zrozumieć, dlaczego dzień Pięćdziesiątnicy jest uznawany za dzień w którym powstał Kościół i czym ten ostatni w rzeczywistości jest.

 Osią tych dwóch symboli, tj. niedoskonałości i tęsknoty oraz pełni i wolności, jest dzień Zmartwychwstania Chrystusa - Tego, w którym człowiek został wykupiony z sideł śmierci i zwrócony Bogu. Oto prawdziwa axis mundi, wokół której wiruje świat i która ma moc wyrwać człowieka z cyklu nieustannych narodzin i śmierci, i przywrócić mu perspektywę wieczności. A to jest zdecydowanie właściwa perspektywa.

 2. Tym, którzy podjęli wielkopostne postanowienia, dedykuję słowa Psalmu 27, Dominus illuminatio mea, odmawianego przez szpitalników:

Chociażby stanął naprzeciw mnie obóz,
moje serce bać się nie będzie;
choćby wybuchła przeciw mnie wojna,
nawet wtedy będę pełen ufności.

sobota, 14 lutego 2009
Pozostać po stronie żyjących

Poza wspólną modlitwą, nie ma w życiu rodziny piękniejszych momentów niż wzajemnie poświęcenie, bycie razem „ jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” i wspólne radowanie się z najprostszych czynności pod pogodnym niebem. W dorosłym życiu jedną z niewielu możliwości,  jakie pozostają do zrobienia ze wszystkich dobrych rzeczy, jakie może robić człowiek, jest ofiarowanie się bliskim.

A gdy po dziecko pewnego dnia przybędą cienie, aby zabrać je na zawsze, ojcu pozostaje się tylko pogodzić, albo spakować do torby bochenek chleba, trochę wody, wziąć śpiącego syna na ręce i pod osłoną nocy pognać przed siebie.

Czasami trzeba wyruszyć w drogę i nie ustawać, dopóki nie zabraknie sił by dalej biec. Dopóki serca nie ogarnie spokój.

Trzeba również czasem poczekać niemal trzy lata, by ponownie przeczytać komiks z tak wysokiej półki. Po lekturze „Blankets” nie sądziłem nawet, że potrwa to tak krótko. „Trzy cienie” są produkcją Cyrila Pedrosy, maczającego palce m.in. w „Dzwonniku z Notre Dame” i „Herkulesie” Disneya na odcinku animacji. Pewnego razu dwojgu jego przyjaciół przytrafiło się coś, czego podświadomie obawia się chyba każdy – odeszło ich małe dziecko.

Pedrosa dużo myślał o tym i w końcu narysował ogromnego ojca, trzymającego synka w dłoni jak bochen chleba – jako metaforę buntu przeciw bezsilności, z jaką musimy się w życiu nierzadko mierzyć, przypominając sobie swe miejsce w szeregu. Ten rysunek stał się potem centralnym punktem wspaniałej i przepięknie narysowanej baśni, mówiącej po prostu o… miłości i życiu.

„Trzy cienie” dzieją się w bliżej nieokreślonej przeszłości, ale nie jest to komiks historyczny – słowa „baśń” użyłem nieprzypadkowo, mamy tu bowiem także elementy fantastyczne, dzięki którym opowieść zyskuje głębię klasycznych dzieł literatury.

 

Moim zdaniem, każdy ojciec powinien mieć tę produkcję u siebie w biblioteczce i sięgać po nią szczególnie w tych momentach, kiedy dziatwa i żona wydają się czymś odwiecznym i niezmiennym, lub gdy zaczyna robić zbyt wiele nadgodzin przekonując samego siebie, że to dla ich dobra.