poniedziałek, 05 stycznia 2009
"Boga się nie boisz, Rudolf, kurwi synu?"

1. Mija się w dużej mierze próba pisania recenzji książki, podczas której nie chce się czynnie spoilerować. A chciałbym powiedzieć o „Mieczu i kwiatach” Marcina Mortki. Więc może laudacja?

 Po swych kochanych wikingach i piratach, na tapetę wziął Mortka tym razem krzyżowców. Jak sam autor twierdzi, Scott uczynił z postaci barona Ibelinu karykaturę i ktoś wreszcie musiał temu zaradzić. Taka jest wersja oficjalna, ale my, którzy czytaliśmy poprzednie, przednie książki mistrza Mortkowera i znamy jego bohaterów dobrze wiemy, o co naprawdę chodziło. Ale o tym w dalszej części.

 Pomysł na fabułę jest prosty jak budowa cepa: oto do Ziemi Świętej przybywa młody Gaston de Baideaux w towarzystwie dwóch przyjaciół: tchórzliwego brata Adalberta i potężnego parobka-niemowy Bernarda. Krucjata jest dla młodzieńca okazją do pokuty. Za co? – i tu się zaczyna. Nie wchodząc zbytnio w szczegóły, powiem tak: w „Karaibskiej krucjacie” Mortka pokazał, że potrafi napisać świetną powieść awanturniczą, w „Ragnaroku” – że umie przedstawić żywe zaplecze polityczne dla poczynań swoich chwatów. W „Mieczu i kwiatach” połączył obydwie te rzeczy (ze wskazaniem na przygodę) i to w takim stylu, że osobiście pochłonąłem całość z wypiekami na ćwarzy i właśnie zaczynam przechodzić to samo, co po „Krucjacie”, tzn. dostaję trzęsawki na myśli o kolejnym tomie a w rozmowach ilość wtrętów tematycznych (wczoraj pirackich, dziś rycerskich) wykazuje trend wzrostowy :-> Hail to Mortka!

 W tym miejscu nie mogę się powstrzymać przed napisaniem kilku słów odnośnie warsztatu pisarskiego autora (o fabule naprawdę się nie da się więcej bez zespoilerowania, tym bardziej że ten „cep prosty” ma drugie dno), a konkretnie uwagi jaką ów poświęca tłu, czyli po prostu tradycyjnym „opisom przyrody”. Po lekturze „Płonącego Union Jacka” i „La Tumby” wpierw myślałem, że czar polega głównie na zabawie konwencją i kilku scenach będących jakby żywcem zacytowanymi ze scenariusza „Monkey Island” (serii gier przygodowych jeszcze z czasów nieodżałowanej Amigi 500, traktującej o równie szlachetnym co dupowatym Guybrushu Threepwoodzie i o tym jak ów zadarł z facetem znanym na Karaibach jako Ghost Pirate LeChuck). Lecz jednak nie o to szło.

Bo chodzi o to samo, co uczyniło filmowego „Wiedźmina” tak rozpaczliwą bidą – o niemal wyludniony, ascetyczny świat, ewentualnie taki sposób jego przedstawienia, który w czytelniku nie wywołuje żywych emocji. Wiedźmin i Ciri razem ze swoimi bandami włóczą się po lasach a światem kieruje dosłownie kilku macherów. Domenic Jordan ma zacne przygody, ale to samotnik włóczący się po odludziach. Mordimer Medderdin, rasowy degenerat, przestaje z podobnymi sobie i pracuje niemal w pojedynkę, a przechadzki po mieście służą tylko temu, by autor mógł ten stan rzeczy jeszcze wyraźniej podkreślić. Jakub Wędrowycz mieszka we wsi, a taką łatwo się „prowadzi”. To są niewątpliwie ciekawe, nierzadko pasjonujące światy. Ale nie są barwne w tym samym sensie, jak barwne są Karaiby, po których rozbija się Billy O`Connor, albo świat podbity przez Normanów przemierzany przez Jeremy`ego Baldwina. Postacie i miejsca, jakie wyczarowuje piórem Mortka, są żywe, gwarne, przekonujące i wypuszczone przez swego twórcę samopas radzą sobie świetnie.

W przypadku „Miecza i kwiatów” jest podobnie – Ziemia Święta tętni życiem, pachnie orientem, nawet morze wygląda tu nawet inaczej a czytelnik, podobnie jak młody Gaston de Baideaux, staje na środku tego wszystkiego oszołomiony i po prostu chłonie wrażenia jak gąbka. U Mortki wiatr jest gorący, kobiece perfumy zapierają dech a łopot chorągwi na wietrze można usłyszeć naprawdę.

 Ale to nie tylko o biegłość w pisaniu idzie. Tym, co czyni powieści Mortki dynamicznymi i - mimo że de facto tworzy on literaturę służącą rozrywce – dającymi się bezpośrednio przeżywać, jest jego sposób tworzenia bohaterów i ich motywacji.

Na zasadzie kontrastu: nie ma tu jedynie cynicznych sukinkotów z którymi po prostu nie da się utożsamić (Piekara), ludzi odartych ze złudzeń (Sapkowski), mało szlachetnych, lecz dumnych twardzieli (Komuda), tworzonych na siłę nietypowych postaci (Mieville) czy od początku do końca wymyślonych konstruktów (Dębski).

Mortka nie podąża szlakiem wytyczonym przez Sapkowskiego i nie odziera świętości z chwały, białe kapelusze nie stają się szarymi z wyboru a doznany zawód, że to, co miało być piękne w rzeczywistości często bywa obrzydliwe, nie zmienia się w cynizm. Nie twierdzi, że to co nazywane jest złotem jest tak naprawdę gównem, ale że nawet w gównie zdarzają się perły i że jest w co wierzyć wbrew przeciwnościom. U Sapkowera Penelopa nie dość, że pozwoliłaby się zerżnąć wszystkim zalotnikom naraz i każdemu z osobna, kosząc przy tym niebagatelną kaskę, to jeszcze  potem kazałaby najpewniej kropnąć Odysa i urządziła się wygodnie na włościach z nowym gachem. U Mortki Odys wciąż ma szansę i zawsze powraca. Poharatany, pobity, skalany – ale wraca i odkupuje winę, albo przynajmniej dzieli losy Boromira.

Krótko mówiąc: miszcz Marcin nie traci czasu na bzdetne nowinki fabularne, tylko korzysta ze sprawdzonych, najsilniejszych z możliwych archetypów i przetwarza je po swojemu, trzymając się tego co jego samego rajcuje najbardziej. Zresztą to nic dziwnego u faceta, który był swego czasu związany z „Portalem” – pismem, gdzie Trzewiczek puścił kultowy tekst pt. „Kino Nowej Przygody” i gdzie o tworzeniu postaci do RPG pisał nie kto inny jak sam Michał Oracz, robiący obecnie światową karierę jako twórca „Neuroshimy HEX”.

A najlepsze w tym wszystkim jest to, że podczas lektury nie będą zadowoleni ani wyznawcy legendy krwawych, szatańskich krzyżowców, ani nawiedzeńcy twierdzący że wszystko w krucjatach było święte a co złe, to masońska rewolucyjna propaganda wymyśliła. Pisarze nie tylko znający swój fach, ale też i myślący samodzielnie, „po swojemu”, tym bardziej zasługują na uwagę.

 Niniejszy posting jest produkcją jak najbardziej polemiczną, więc jeśli ktoś ma ochotę, niech się nie krępuje i jeśli o mnie chodzi będę zaszczycony jeśli  - parafrazując Tannera Mirabela z „Migotliwej Wstęgi” – zacznie nawet latać gówno jak podczas prawdziwej burzy gówna ;-)

 Zapraszam. A na zakończenie krótki fragment, który dedykuję najbardziej szumicielowi z Choszczna bo to facet, który najlepiej ze wszystkich zrozumie dlaczego wybrałem akurat te kilka zdań. Tylko proszę czasem nie podkablować Fabrykantom że im materiał do sieci wycieka, łotry.

 Gerard de Reinee uniósł głowę znad rozwianej końskiej grzywy i wyraźnie ujrzał, jak spośród szarych, nieprzyjaznych chmur na niebie wyłania się gorejący krzyż. Kiedy indziej opowiedziałby towarzyszom o swoim odkryciu, wezwałby ich do wspólnej modlitwy, postu i medytacji, ale utracił już na to ochotę. Ostatnie tygodnie nauczyły go, że dla wielu krzyżowców cuda – prawdziwe cuda – to jedynie jarmarczne sztuczki, a w rękach duchownych stają się polityczną bronią. Nie miał już zamiaru dzielić się nimi z kimś innym, a zwłaszcza z kimś, kto odarłby je ze świętości. Nawet z wszystkimi tymi, którzy galopowali teraz za nim.

Nie znał tych ludzi, nie próbował nawet poznać. Nie pytał o imiona, choć niektórzy bardzo się starali, by je poznał, by wysłuchał ich historii. Nie chciał, odwracał wzrok, milczał. Zbyt dobrze wiedział, jak kruchym żywiołem jest pobożność w zderzeniu z pokusami Lewantu. Nie wierzył w szczerość i czystość rycerzy, którzy chcieli mu towarzyszyć, nie chciał w nią uwierzyć. Dość miał rozczarowań.

Ci jednak zostawali, a co więcej, wciąż pojawiali się nowi, niezrażeni jego milczeniem, spragnieni… No właśnie! Gerard de Reinee nie miał pojęcia, co tak naprawdę ich przyciągało, dlaczego upatrywali w nim swego przywódcy. Wiedział jednakże, komu należało to zawdzięczać.

„Dzięki Ci, Panie! – szeptał w myślach. – Dzięki Ci za to, że raczyłeś przydać mi towarzysza, bez którego nie przeżyłbym pewnie bitwy u stóp Schodów Tyryjskich. Dzięki Ci za to, że obdarowałeś mnie swymi łaskami i pozwoliłeś ciągnąć walkę w Twym imieniu, przeciwko Twym nieprzyjaciołom! Dzięki Ci, Panie, że uwolniłeś mnie od grzechu pychy i wyniosłości! Dzięki…”

Obrócił się na moment, by spojrzeć w twarze towarzyszy, twarze młode, ale poważne, zacięte, promieniejące uniesieniem. Twarze ludzi desperacko szukających sensu, desperacko poszukujących Boga w krainie, po której chadzał niegdyś Jego syn. Twarze ludzi ubogich, nierzadko nieposiadających nic prócz ojcowego miecza, przeszywanicy i starego konia. Twarze jego ludzi.

Kopyta końskie śmigały w powietrzu, niemalże nie tykając ziemi. Wzniesione włócznie przeszywały wiatr. Gerard de Reinee uśmiechął się blado.

2. Serdecznie namawiam wszystkich do odwiedzania rowerowego bloga Quis ut Deusa na nowym portalu Frondy. Słusznie pisze ten szaleniec. Wkrótce w zakładkach na Jabłku!