wtorek, 27 lutego 2007
Sługusi ZUSu i ludzie-Gollumy

1. W 1640 roku, podczas snu, cudownie odrosła amputowana dwa lata wcześniej noga Miguela, 23-letniego wieśniaka z Calandy. Nigdy wcześniej nie słyszałem o tym wydarzeniu. Rzuca ono jednak światło na poczynania facetek z ZUS-u, które co roku odwiedzały mojego ś.p. wujka Kazika w jego mieszkaniu na osiedlu Tysiąclecia w Katowicach (nota bene, mieszkał na 10. piętrze, a właściwie półpiętrze, dokąd prowadziło kilkoro stromych schodów, na których spółdzielnia nie zgodziła się wybudować kładki, by mógł na wózku - miał amputowane obydwie nogi - zjeżdżać sobie do windy), aby, jak zwykle, dopełnić formalności i przyznać mu rentę na kolejne 365 dni.
Zatem wuj, człowiek o pogodnym usposobieniu, wyznał któregoś razu owym niewiastom, że w zasadzie to one są jego jedyną nadzieją i sensem w życiu. Kiedy spojrzały nań jak na idiotę, oznajmił, że te coroczne odwiedziny każą mu sądzić bez cienia wątpliwości, iż w takim razie nogi w końcu kiedyś odrosną. Dziwnym trafem, nie przyszły więcej. Ech!

2. Obecny Wielki Post upływa mi przede wszystkim na dwóch czynnościach: czytaniu całości dzieła błogosławionej Anny Katarzyny Emmerich, tudzież odmawianiu Kanonu pokutnego. W związku z tym drugim chciałbym napisać parę zdań.
Przede wszystkim na początku czułem się jak jakiś muzułmaniec, podczas czynienia prostracji. Coś się we mnie burzyło przeciw stukaniu czerepem o posadzkę. Szybko zidentyfikowałem, o co chodzi - podświadomie, choć pleniłem je ostro, pozostały mi resztki przekonania, że liczy się wnętrze i duch, a litera to sprawa drugorzędna, w zasadzie nieistotna. To popłuczyny po naiwnym i dopiero (!) powierzchownym stwierdzeniu, że Nowy Testament usunął Stary.
Przez nie człowiek bardzo łatwo potrafi się wyobcować (nie tylko w wierze) i teoretycznie uznawać Kościół jako drogę zbawienia, ale mimo to pogardzać nieco wszystkimi innymi Jego członkami i skupić na sobie, na własnym rozwoju.
Oczywiście, na dłuższą metę prowadzi to do różnych dziwacznych wypaczeń. A przede wszystkim staje się negacją Ewangelii, której sensem jest wyzwolenie człowieka, które tu na ziemi potrzebuje świadków. A tu znowuż wracamy do kwestii zewnętrznych gestów i słów. Zamknięcie się w sobie, nawet podyktowane szczytnymi przesłankami, prowadzi często do destrukcji (nawet mnisi żyją do pewnego stopnia wspólnie).
No i przede wszystkim, pomyślałem, że odzywa się we mnie bunt nowoczesnego człowieka, będący w istocie buntem starym jak świat, który każe mi sądzić, że Ewangelia jest czymś tak wielkim i wzniosłym, że nie potrzebuje jakichś śmiesznych, feudalnych gestów.
A w rzeczywistości takie gesty mają w sobie wiele z ducha Sakramentów i czynią religię czymś całkowicie realnym, nie tylko filozofią. Upadając na twarz wkraczam na tą samą płaszczyznę, którą wybrał Pan, gdy zdecydował by objawić się na świecie w konkretnym miejscu i konkretnym czasie. To właśnie Tu mam największą szansę naprawdę Go spotkać.
Tak więc pozbyłem się głupich uprzedzeń, co poczytuję sobie za wielki sukces tegorocznego Postu.

Przy okazji przychodzi mi na myśl, że w dobie McDonalzyzacji życia, ma się często do czynienia z McSpowiedzią - dziś wbrew pozorom trudno o dobrą spowiedź. Zupełnie jakby w postświecie człowiek został pozostawiony samemu sobie i żądano od niego, by wykazał swą wielkość i pierwszy, sam od siebie, zaczął szukać sensu i prawdy. A dopiero, gdy okaże się ich godzien, dostaje je w zamian. Już nie jest, jak kiedyś, prowadzony za rękę.
Oczywiście abstrahuję tu od zlewki serwowanej przez samych spowiedników, ale coś w tym jest - mało komu się chce i najpierw należy zechcieć szukać samemu.
Szczerze mówiąc nie jestem pewien, co o tym sądzić.

3. Sroga awantura o Rospudę wywołała u mnie nostalgię za niegdysiejszym mocnym zauroczeniem szkoła austriacką, która przejawiła się w stwierdzeniu, że kilof w plery kumakom, grunt, że dzięki lepszej sieci dróg łatwiej będzie o inwestycje i ułatwi się handel, co w dłuższej perspektywie poprawi standard życia ludziom.
Nagle myślę: oł siet! Przecież tak myślą ludzie-Gollumy!
Bo zobaczmy, jak wygląda życie człowieka-hobbita. Nie ma on najnowszego modelu zmywarki, to jasne. Ale - to najważniejsze - będąc zależnym od natury i wpisując się w jej zwyczajny cykl narodzin i śmierci staje się fatalistą, który wszystko bierze jako, uwaga, naturalne i nieuchronne. Zależność od natury ma zupełnie inny charakter niż zależność od trendów społecznych i marketingowych. Ona nie deformuje człowieka w jakieś zaprzeczające własnej istocie nie-wiadomo-co, ale właśnie pozwala mu pozostać sobą samym.
Człowiek-hobbit wszystko przeżywa naprawdę, świadom swoich słabości, ale też i nie ucieka przed nimi panicznie. Przyjmuje rzeczy takimi, jakie są. I dzięki temu jest pogodzony ze swym otoczeniem, nie musi podporządkowywać go sobie za wszelką cenę.
Wie, że sam nie jest centrum i wie, co to pokora. Nie tworzy własnego świata lecz żyje w tym, który istnieje naprawdę i ceni tych, którzy byli wielcy w prawdziwym życiu, nie zaś tych, którzy byli wielcy w tworzeniu iluzji życia. Człowiek-hobbit nie żyje duchowo, ale bije realne pokłony.

środa, 14 lutego 2007
The way we live now (1) - scholia

Jakże znakomity, długo oczekiwany i ledwo odzyskany tekst Studyty (oklaski) skierował mą uwagę na różne wątki. Jeden z nich chciałbym poruszyć w tym miejscu, a jest to problem śmierci w świadomości uczestników Wiecznych Juwenaliów.

Z pewnością każdy zgodzi się, że śmierć jest dziś tematem zakrzyczanym i zasłoniętym przez inne - i będzie to truizm. Ale nie do końca trafny, o czym za chwilę.
Przede wszystkim śmierć jest rugowana przez jednostkę z jej własnej egzystencji, na ile to tylko możliwe. Dopiero podczas tragedii w najbliższym otoczeniu coś się człowiekowi na chwilę "odkorkowuje" w głowie, jakaś szufladka się otwiera i zazwyczaj następuje wówczas chwila ciszy lub mamrotania pod nosem, wypełniona tzw. myślówą. Często idzie to w parze z jakimś bardziej spektakularnym wybuchem rzewnego nastroju lub oznak przywiązania do drugiego człowieka tuż po katastrofie. Ewentualnie ludzie podejmują wreszcie jakieś decyzje, wybudzając się na moment z letargu, przez mgnienie oka świadomi tego, czym jest kompletne życie ludzie.
Po tych którkotrwałych objawach wszystko szybko wraca do normy.

Skalę wyrugowania śmierci i cierpienia z kultury widać było szczególnie wyraźnie podczas wojen w Afganistanie i Iraku, gdzie żelazną zasadą było podkreślanie, że żołnierze właściwie nie giną, a wszelkie tragiczne "wypadki" nie brały się tyle z faktycznych działań wojennych, co były raczej nieszczęśliwymi zbiegami okoliczności.
Presja jest tu tak silna, że społeczeństwa są skłonne histerycznie atakować własnych polityków tylko po to, by wreszcie wyprowadzić armie z groźnego terenu, za wszelką cenę, byle tylko uciszyć wreszcie dopływ złych wiadomości i oddalić na ile się tylko da groźbę uszczerbku na zdrowiu.

Jest jednak i druga strona medalu. Wielką popularność zdobywają różnego rodzaju zdjęcia i filmy z tragicznych wypadków, walk, krwawe sceny przemocy - pełno tego w sieci, a liczba odwiedzin zawsze robi wrażenie. Jest to - jak sądzę - taki sam erzac w stosunku do prawdziwego życia, jak są nim sporty ekstremalne w stosunku do prawdziwych wielkich wypraw i wyczynów.
Egzystencja nie znosi pustki - wyrugowana śmierć wraca jako budzące grozę, ale i fascynujące igrzysko, małość i tchórzostwo ludzi, którzy nie są już w stanie sięgać po prawdziwe trofea znajduje ukojenie w postaci aktywnego wypoczynku, rzecz jasna nie dłuższego niż tydzień-dwa.

poniedziałek, 05 lutego 2007
Tristan da Cunha

mapa tristan

Mniej więcej w połowie szlaku morskiego pomiędzy Cape Town a Buenos Aires leży, jak ją nazywają, jedna z najbardziej odosobnionych z zamieszkanych wysp, zwana Tristan da Cunha, należąca do archipelagu o tej samej nazwie. Archipelag składa się w szeciu wysp wulkanicznych, jednak życie toczy się przede wszystkim na Tristan.

zdobywcy

Wyspę odkrył w 1506 roku portugalski żeglarz, Tristão d'Acunha. Nie był jednak w stanie wylądować, zadowolił się więc ochrzczeniem znaleziska własnym imieniem. Pierwszymi, którym udało się powstawić stopę na lądzie, byli marynarze francuskiej fregaty L'heure du Berger w 1767. Wyniki rekonesansu opublikował w 1781 roku pierwszy Hydrograf Royal Navy.

Między XVII a XIX wiekiem na wyspę zawitało wielu wielorybników i łowców fok.

lambert

Pierwszym stałym osadnikiem na wyspie był Jonathan Lambert, który przybył tu w 1810 z Salem w Massachusets. Oczywiście, natychmiast ogłosił się jedynym prawowitym właścicielem wysp, co więcej, zamówił nawet stosowne ogłoszenie w Boston Gazette rok później, w którym przemianował wyspy na Islands of Refreshment. Pech chciał, że już w 1812 wraz ze swymi towarzyszami utonął w katastrofie łodzi, zdążył jednak do tego czasu zgromadzić fortunę dzięki sprzedaży foczych skór. Po dziś dzień na wyspie krąży legenda o ukrytych gdzieś w okolicy skrzyniach pełnych złotych suwerenów.

załoganci

W dniu dzisiejszym wyspę Tristan da Cunha zamieszkuje mniej więcej 300 osób, tworzących około 80 rodzin. Co ciekawe, nie używa się tu praktycznie nazwisk, w obiegu jest ich bowiem jedynie osiem (7 aż do 1986!). Nazwiska te to:

Glass - od nazwiska Williama Glassa, pierwszego szkockiego osadnika z 1814 roku;

Swain - od nazwiska Thomasa Swaina, Anglika, który osiedlił się na Tristan w 1821;

Rogers - od Jankesa, który przybył na wyspę w 1836;

Green - po Duńczyku Peterze Greenie, którego statek rozbił się u wybrzeży Tristan we wrześniu 1836;

Hagan - po kolejnym Jankesie, Andrew Haganie, który osiedlił się na wyspie w lutym 1849;

Repetto i Lavarello - po dwóch Włochach z Camogli koło Genui, którzy rozbili się tu w marcu 1893.

Ósmym nazwiskiem jest Petterson - nazwisko "przyniesione" na wyspę przez jedną z tutejszych dziewczyn, która wróciła na wyspę z mężem by osiedlić się w rodzinnych stronach.

morze

Z wyspą związanych jest sporo historii, jest to zakątek bardzo malowniczy. W sieci można znaleźć wiele pieknych fotografii, które dają przynajmniej namiastkę tego, czym jest życie w tych stronach. Jednej informacji już jednak nie ma - tej mianowicie, że 14 października 2005 roku, o 4 nad ranem, na morze wyruszyła z malutkiego Tristan Calshot Harbour barka Sandy Point Express z czterema ludźmi na pokładzie. Powodem wyprawy było odebranie wiadomości od załogi przepływającego niedaleko Tristan niemieckiego kontenerowca Santa Federica, że w kierunku wyspy wyrzucili beczkę z listami. Zdziwienie mieszkańców było tym większe, że ostatnia poczta przybyła tu w tej postaci w 1986 roku, 17 września, a więc 19 lat wcześniej! Stało się to wielkim wydarzeniem i zostało zapisane w annałach prowadzonych przez wyspiarzy. Poniżej zdjęcie nieustraszonej załogi barki, od lewej: Ian Lavarello, Clive Glass, Colin Hagan i Andrew Green.

I nie bez kozery piszę o tym wszystkim, wiem bowiem, jaka jest treść historycznego listu. Brzmi ona:

Cześć Piotrek!

Najserdeczniejsze pozdrowienia z południowego Atlantyku przesyła Wujek Gienek.

Ahoj!