niedziela, 21 stycznia 2007
Niewielki Tydzień

Biskup Alfons Nossol, z wielkimi zasługami na polu ekumenizmu, powiedział był (cytat z pamięci): My nie szukamy najmniejszego wspólnego mianownika, lecz największego - jest nim Jezus Chrystus. Słowa piękne i niepokojące zarazem - piękne, bo rzeczywiście należy szukać wspólnego pola z ludźmi odłączonymi od Kościoła, by mogli doń powrócić. Siłą rzeczy trudno wymagać, by powrót na łono Kościoła miał się odbyć inaczej niż przez zaskoczenie głębią teologiczną i liturgiczną (której u protestantów nie ma) i swego rodzaju "oswojenie", które w dzisiejszych czasach jest niezbędne - uwiedzenie Habermasem i jego epigonami, którzy każdej myśli wyrażanej bardziej zdecydowanie natychmiast przyprawiają totalitarną i zamordystyczną gębę, na wszelki wypadek oczywiście i ku obronie pluralizmu, jest bowiem tak silne, że stało się w dwudziestym wieku nieświadomie kolejnym wcieleniem zniewolenia umysłu. W takich warunkach być może faktycznie nie ma innej rady niż stopniowe i łagodne "łykanie" tych, którzy się oderwali.

Jest jednak i druga strona medalu - słowa biskupa zawierają też bardzo duże niedopowiedzenie, które de facto obraca całą sentencję w afirmację wszelkich możliwych nurtów jako równoprawnych, co przemielone przez dominujący w świadomości powszechnej relatywizm sprowadza Kościół do grupy facetów z jednej kanapy, podczas gdy na sąsiednich kanapach siedzą inni faceci, którzy zasadniczo również mają rację, choć mówią co innego.
Moim zdaniem można tu zauważyć echo woli człowieka do wyzwolenia się z odpowiedzialności i przejścia do samodzielnego kształtowania rzeczywistości. Negacji swojego powołania, które zostało wyrażone sensem imienia Adam i zastąpienia tej pierwotnej wolności inną wolnością, której zakres człowiek chciał wyznaczyć sam jeden.
Jako potwierdzenie tak postawionego zagadnienia można przytoczyć fakt, że choćby wyciągnięcie konsekwencji z własnej religii przez katolików i brak ich zgody np. na aborcję jest traktowany jako atak na konkretne jednostki i spotyka się z ostrą kontrą. Ideologia panująca w dominującym dyskursie chce narzucić, a właściwie już narzuciła, dziwaczny rodzaj empatii, która lęka się zranić uczucia innego człowieka poprzez wyrażenie braku zgody z jego poglądami. Z czymś takim mamy właśnie do czynienia w przypadku ekumenizmu.

Co do źródeł takiego stanu rzeczy, najważniejszym jest niewątpliwie odbudowa Europy po wojnie na bazie negatywnego mitu założycielskiego, jakim był holokaust. Tragedia osiągnęła swoje apogeum w Norymberdze, gdzie zwycięskie demokracje potrzebowały uzyskać legitymizację moralną przed światem. Stąd zbrodnie hitlerowskie uzyskały wymiar niemalże sakralny i po dziś dzień wywołują o wiele większe emocje niż zbrodnie stalinowskie.
Mit ten jest pilnie strzeżony - gdy w Oświęcimiu Benedykt XVI mówił wyraźnie o "zbrodniarzach z narodu Niemieckiego" Habermas natychmiast zagrał larum, że było to niedopuszczalne uproszczenie, które może doprowadzić do wybielania Rzeszy. Również Guenter Grass nie wahał się ani chwili i dokonał publicznego samospalenia, by zaświadczyć iż każdy był umoczony.

Utrzymanie mitu, wspomagane ideologią oświeceniową, wymagało rewizji historii i wykazania dobitnie, razem w wtłoczeniem tego przekonania do głów ogółu, że wszelkie formy hierarchiczne, niezwiązane z systemem demokratycznym, były ze swej istoty mrocznymi machinami, gdzie łaknący władzy i upojeni nią oprawcy gnębili swych poddanych i podwładnych, zaś ucisk ów został zniweczony dopiero przez ustroje demokratyczne. Resztki zniesionych konglomeratów opresji pozostały już tylko w Kościele i formach tradycyjnych, toteż są dziś atakowane.

Poddanie się opisanej wżej tresurze oraz mizerna swiadomość teologiczna powoduje, że podczas spotkań ekumenicznych niejednokrotnie wierni Kościoła czują się jak ubodzy krewni. A niesłusznie, gdyż w rzeczywistości czerpać łacinnicy mogą chyba jedynie od prawosławia - judaizm i protestantyzm nie są bowiem, moim zdaniem, niczym innym jak skupieniem uwagi na konkretnych częściach Pisma, które stanowi całość i jako całość jest poprawnie interpretowane właśnie w Kościele katolickim i Wschodnim. Owe części, które reprezentują inne odłamy, już u nas są i nie ma powodu mówić, że mamy się uczyć od innych, gdyż tak naprawdę możemy jedynie dzięki nim przypominać sobie o konkretnych, wielkich połaciach własnego dziedzictwa. To raczej Kościół ma tu konkretną robotę "popularyzatorską" do uczynienia.

Różnice teologiczne również mają kardynalne znaczenie i zbywanie ich machnięciem ręki jako nieistotnego detalu świadczy jedynie o poważnej ignorancji. Choćby przykład samego filioque pokazuje, że pozornie drobna różnica może powodować duże konsekwencje dla eklezjologii. Co dopiero mówić o różnicach dotyczących np. negacji triadologii czy transsubstancjacji. Każda z nich w sposób istotowy deformuje rozumienie Objawienia, a w dalszej kolejności - ma wpływ na sposób egzystencji człowieka.
Jak słusznie wspomniał Studyta u siebie, Objawienie zostało dane raz na zawsze i Kościół od początku był świadom jego treści. Mimo zmian metody opisu ta świadomość treści Objawienia pozwalała na rozeznawanie poszczególnych nurtów i dociekań jako zgodnych lub sprzecznych z tą treścią. Innymi słowy istniała od zawsze ortodoksja i świadomość jej stałości.

Ruch ekumeniczny i pewne nurty teologii współczesniej koncentrują się jednak na ortopraksji. Są równocześnie bardzo silnie związane ze wspomnianym już intelektualnym nurtem współczesnej Europy - do ortodoksji podchodzą bardzo nieufnie, oskarżając ją o mordy i prześladowania, opierając się na wzajemnym poklepywaniu po ramieniu (czasem tak to właśnie wygląda z boku) i uznaniu, że wszystko jest względne, zatem nic de facto nie obowiązuje ostatecznie.
Jest to przy okazji fałszowanie ortopraksji. Od początku Kościoła ortodoksja i ortopraksja były bowiem praktycznie synonimami, gdyż ortodoksja oznaczała przede wszystkim prawdziwy i właściwy kult Boga, którego pełnia i istota ukazała się w Ofierze Chrystusa.
Pojęcie ortopraksji wywodzi się poza tym przede wszystkim z Azji, która koncentruje się nie na Objawieniu, ale na sumiennym wypełnianiu bardzo konkretnych rytuałów, które mają zapewnić zbawienie. Należy się tu nieco zatrzymać i zauważyć, że to rozumienie ortopraksji lezy całkiem blisko (choć oczywiście nie jest tożsame) katolickiego rozumienia Sakramentów, które objawiają Bożą Prawdę odniesioną do rzeczywistości. I podobnie ortopraksja azjatycka - konkretne działania zbawiają i mają znaczenie, treść, nie jakiekolwiek.
Tymczasem współczesna, ideologiczna ortopraksja trywializuje rytuał. Pozostawia jego kształtowanie w gestii człowieka (co jest, oczywiście, sprzeczne w całej rozciągłości z Objawieniem), szukając albo wyrazu politycznego (teologia wyzwolenia), albo tzw. Weltethosu, który z racji swych pluralistycznych, relatywistycznych założeń jest tworem nie istniejącym nawet na papierze, gdyż jest sprzeczny sam ze sobą.

PS. Następny wpis już koniecznie luźniejszy, uff.

Wujek Paulek

Niezmiennie fascynują mnie historie rodzinne, które wychodzą czasem na światło dzienne przy okazji najróżniejszych zdarzeń. Tym razem udało mi się załapać, w ramach pogadanki dydaktycznej na temat dobrodziejstw picia soku z pomarańczy, jaką uraczyła mnie Babcia, na opowieść o jej kuzynie Pawle.
Oto w wieku 19 lat, w roku 1941, trafił do jednego ze śląskich szpitali z pękniętym wyrostkiem robaczkowym (wszystko to było dziełem nieszczęśliwego wypadku, bowiem omyłkowo zamiast zaserwować synowi zimne okłady, jego rodzice zdecydowali się na okłady gorące, co doprowadziło do katastrofy). Lekarze, jeszcze przedwojenni fachowcy, robili co mogli, jednak ich starania spełzły na niczym - chłopaka wywieziono z sali operacyjnej, położono w szpitalnym korytarzu na łóżku i przykryto prześcieradłem. Kawał chłopa (ponad 190 cm) został spisany na straty.
Kilkanaście godzin potem jeden z lekarzy przechodził obok i zauważył, że pod prześcieradłem coś się rusza. To ty jednak żyjesz! zakrzyknął. Jest więc jeszcze nadzieja. Jeżeli przez miesiąc wytrzymasz i nie będziesz jeść, przeżyjesz.
No to wytrzymał. W rodzinie się cieszyli, bo rana ropiała bardzo długo i była szansa, że młody wywinie się od frontu. Poprawa tymczasem następowała bardzo szybko - po miesiącu ścisłej głodówki każdy byłby wrakiem - między innymi dzieki... owocom cytrusowym (tak tak! sok pomarańczowy czyni cuda, a zaordynowali go lekarze).
W 1942 babcinego kuzyna wywieziono do Francji, do tamtejszego specjalisty. I pech chciał, że rana w tym czasie nagle się zagoiła, wujka Pawła zaś wysłano w ciągu miesiąca do okopów. Minął kolejny miesiąc i z frontu przyszła depesza. W sierpniu 1942 Babcia straciła kuzyna.

środa, 10 stycznia 2007
Degrengolada i czarne oczy

1. Kiedy jesteś w obcym mieście, wyrwany ze swojego miejsca i rutyny, zaczynasz obserwować. Nie możesz pozwolić sobie na skupienie się na konkretnych doznaniach, gdyż dopiero uczysz się ich na nowo. Przypomina to trochę słuchanie po raz pierwszy jakiegoś utworu. Najpierw słyszysz melodię, dopiero później wychwytujesz poszczególne sekcje instrumentów, by rozkoszować się np. wyborną grą skrzypiec.
Jeśli jednak masz wyrobione ucho, jesteś w stanie określić, gdy coś nie brzmi. Jeszcze nie wiesz co to jest, ale wiesz, że coś jest nie tak.
Po kilku latach przerwy wybrałem się w końcu na dłużej do Mikołowa, leżącego całe dwanaście minut drogi rozklekotanym autobusem od mego domu. Jest to bardzo ładne i stylowe miasto, jeżeli wziąć pod uwagę jego stare centrum (zresztą, serca miast leżą zawsze w ich najdawniejszych dzielnicach - reszta to nieistotne dodatki, niewarte uwagi). Zredukowałem tempo marszu i popłynąłem własnym rytmem, dając się prowadzić chwilowym zachciankom. Zacząłem chłonąć to, co widzę, nie tracąc czasu na zajmowanie się jakimś racjonalnym planowaniem marszruty. Bo i niby czemu miałbym to robić?
I - zupełnie niespodziewanie - nagle nastąpił zgrzyt. Czegoś tu brak! - pomyślałem. Po chwili gorączkowego namysłu wiedziałem wszystko: tu literalnie nie było ani jednej porządnej księgarni. No dobra, przesadziłem - jedna biedna pakamera z podręcznikami szkolnymi, nieco dalej św. Jacek. Nie zmienia to jednak faktu, że przekaz dla przybysza jest jasny - facet, daj se spokój, chcesz ogolić nogi? Zapraszamy. Kupić papier do podcierania tyłka? Świetnie. Wydłubać kawałek pizzy spomiędzy zębów? Nie ma sprawy! Ale proszę Cię, facet, nie wyjeżdżaj mi tu z jakimś Perez-Reverte`m, Villonem czy Sueskindem. Co to w ogóle kurwa za jedni?!
Myślę, że łapiecie już, o co mi chodzi. Doszliśmy do momentu, kiedy nawet w najstarszych zakątkach rządzi pieniądz (zresztą, kiedy nie rządził?), interes i przeróżne nikczemne, luksusowe i drogie jak diabli błahostki. Natomiast nie uświadczysz tam raczej miejsca, skąd możesz wyciągnąć na światło dzienne nieco zadrukowanego - i wspaniale, jeżeli jednocześnie lekko zakurzonego - papieru, dzięki któremu można jak w żadnym innym przypadku zintegorwać się z duchem danego miejsca i czasu - bo w pewnych miejscach przepływa on nieco inaczej, niż wskazują to modele fizyczne. I dużo wolniej.
Krótko mówiąc - żyjemy w czasach płycizny intelektualnej i rozplenionego na przepastną skalę analfabetyzmu. Nie inaczej. I naprawdę coraz mniej ludzi czuje się z tym niedobrze.

2. Ostatnio miałem okazję przeczytać o motywie tajemniczej nieznajomej w pociągu. Przyznam, że raz w życiu na własnej skórze odczułem, o co właściwie chodzi.
Było to w pociągu relacji Katowice-Kraków. W którymś momencie naprzeciwko usiadła dziewczyna mniej więcej w moim wieku, z lekko podkrążonymi oczami, brunetka, w ciemnobrązowej spódnicy, czarnej bluzce i bordowym sweterku. Na szyi miała jakieś fikuśne drewnianie wisiorki, z tych modnych teraz.
Powiem wprost - była bardzo ładna. I to nienachalnie, co w moim przypadku może działać jedynie na plus.
I to wszystko nic. To jeszcze nie była nieznajoma z pociągu. Bo i nie takie detale składają się na to pojęcie (a raczej powinienem powiedzieć - wrażenie).
Tajemniczą nieznajomą stała się dopiero w momencie, gdy podkuliła na siedzeniu nogi, otworzyła skórzaną torbę i wyjęła "Braci Karamazow", wyjęła zakładkę i zaczęła czytać.
Rzecz jasna, sam nie zdołałem przeczytać w czasie tej podrózy już ani jednej strony więcej.

niedziela, 07 stycznia 2007
W mordę i nożem

Kiedy zakładałem tego bloga obiecywałem sobie solennie, że będę unikać jakiejkolwiek bieżącej polityki, żeby nie zamieniać go w internetową gazetę. Sroga heca z udziałem abp Wielgusa w ciągu ostatnich dni sprawia jednak , że ten jeden raz złamię dane sobie samemu słowo.

Nie jest moim celem rozważanie, czy „był, nie był” agentem, bo teka dowodzi, że formalnie był. Osobiście widzę w tym wszystkim potężny dramat człowieka, który okazał się zbyt słaby, by sprostać swojej misji, ale – śmiem twierdzić – to, czy agenturalna przeszłość jego wynikała ze słabego charakteru, czy też od początku była cyniczną grą, jest kompletnie nieistotne, zaś prawdziwy gwóźdź do trumny jest wbity w zupełnie innym miejscu, niż się o tym mówi. Dlaczego – to postaram się wyłuszczyć w kilku punktach.

1. Kościół posiada kanoniczne „zabezpieczenia” przed heretykami nawet na najwyższych urzędach kościelnych. Herezja z automatu prawnego zostaje potępiona, niezależnie kto ją głosi, dogmatów nie można rewidować. Dlatego też biskup –agent to żaden problem.
Doktryna Kościoła jest niezależna od grzechu swego hierarchy ani tego, kto ją głosi.
Więcej nawet – tradycja kościelna, opierając się m.in. na Piśmie, w przypadku grzesznego zwierzchnika proponuje ćwiczenie się w pokorze, co de facto pozwala na duchowe skorzystanie z podobnych sytuacji.

2. Obserwacja określeń, jakie wysuwano w stosunku do bohatera całej sprawy, daje dużo do myślenia. Mieliśmy więc „czerwoną szmatę”, „TW Greya”, „Wielgusa”, „kłamcę”, „Judasza” itp. Pojawiały się nawet głosy oscylujące niebezpiecznie blisko stwierdzenia, że Duch Święty nie ma nic wspólnego z wyborem biskupów ani ich poczynaniami, ergo – z poczynaniami Kościoła. Co więcej, że jakoby „Wielgus najpierw jest Polakiem, dopiero potem katolikiem”.

To nie jest język ludzi Kościoła. To język polityków, których zainteresowanie nie dotyczy człowieka i jego dobra jako takiego, ale szuka możliwie jak najostrzejszego uderzenia w przeciwnika, by ugrać jak najwięcej dla siebie.
Z takim działaniem mieliśmy ostatnio sporo do czynienia – grał każdy. Przeciwnicy lustracji grali o jej kompromitację, zwolennicy demokratycznych rządów w Kościele grali o kompromitację ustroju hierarchicznego, przeciwnicy soboru składali obecną kołomyję na karb Vaticanum II, „dzieci soboru” żarliwie głosiły miłość bliźniego i humanizm.

Tezy Joachima z Fiore chichoczą z zza grobu, bo celem nadrzędnym ciągle jest utopia polityczna, nie zbawienie tu i teraz.

3. Co się wiąże z powyższym – spore znaczenie ma fakt szermierki w ciągu ostatnich dni za pomocą wycinku z Ewangelii Mateusza, w którym mowa o tym, iż „jeżeli i Kościoła nie posłuchają, niech wam będą jako celnicy i grzesznicy”. Co rzuca się w oczy – kompletnie pominięto tu faktyczną istotę owych słów (jako, że nie jest to wpis okołoteologiczny, zaznaczam tylko – warto się w tym kontekście zastanowić, dlaczego np. rodzicom narkomanów zaleca się zacisnąć zęby i nawet wyrzucić dziecko z domu).
Tym, co się liczy, to chwytanie się każdego możliwego cepa, byleby tylko uderzyć nim wroga. To jest upodlenie tekstu Pisma Świętego. To nie jest postępowanie człowieka Kościoła. To postępowanie polityka.

4. Egzegeza słów, jakie zostały wypowiedziane i treści osądów każe mi sądzić, że wszystko nie odbywało się wcale pod hasłem „ratujmy i oczyśćmy nasz ukochany Kościół”, a – pardon my french - „jebać czerwonych”. Trudno się zresztą dziwić. Nie jest tajemnicą, że coś takiego jak solidna formacja kościelna raczej w Polsce nie istnieje, w znakomitej większości przypadków została ona zastąpiona książkami Łysiaka, Ziemkiewicza czy artykułami Michalkiewicza, słuchaniem Radia Maryja i oglądaniem w telewizji papieża podczas odmawiania Anioła Pańskiego.
Sytuacja taka nie tylko powoduje niezrozumienie tego, czym właściwie jest Kościół i jego nauczania, ale prowadzi też do świadomości plemiennej, która każe raczej tępić plemiona przeciwne, niż działać na rzecz ich dobra. I – znowuż – dominacji przede wszystkim priorytetów politycznych (”Wielgus najpierw jest Polakiem, dopiero potem katolikiem…”).

W takiej sytuacji bardzo łatwo jest rozgrywać jedne grupy przeciw drugim. I coś takiego się właśnie wydarzyło. Przyjmijmy bowiem, że od początku do końca cała sprawa była montażem – a będziemy musieli przyznać, że gdyby nie interwencja Watykanu, udałby się znakomicie:
rozgorzała dzika wojna domowa;
Kościół stracił na autorytecie;
uderzono w lustrację.

Mówiąc brutalnie – owieczki pozwoliły się równo dymać i napuścić na siebie nawzajem.

5. Dziwi mnie osobiście stopień zaskoczenia tym, że arcybiskup mógł dać aż taką plamę i nie mówić prawdy do samego końca, w ogóle pójść na współpracę z SB. I opieranie na tej podstawie swego spadku zaufania do Kościoła.
Jeden powód swego zdziwienia zawarłem w punkcie 1. Drugim jest fakt, że przecież od lat sam episkopat przyzwyczaja nas miernym poziomem swoich listów do tego, że nie zaludniają go postaci wybitne. Nie oszukujmy się – kardynałowie Wyszyński i Sapieha już odeszli. Obecna epoka nie jest epoką wybitnych jednostek-przywódców. Przeciwne złudzenie mogło być co prawda podtrzymywane przez osobowość Jana Pawła II, czy w ogóle instytucję prymatu papieża w Kościele łacińskim, pozostaje jednak tylko złudzeniem.
Dlatego twierdzenia o upadku autorytetu Kościoła z powodu owej sprawy osobiście zbywam wzruszeniem ramion, gdyż uważam je za raczej niedorzeczne.

Na koniec, żeby nie wyjść tak do końca na zblazowanego bywalca rzymskich orgii („Panie, czego my to już w życiu nie widzieli”), napiszę tak – dobrze, że to wszystko wyszło. Źle, że wierni okazali się równie mali jak ich hierarchowie i zamiast stanąć na wysokości zadania – wyciągnęli noże i zaczęli się nimi nawzajem dźgać.
Ale nie ma tak źle – powiedziano głośno „Wiemy, kim byłeś, po co to ukrywać”. No i racja.
Teraz trzeba popracować nad sobą samymi, by następnym razem nie dać się wpuścić w nienawistny kanał tak łatwo, jak tym razem.

środa, 03 stycznia 2007
Turystyczna ciekawostka

Nie ma jak podróże. Każdy gdzieś tam na boku sobie już od dziecka marzy o Wielkiej Wyprawie W Nieznane. Lecz żyjemy w nowoczesnym świecie, w którym empatia w stosunku do zwierzaka już nie wystarcza.
Dlatego też turystyczni szpece od robienia forsy wykombinowali nową niszę. Jest nią turystyka pluszowych maskotek. Za niewygórowaną opłatą można już wysłać ulubionego misiaka swojego, lub swej kilkuletniej pociechy (ewentualnie wypożyczyć pod byle pretekstem od sympatii) i wysłać go na tydzień w ekscytującą podróż np. do Paryża.
Po tygodniu pluszak powróci, wraz z zestawem pamiątkowych zdjęć spod największych paryskich zabytków.
Nie wiem, jak Wy, ale ja jestem pod wrażeniem. To kto mi podeśle Budynia? :>

wtorek, 02 stycznia 2007
Protestantyzm do piachu

Święta, poza wieloma innymi , mają też - przynajmniej w moim wypadku - także swój wymiar czytelniczy. W tym roku, po długum oczekiwaniu, wpadł w me ręce komiks Craiga Thompsona pt. "Blankets", wydany w kraju nadwiślańskim przez Timofa i Cichych Wspólników.
Cena i wygląd tomiszcza robią naprawdę spore wrażenie - równa stówa za dobrze ponad kilową cegłówkę (600 stron to jednak nie w kij dmuchał). Śmiem twierdzić, że komiks wart jest każdej jednej z tych stu złotówek, jakie zań zażądano. Ale po kolei.

Zazwyczaj pierwsze wrażenie dotyczy części graficznej. W tym wypadku dostajemy od Craiga Thompsona rysunek uproszczony, schludny, bardzo podobny choćby do tego, jakim posługiwał się Frederik Peeters tworząc swoje "Niebieskie Pigułki" (Nota bene, komiks tak samo, jak i "Blankets", mocno autobiograficzny).
Niestety, nad czym bardzo boleję, nie udało mi się dotrzeć do metody, jaka została dokładnie użyta - a szkoda, bo rysunek mimo swej prostoty nie jest całkowicie jednolity. Mieszają się w nim jakby dwa style - dokładna kreska i odważniejsze, na pierwszy rzut oka mniej precyzyjne i miękkie maźnięcia, przypominające momentami rysunek węglem.
Thompson zręcznie posługuje się mimiką postaci, potrafi też wspomagać tekst odpowiednim kadrowaniem, co tylko przydaje opowieści realizmu, bo nie ma tu mitrężenia papieru na wstawki w rodzaju "był z niego wielki drab" lub "teraz nasz bohater zrobił tamto czy siamto", jakie czasem zdarzają się temu i owemu scenarzyście, a które są niezmiernie irytujące.
Rysunek jest oczywiście czarno-biały (co nie jest bez znaczenia, bo zasadnicza część opowieści dzieje się zimą), choć widziałem też kilka kadrów pokolorowanych w sieci, więc być może w Imperium istnieje też i wersja pokolorowana. Podejrzewam jednak, że byłaby ona podobnym niewypałem, co pokolorowana "Ballada o słonym morzu" Pratta.

Nie rysunek jednak decyduje o tym, czy komiks obyczajowy, a takim jest właśnie "Blankets", okaże się wart czytania. Jego siłą jest w tym wypadku zawsze opowiadana historia. I właśnie tu dzieło Craiga Thompsona okazuje się prawdziwym popisem.
Ciężko będzie mi doprecyzować swoje wrażenia nie uciekając się do spoilerowania, ale postaram się, ku uciesze (lub mniejszemu zdenerwowaniu) Gości ;> A ci, śmiem twierdzić, byliby bardzo zadowoleni z zawartości omawianej knigi. Thompson bowiem zaprasza czytelnika do swego rodzaju gry we wspomnienia.
"Blankets" jest retrospektywnym spojrzeniem na własne życie, ale nie ograniczającym się do zwykłej relacji ze zdarzeń, ale stanowiącym próbę ich analizy z punktu widzenia bardzo konkretnych rzeczy, które wpływają na ludzkie życie i wybory. Przede wszystkim z punktu widzenia światopoglądu, ale nie tylko. Jako były protestant autor bezlitośnie punktuje ten rodzaj duchowości i co może on zrobić z człowiekiem. Przy czym nie podaje na tacy gotowych rozwiązań, zmuszając czytelnika to wyciągania własnych wniosków i przeprowadzenia porównań ze swoim doświadczeniem (sam np. dzięki "Blankets" wreszcie zrozumiałem, dlaczego pałam taką niechcią do tzw. oazy. Jak się okazało - niebezpodstawnie).
Siłą "Blankets" jest bowiem nie sama historia jako taka, ale fakt, że w różnych odmianach ma ona swój odpowiednim w życiu każdego. Zresztą, bardzo wielu ludzi ceni sobie komiks Craiga własnie dlatego, że przywołuje wiele wspomnień. I nie pozwala na sprowadzenie ich do banału. Bo wie, że każde doświadczenie i przecieranie nowych dróg ma w życiu znaczenie.

Tytuł komiksu ma znaczenie symboliczne. "Kocyki" to odpowiednik różnych etapów w postrzeganiu i budowie swojego życia i swojego "ja", które okrywają całą doświadczaną rzeczywistość i pozwalają ją rozumieć i opisywać.
I które - tak jak koc - można w pewnym momencie odgarnąć, ułożyć w nowy sposób lub nawet całkowicie wyrzucić i wymienić na zupełnie nowe.

Konkluzja komiksu - mimo że dość melancholijna - przypomina w wymowie i nastroju końcowy monolog Zniszczenia w "Ulotnych życiach" Gaimana (szczególnie jego "podniebną" część).

Podsumowując - bardzo warto.

Natomiast - tu część notki chciałbym zadedykować Panu Bibliotekarzowi - w temacie innego komiksu, tj. "Sambre`a", posłużę się delikatnie sparafrazowanym cytatem z Wilq`a:
I powiem więcej. Wszyscy co to czytają powinni mi po piwie postawić, za to że ja się poświęciłem, przeczytałem to i teraz mogłem ich ostrzec żeby już nie wydupcali kasy i czasu nadaremnie :>